„Nikt nie przypuszczał,
że odchodzimy na zawsze”
Heinrich Ehlert
Ucieczka z Prus Wschodnich widziana oczami dwunastolatka – tak można streścić wspomnienia Heinricha Ehlerta. Wydarzenia napawające dorosłych strachem i grozą jawią się tu jako wielka przygoda, choć nie brakuje również momentów tragicznych. Po zamknięciu kotła wschodniopruskiego przez Armię Czerwoną jedyna droga na zachód prowadzi przez zamarznięte wody Zalewu Wiślanego. Przeprawa odbywa się pod osłoną nocy, kolumny uciekających przed frontem cywilów są bowiem łatwym łupem dla radzieckich myśliwców. Nad ranem – drugi brzeg jest już w zasięgu ręki – dochodzi mimo to do nalotu. Cienka tafla lodu załamuje się, toną wozy, konie i ludzie. Podczas przeprawy uwidacznia się także siła indoktrynacji nazistowskiej. Patrole żandarmerii wojskowej „wyłapują“ z tłumu uciekinierów zdolnych do walki starców i nastolatków. Dwunastoletni Heinrich bardzo pragnie znaleźć się w tej grupie – jako członek hitlerjugend musi przecież bronić ojczyzny! Los chce jednak inaczej. Z matką i pozostałym rodzeństwem dociera do Piławy, a stamtąd drogą morską do Gdańska, gdzie jego ojciec pracuje przy budowie łodzi podwodnych. Po kilku tygodniach rozpoczyna się kolejny etap wojennej tułaczki. Po wojnie zaś uchodźcy z Prus Wschodnich muszą na nowo ułożyć sobie życie na obczyźnie walcząc z głodem, nędzą i szykanami miejscowych.

»Żyliśmy skromnie, mimo iż w owym czasie czyniono wiele dla rodzin wielodzietnych« – rodzina Ehlertów przed domem.
Urodziłem się 18 lutego 1933 roku w Biskupcu w Prusach Wschodnich. Moi rodzice oraz dziadkowie ze strony matki mieszkali wówczas w koszarach, które od 1919 do 1934 wykorzystywane były do celów cywilnych. Mniej więcej od roku 1935 do stycznia 1945 mieszkaliśmy w nowo wybudowanym bliźniaku przy ówczesnej Allensteiner Straße 5-7. Dom miał w sumie dwanaście mieszkań, niestety, nie przetrwał wojny. Moi dziadkowie przeprowadzili się w tym samym czasie na również nowo powstałe osiedle koło wieży ciśnień.
Ojciec mój pochodził z Reszla, z zawodu był mechanikiem i do 1939 roku pracował jako kierowca w fabryce pieców braci Huhn. Zarabiał wówczas, w roku 1939, 28 marek tygodniowo. Dokładnie jedną tygodniówkę musiał przeznaczyć na opłacenie mieszkania, które, jak sądzę, miało około 65-70 mkw i w którym od 1941 roku mieszkaliśmy jako rodzina z ośmiorgiem dzieci. W roku 1939 ojciec został wcielony do wehrmachtu. Jako żołnierz jednostki przeciwpancernej uczestniczył w kampanii w Polsce i we Francji, po czym zwolniony został do pracy w przemyśle zbrojeniowym. Od 1941 roku zatrudniony był w Stoczni Schichaua w Gdańsku, gdzie w przeważającej mierze budowano łodzie podwodne.
Nasze warunku bytowe nie były doskonałe, i to nie tylko ze względu na małe mieszkanie. Żyliśmy skromnie, mimo iż w owym czasie czyniono wiele dla rodzin wielodzietnych – dzieci z takich rodzin nie musiały na przykład płacić czesnego za naukę w szkołach ponadpodstawowych. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek posiadał jakieś zabawki. Słodycze i owoce były bardzo rzadko, chleba tylko akurat starczało. Nie wiązało się to może tak bardzo z niskimi zarobkami mego ojca, lecz było chyba w większym stopniu skutkiem ograniczeń gospodarczych w czasie wojny i charakterystycznej dla gospodarki wojennej reglamentacji każdego niemal artykułu. Kto nie miał szczególnych znajomości i skazany był jedynie na kartki żywnościowe oraz rzadkie przydziały specjalne, żyć musiał skromnie.
Mimo, jak widać, raczej skromnych warunków, w których dorastałem, mam właściwie jedynie miłe wspomnienia z mojego dzieciństwa w Biskupcu. Mając sześć lat zacząłem naukę w Katolickiej Szkole dla Chłopców. W 1943 roku przeszedłem do Męskiej Szkoły Średniej. Mieliśmy w Biskupcu dwie szkoły ludowe – katolicką i ewangelicką. W katolickiej istniał za moich czasów podział na szkołę dla chłopców i szkołę dla dziewcząt, którego w szkole ewangelickiej nie było. W szkole średniej nie było ani rozdziału płci, ani wyznań. Ponieważ z nauką nie miałem kłopotów, chodziłem do szkoły chętnie.
Czas wolny – o ile nie musiałem pomagać w domu, pilnując na przykład młodszego rodzeństwa lub chodząc po zakupy – spędzałem najczęściej z rówieśnikami mieszkającymi w sąsiedztwie. Do naszych ulubionych zajęć należał w lecie pięciokilometrowy marsz pieszy nad jezioro Dadaj do Nojdymowa – oczywiście boso. W pobliskim jeziorze Kraks nie kąpaliśmy się, gdyż były do niego odprowadzane ścieki z biskupieckiej oczyszczalni. Mała rzeka Dymer i jezioro Kraks były za to wspaniałym miejscem do jazdy na łyżwach zimą. W czasie ferii letnich i jesiennych mogłem zawsze parę dni spędzić u wujka posiadającego w pobliskim Nojdymowie spore gospodarstwo rolne w pobliżu jeziora. Te beztroskie dni wspominam szczególnie miło.
Rozrywek przybyło, gdy mając osiem lat wstąpiłem do organizacji „Deutsches Jungvolk” (obowiązkowe członkowstwo zaczynało się od lat dziesięciu). Tam uczestniczyłem w zabawach na wolnym powietrzu oraz w obozach namiotowych, byłem w grupie trębaczej i modelarskiej, a w niedzielę, w czasie tzw. „godziny dla młodzieży”, mogłem za darmo oglądać filmy w kinie. Oczywiście były to prawie wyłącznie nazistowskie filmy propagandowe, nastawione – tak jak zresztą wszystkie inne działania w Jungvolku – na indoktrynację i wychowanie nazistowskiego narybku. Zdaję sobie z tego sprawę teraz, wówczas jednak pełne urozmaicenia zabawy w grupie rówieśników sprawiały mi wiele radości.
Można powiedzieć, że mimo wszelkich ograniczeń związanych z wojną, żyło nam się w Biskupcu niemal sielankowo. Wojnę znaliśmy właściwie tylko pośrednio z meldunków radiowych i gazet. Oczywiście, prawie każda rodzina była bezpośrednio dotknięta przez wcielanie najbliższych do służby wojskowej lub nadchodzące zawiadomienia o „bohaterskiej śmierci” względnie meldunki o zaginięciu kogoś z rodziny.
Idylla skończyła się niespodziewanie 20 stycznia 1945 roku. Wówczas to przeżyliśmy pierwsze naloty i już następnego dnia musieliśmy uciekać z Biskupca. Owego 20 stycznia miały miejsce dwa naloty, pierwszy około godzinny 11-tej, drugi po południu o 16-tej. Podczas nalotu przedpołudniowego stałem z kolegą przed domem, gdy spostrzegliśmy samoloty nadlatujące mniej więcej z kierunku Rukławek. Obserwowaliśmy je, uważając je za niemieckie, aż nagle zobaczyliśmy, jak coś z nich spada, nie wiedząc co. Potem wybuchy. Pierwsze trafienia były gdzieś za rzeką Dymer. Był tam jakiś magazyn, który po nalocie płonął jaskrawą łuną. Poza tym jednak nalot ten nie wyrządził chyba poważniejszych szkód. Podczas nalotu popołudniowego ucierpiało centrum miasta. Zginęła dosyć znaczna liczba osób, obecnie wiem z dziennika mojego kuzyna, że były to 34 osoby. W ten weekend w domu był także mój ojciec – przyjechał z Gdańska na urlop i właściwie miał wracać dopiero w poniedziałek. Ale ponieważ czuł, na co się zanosi, wyruszył w drogę wcześniej. Jednak, jak się później dowiedzieliśmy, nie dojechał koleją daleko, lecz szedł pieszo – podobnie jak my później – przez zamarznięte wody Zalewu Wiślanego, a następnie dalej Mierzeją w kierunku Gdańska.
Moja matka ze strachu przed dalszymi nalotami jeszcze późnego wieczora poszła z rodzeństwem do naszych krewnych do Nojdymowa (wsi oddalonej o kilka kilometrów – red.). Tylko ja zostałem, prawdopodobnie dlatego, że miałem jakąś służbę w Jungvolku. Pamiętam ponadto, jak w nocy zatrzymała się przed naszym domem ciężarówka z uciekającymi przed frontem cywilami i żołnierzami. Z powodu jakiejś usterki pojazd nie mógł jechać dalej. Ludzie szukali więc kwater, bo było tej nocy bardzo zimno. Wpuściłem ich do naszego mieszkania. Urządzili się tam jak we własnym domu, co wyraźnie było znać po wyglądzie pokoi. W każdym razie mama była dosyć zła, gdy wracając na drugi dzień z Nojdymowa zobaczyła mieszkanie. Dostałem oczywiście niezłe rugi, choć z pewnością zostało by mi to oszczędzone, gdyby tylko mama wiedziała, że już nigdy więcej nie zobaczy swojego mieszkania. Jeszcze bowiem tego samego dnia z rana, był to 21 stycznia, zarządzono czy też powiadomiono, że mamy wszyscy o godzinie 11-tej stawić się na stacji benzynowej Krosta z bagażem ręcznym. Stamtąd miano nas zawieźć ciężarówkami na dworzec. Ponieważ mojej matki z dziećmi nie było, poszedłem po nich do Nojdymowa, z jakiegoś jednak powodu minęliśmy się. Byli już w drodze, pewnie poszli inną drogą lub ja poszedłem na skróty. Kiedy wróciłem do Biskupca stali już wszyscy u Krosty.
Nikt wówczas nie myślał o opuszczeniu tych miejsc na zawsze, przekonani byliśmy, że chodzi o przejściową ewakuację. Krążyły najróżniejsze plotki. Jedna z nich mówiła, że trafimy do Bawarii. Tylko jedno przyszło mi wtedy do głowy: „Rety! Bawaria – śnieg, narty!”. Krótko przedtem dostałem od mojego starszego brata, który był w szkole im. Adolfa Hitlera w Krosinie (Crössinsee) na Pomorzu, parę nart. Czegoś takiego ja i moi koledzy przedtem w ogóle nie widzieliśmy. Znaliśmy tylko narty „własnej roboty” z desek na beczki. A on przywiózł z tej szkoły parę jakichś starych nart, które stanowiły całą moją dumę. Ale nie mogąc wlec ich ze sobą – były za długie – pobiegłem jeszcze raz do domu, aby odmontować przynajmniej wiązania, mówiąc sobie „przecież będą ci potrzebne w Bawarii”. Jak długo je ze sobą wlokłem, nie wiem, któregoś razu jednak musiałem je wywalić.
Rzeczywiście zawieziono nas później ciężarówkami na dworzec – jeśli się nie mylę, były to ciężarówki wehrmachtu. Na dworcu stał pociąg towarowy z zamkniętymi wagonami, pusty w środku – żadnych ławek, nic, wagony bydlęce. W pociągu siedzieli już uchodźcy, między innymi, jak się dowiedziałem, z Gąbina (Gumbinnen). Przynajmniej niektórzy z nich byli z Gąbina. Musieli zatem dosyć długo być w drodze, chociażby patrząc na daty, choć sprawdzić mogłem to oczywiście dopiero po wojnie. Pamiętam poza tym, że było w tych wagonach bardzo ciasno, że była tam jakaś wariatka i że bez przerwy się tam modlono. Nie wiem, jak długo jechaliśmy, przynajmniej jedną noc byliśmy w pociągu, możliwe jednak, że dłużej. Ciągle posuwaliśmy się tylko odrobinę naprzód, potem znów musieliśmy czekać, bo wszędzie, gdzie nadjechać miały transporty wojskowe i pociągi sanitarne z rannymi, stawiano nas na boczny tor. Niekiedy godzinami staliśmy w szczerym polu zamknięci w wagonach. W najlepszym wypadku można było wyjrzeć na zewnątrz przez wąską szczelinę w drzwiach. I nikt nie wiedział gdzie byliśmy i dokąd nas wieziono.
Wyładowano nas później w Dzikowie koło Górowa Iławeckiego i umieszczono w majątku, w którym mieszkała podobno jakaś hrabina. Pierwszej nocy spaliśmy razem z innym w całkowicie opróżnionej z mebli ogromnej sypialni, na podłodze. Później jednak przekwaterowano nas do obozu jenieckiego, w którym wcześniej przebywali wzięci do niewoli Rosjanie. W Dzikowie po raz pierwszy dostałem i jadłem rzeczy, których nigdy wcześniej nie widziałem. Wszystko dlatego, że w majątku tym zakwaterowani byli także żołnierze naszego biskupieckiego garnizonu. Do garnizonu tego należała między innymi kompania zaopatrzeniowa – piekarze i rzeźnicy. I najwyraźniej dostali oni rozkaz wysadzenia w powietrze składów żywnościowych w Olsztynie. Przed wysadzeniem zabrali oczywiście wszystko, co tylko mogli. Mieli mrożone gęsi, kaczki, chleb i inne artykuły, w które i nas zaopatrzyli. I – to pamiętam najlepiej – mogłem wtedy sowicie zaopatrzyć się w papierosy. Nie żebym już wtedy palił! Ale były one bardzo lekkie i później na Mierzei Wiślanej sprawiłem radość niejednemu rannemu żołnierzowi, dając mu paczkę papierosów. Miałem tego w plecaku całą masę, oczywiście także żywność, na przykład suchary, w ogóle wszystko, co było lekkie, a potem pomogło nam przetrwać. Po raz pierwszy dostałem tam takżę „szokakolę” – były to okrągłe tabliczki czekolady, najprawdopodobniej zaopatrzenie frontowe. W każdym bądź razie otrzymaliśmy tam rzeczy – wydaje mi się, że także owoce i cytrusy – których nie widziałem przedtem nigdy, bądź dostawałem je co najwyżej na Boże Narodzenie.
Nie pamiętam jak długo byliśmy w Dzikowie, ani też jak wyglądał dalszy transport stamtąd. Z pewnością nie jechaliśmy koleją. Przypuszczalnie przetransportowano nas dalej ciężarówkami wehrmachtu, bo nie przypominam sobie, żebyśmy szli pieszo. Może nawet zabrały nas ze sobą jednostki garnizonu biskupieckiego.
Następnym przystankiem była Święta Siekierka (Heiligenbeil/Mamonowo). Mama miała tam przyjaciółkę ze szkoły i na szczęście znała jej adres. Rzeczywiście, przyjęto nas tam życzliwie, pierwszy raz od dłuższego czasu mogliśmy się porządnie wykąpać i oprać. Nie pamiętam już, na jak długo się tam zatrzymaliśmy, w każdym razie było to kilka dni. W Świętej Siekierce zresztą po raz pierwszy i ostatni widziałem gauleitera Prus Wschodnich Ericha Kocha. Natknęliśmy się na niego gdzieś na ulicy. Moja młodsza siostra podbiegła do niego, zagadnęła, a on podał jej rękę.
Któregoś dnia, najpewniej gdzieś w początkach lutego, musieliśmy (czy też sami chcieliśmy) iść dalej, w kierunku Zalewu.
Zalew był jeszcze zamarznięty, na brzegach jednak lód zaczynał już topnieć. Na tę olbrzymią krę lodową, jaką właściwie był wówczas Zalew Wiślany, można się było dostać tylko przez prowizoryczne mosty zbudowane przez saperów, będąc zaś na lodzie trzeba się było ściśle trzymać dróg wytyczonych za pomocą ściętych drzew, prętów i tym podobnego materiału. Z tego co wiem, przeprawa odbywała się tylko nocą. Przy wejściach na lód stały „łańcuchowce wehrmachtu” (żandarmeria wojskowa) i partyjniacy w mundurach – zatrzymywali oni wszystkich mężczyzn zdolnych do służby wojskowej, by wcielić ich do pospolitego ruszenia (volkssturmu). Za zdolnego do służby uchodziło się chyba od czternastego roku życia, zaś górnej granicy w ogóle nie było. Ja cały czas przepychałem się do przodu, pokazując się tym ludziom celowo, bo miałem za każdym razem nadzieję, że i mnie zatrzymają. Byłem przecież członkiem Hitlerjugend, w której wpajano nam, że musimy bronić ojczyzny! Jeszcze w Biskupcu cieszyłem się na myśl o tym, że będę kopał rowy przeciwpancerne. Wszyscy mieliśmy już przydział w kieszeni – ja miałem jechać na początku lutego na czternaście dni w okolice Kłajpedy. Posuwający się naprzód front zniweczył te plany. A teraz, podczas przeprawy na Zalew, wspomniani funkcjonariusze ku memu zmartwieniu nie wyłowili mnie z tłumu – tak, taki człowiek był wtedy głupi!
Poważnym problemem podczas przeprawy był fakt, iż chłopom, którzy nad Zalew dotarli wozami konnymi, tak jak my dotarliśmy pieszo lub pojazdami wehrmachtu, wolno było teraz zatrzymać na wozie tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Wszystkie inne bagaże, jakie dotąd ze sobą wieźli, musieli zrzucić, by zabrać kobiety i dzieci. My piesi nie mieliśmy problemów z bagażem – i tak już niczego nie mieliśmy! Te parę drobiazgów, które jeszcze nam pozostały (chyba wyłącznie trochę bielizny i prowiantu) niosła moja starsza siostra i ja. Poza tym domyślam się, że mama miała przy sobie jakieś dokumenty, pieniądze i kartki żywnościowe – były to w tamtych czasach rzeczy niezbędne. Oprócz tego musiała zajmować się młodszym rodzeństwem. Moja najmłodsza siostra urodziła się w 1941 roku, miała więc wówczas cztery lata i prawie bez przerwy trzeba ją było nieść na rękach. Mniejsze dzieci mogły podczas przeprawy jechać na wozie. Rolnik, któremu nas przydzielono, oczywiście bardzo pomstował, ponieważ musiał zrzucić ze swojej furmanki prawie wszystko. Starsze dzieci – moja starsza siostra i ja – musiały iść pieszo obok wozu. Nie było to zbyt przyjemne – na lodzie zdążyła już się utworzyć warstwa wody sięgająca do kostek, mieliśmy mokro w butach. Jakby tego było mało, panował akurat siarczysty mróz, jakieś 25 stopni, przynajmniej w nocy. W ciągu dnia, gdy świeciło słońce, było trochę cieplej, ale w nocy było niesamowicie zimno. Przeprawa przez zalew trwała aż do rana. O tej porze roku było to nie wcześniej niż o szóstej lub w pół do siódmej. Nie pamiętam niestety, o której godzinie wchodziliśmy na lód, myślę jednak, że było to ok. 22-23. W każdym razie dopiero o świcie dotarliśmy na drugi brzeg. Minęło jeszcze jednak sporo czasu, zanim mogliśmy postawić nogę na stałym lądzie. Wejście na ląd nie było wcale łatwe – w miejscu tym brzeg mierzei był dosyć stromy. Także tutaj z lodu na ląd prowadził prowizoryczny most, potem trzeba było jeszcze pokonać strome wzniesienie, by dostać się na drogę. Tuż przed przejściem na ląd nadleciały myśliwce. Zaczęły ostrzeliwać kolumnę. Niektórzy chłopi wpadli w panikę i próbowali dostać się na ląd także poza wytyczonymi przejściami. W nocy woda na brzegach wprawdzie zamarzła, ale lód nie był wystarczająco silny, by utrzymać przejeżdżające wozy – pod kilkoma lód się załamał, potopili się ludzie i konie.
Kiedy w końcu dotarliśmy do drogi wiodącej przez środek Mierzei, nasz chłop zrzucił z wozu nieproszonych gości. Dlaczego właściwie to zrobił? Nie wiem, wóz jechał teraz w końcu prawie pusty. Chyba był zły, że stracił przez nas znaczną część swojego dobytku. W każdym bądź razie szliśmy dalej pieszo wzdłuż Mierzei, najczęściej bezdrożem. Tak było chyba nawet lepiej, bo jedyna droga, jaka ciągnęła się wzdłuż Mierzei, była tak zapchana pojazdami wehrmachtu i kolumnami uciekającej ludności cywilnej, że idąc lasami obok drogi znacznie szybciej posuwaliśmy się naprzód. Wszędzie walał się porozrzucany dobytek, porzucony przez tych, którzy przechodzili tędy przed nami: pościel, koce, odzież i całe walizki. Początkowo szliśmy w kierunku Gdańska, potem nas zawrócono. Podjechały puste ciężarówki wehrmachtu, zabierały kobiety z dziećmi i wiozły je w przeciwnym kierunku – do Neutief, będącego przedmieściem Piławy (Pillau/Bałtijsk). Oczywiście nie stało się to wszystko jednego dnia. Jedną noc mama spędziła z młodszym rodzeństwem w kawiarni w pobliżu plaży. Wywalczyła tam sobie najpierw miejsce, a potem my podaliśmy jej młodsze dzieci przez okno, tak iż mogła tam z nimi spędzić noc we w miarę znośnych warunkach – co prawda w pozycji siedzącej, lecz przynajmniej pod dachem. Ja nocowałem z moją starszą siostrą na zewnątrz. Mimo siarczystego mrozu nie stanowiło to większego problemu – pamiętam, że później jeszcze wszyscy razem spędziliśmy co najmniej jedną noc w ten sposób. Pozbieraliśmy porozrzucane w okolicy bezpańskie pierzyny, derki i inne przydatne rzeczy, zbudowaliśmy z nich coś w rodzaju namiotu i przespaliśmy w nim całą noc owinięci w puchowe pierzyny. Nie przypominam sobie, by było nam szczególnie zimno lub niewygodnie, w każdym razie przetrwaliśmy to wszyscy bez szwanku.
Gdy dotarliśmy do Neutief stwierdziliśmy, że miejscowość ta jest już dość mocno zniszczona. Ludności miejscowej już nie było, domy stały puste. Zamknięte były też sklepy, nie można było niczego kupić. Zakładam, że zaopatrywała nas Narodowosocjalistyczna Opieka Społeczna (NSV). Zakwaterowano nas w piwnicy Miejskiej Kasy Oszczędności. Był to najprawdopodobniej schron przeciwlotniczy, bo wewnątrz znajdowało się wyjście awaryjne – grube stalowe drzwi na dwie zasuwy, jedną u dołu i jedną u góry. Drzwi pilnował uzbrojony mężczyzna z volkssturmu (pospolitego ruszenia). Do ich otworzenia potrzebne były obie ręce – pamiętam to tak dokładnie, bo właśnie te zasuwy przysporzyć mi miały wkrótce problemów. Podczas moich wędrówek po okolicy poznałem dwóch chłopców, mniej więcej w moim wieku. Byli to chłopcy ze wsi, którzy do Neutief dotarli furmankami. Wszystkie te wozy kazano odstawić na ogromnym placu w pobliżu portu. Stała tam ogromna ilość wozów drabiniastych i furmanek wszelkiego typu – częściowo pustych, po części jeszcze z załadowanym bagażem. Co stało się z końmi, tego nie wiem – nie było tam ani jednego. Poznani przeze mnie chłopcy mieli na swoim wozie jeszcze trochę produktów żywnościowych, między innymi mąkę i słoninę. Dlatego nie zostałem z rodziną, lecz zakwaterowałem się z moimi nowymi kolegami w opuszczonym mieszkaniu, które znajdowało się w pobliżu, jakieś 100 metrów od wspomnianego schronu. Było to śliczne mieszkanie na parterze, szyby w oknach były co prawda powybijane, ale poza tym niczego nie brakowało – była sypialnia z dwoma lóżkami, kuchenka węglowa była sprawna, więc mogliśmy w niej napalić, było drewno, garnki, naczynia, po prostu wszystko. Moi koledzy wytopili ze słoniny smalec i upiekli faworki (chrusty), dokładnie takie, jakie były u nas w domu zawsze na sylwestra. Przedtem jednak „zorganizowaliśmy” jagody. We wspomnianej Kasie Oszczędności były schody prowadzące z pomieszczeń operacyjnych do piwnicy – do naszego schronu. Na górze stał stale ktoś z volkssturmu i, uzbrojony w karabin, pilnował piwnic. Mimo iż miasto było opuszczone i domy stały puste, nie wolno było oczywiście nic z nich zabierać. Wszędzie wisiały plakaty „szabrowników stawiamy pod mur”.
W schronie, w którym zakwaterowana była moja rodzina, był zakamarek, którego wspomniany człowiek z volkssturmu nie widział ze swego stanowiska. W zakamarku tym znajdowało się kilka piwnic z zapasami. Poprzedzielane były one ściankami i drzwiami z listw drewnianych. Szpary między tymi listwami były na tyle szerokie, że można było zajrzeć do środka i sprawdzić, co się tam znajduje. Tak właśnie odkryliśmy jagody zawekowane w butelkach. A ponieważ moi koledzy wpadli na pomysł, by do faworków zrobić zupę jagodową, postanowiliśmy te jagody stamtąd wyciągnąć. Jeden z nas stał na czatach, ja zaś z drugim z chłopców usunąłem drut, którym przymocowany był zamek. Miałem wtedy na sobie krótką zieloną kurtką z kieszenią wewnętrzną po lewej stronie. Do niej wsadziłem jedną butelkę, a drugą schowałem pod pachą po prawej stronie. Powoli szliśmy w kierunku stalowych drzwi z dwiema zasuwami, by wyjść na zewnątrz. Chciałem otworzyć zasuwy jedną ręką, bo drugiej potrzebowałem do innych celów. Nie dało rady, a ja odruchowo użyłem drugiej ręki, zapominając na chwilę, że trzymam nią butelkę z jagodami. Butelka oczywiście się spod pachy wyślizgnęła i roztrzaskała z hukiem o podłogę, barwiąc wszystko na niebiesko. Skamienieliśmy ze strachu, tym bardziej ze strażnik z volkssturmu natychmiast krzyknął „Stać! Nie ruszać się!”. Udało nam się jeszcze w porę otworzyć drzwi i uciec. Biegliśmy bez końca! Nie pobiegliśmy do „naszego” mieszkania, które znajdowało się w pobliżu, lecz prawie na drugi koniec miasta, tak bardzo się baliśmy. Ale nikt nas nie dogonił. Poszliśmy z powrotem, zrobiliśmy sobie zupę jagodową, faworki i po raz pierwszy od dłuższego czasu mogliśmy najeść się do syta. Trochę chyba jednak przesadziliśmy lub kompozycja jagód z faworkami nam zaszkodziła, ponieważ żołądek zaczął się buntować i zwróciliśmy te dobra w niezbyt przyjemny sposób. W mieszkaniu natomiast pozostaliśmy do końca naszego pobytu w Piławie.
W końcu wydano rozkaz, by ruszać w dalszą drogę, możliwe też, że zrobiliśmy to na własną rękę, mieliśmy szczęście i jakoś dostaliśmy się na któryś ze statków ewakuacyjnych stojących w porcie. Był 18 lutego 1945 roku. Datę tą pamiętam dokładnie, gdyż były to moje urodziny, skończyłem w tym dniu dwanaście lat. Z Piławy odpłynęliśmy najprawdopodobniej dopiero na drugi dzień. W każdym razie nie trwało to długo. Ale zanim wyruszyliśmy w drogę, dane było nam przeżyć nalot samolotów myśliwskich wroga. Na statku zainstalowane było działko, przeciwlotnicze (mimo iż był to zwykły frachtowiec) – obsłudze tego działa udało się przepędzić atakujące nas samoloty, mimo iż żadnego nie zestrzelili, ani nawet nie trafili – ale atakującym samolotom nie udało się podejść na tyle blisko, by mogły nam poważnie zagrozić. Na czas nalotu wszyscy cywile musieli pozostać pod pokładem, ja natomiast schowałem się pod jakąś plandeką w pobliżu działa i wszystko dokładnie widziałem.
Wyruszyliśmy więc najprawdopodobniej 19 lutego, by dotrzeć w końcu do Gdyni, która wówczas nazywała się Gotenhafen. Ile ta podróż trwała, nie jestem dziś w stanie powiedzieć. Z Gdyni trafiliśmy do ogromnego obozu dla uciekinierów na Oksywiu (Oxhöft) – znajdowali się tam ludzie, którzy podobnie jak my zostali ewakuowani drogą morską z okrążonych Prus Wschodnich. Ponieważ wiedzieliśmy, że nasz ojciec pracuje w Stoczni Schichaua w Gdańsku, a życie toczyło się tam jeszcze „normalnie”, tj. bez rzucających się w oczy skutków działań wojennych – nawet pociągi i tramwaje kursowały jeszcze według rozkładu, postanowiliśmy odszukać ojca. Pojechaliśmy do Gdańska (Danzig) i według zasady „użyj języka za przewodnika” dotarliśmy do stoczni i odnaleźliśmy ojca. Otrzymał on zezwolenie na zamieszkanie razem z nami. Wprawdzie i on, tak jak inni koledzy, mieszkał w barakach, ale były one o niebo lepsze od tych skleconych naprędce baraków na Oksywiu. W każdym razie byliśmy w siódmym niebie, że możemy tam mieszkać – w jednym czy w dwóch pokojach, tego już nie pamiętam. Po załatwieniu wszystkiego pojechaliśmy z powrotem do obozu i zabraliśmy stamtąd pozostałe dzieci. Podczas naszego pobytu w Gdańsku dołączyła do nas moja kuzynka, która tak jak my uciekła z Biskupca, ale była w Gdańsku sama. Jej rodzina uciekła inną drogą lub została na miejscu. Ona sama zaś jako funkcjonariuszka Związku Dziewcząt Niemieckich (żeński odpowiednik Hitlerjugend – red.) z oczywistych powodów nie chciała za nic w świecie dostać się w ręce Rosjan. Gdy dotarła do Gdańska, podobnie jak my pomyślała o naszym ojcu i tak jak my go odnalazła. W ten sposób zeszły się nasze drogi i od tej pory była ona członkiem rodziny, mieszkała razem z nami w Stoczni Schichaua i razem z nami dotarła statkiem ewakuacyjnym na zachód.
Mniej więcej w połowie marca trafiliśmy na statek zarezerwowany dla robotników stoczni Schichaua, których w Gdańsku już nie potrzebowano, i dla ich rodzin. Z powodu zbliżającego się frontu – nie dało się tego w tym czasie już ukryć – nie budowano już żadnych nowych łodzi podwodnych, wykańczano tylko te już zaczęte. Tylko ci robotnicy, których do tego celu potrzebowano – w tym także mój ojciec – musieli zostać w Gdańsku, pozostałych ewakuowano drogą morską.
Tak więc ojciec nasz pozostał w Gdańsku, zaś my popłynęliśmy statkiem przez Morze Bałtyckie w kierunku zachodnim. Naszym portem docelowym było Świnoujście (Swinemünde), ale Zalew Odrzański czy też kanał portowy w Świnoujściu był zaminowany. Nasz statek zakotwiczył na trzy dni i noce przed wjazdem do portu. Najprawdopodobniej czekaliśmy na zbieracze min, ale ponieważ te ostatnie nie pojawiły się, przekierowano nas do Roctocku. Nie mieliśmy żadnego prowiantu na drogę, ale jakoś to przeżyliśmy. Trochę jedzenia pewnie zabraliśmy lub dostaliśmy, ale te trzy dni i noce na redzie nie były zaplanowane. Pamiętam, że na pokładzie leżała góra buraków, przykryta plandeką i pilnowana przez marynarzy. Ale gdy taki chłopiec jak ja podkradał parę buraków, przymykali za każdym razem oczy. Możliwe, że koledzy mojego ojca mieli trochę prowiantu i dzielili się tym z nami. W Rostocku zeszliśmy na ląd i prawie natychmiast zapakowano nas do wagonów kolejowych, tym razem osobowych. Przedtem moja mama poszła ze wspomnianą kuzynką, która była starsza i miała jakieś 16-17 lat, do urzędu zaopatrzeniowego, dostały tam kartki i zrobiły porządne zakupy – bo tak jak w Gdańsku panowały tam nadal normalne stosunki.
Z pociągu wysadzono nas na stacji Westerstede. Było to miasto powiatowe, stolica regionu Ammerland położonego w ówczesnym landzie Oldenburg (później włączonym do Dolnej Saksonii). Powitano nas w jednej ze szkół. Ludność miejscowa odnosiła się do nas początkowo bardzo przyjaźnie. Przygotowano dla nas ogromne kosze pełne kanapek oraz napoje, następnie poddano nas odwszeniu w ówczesnej gazowni. Stosunki panujące podczas naszej długiej ucieczki przed frontem doprowadziły do tego, że każdy z nas miał od dawna wszy głowowe i ubraniowe, a niektórzy, w tym także ja, mieli świerzb. Po odwszeniu trafiliśmy do szkoły, w której przydzielono nam miejsca na nocleg. Przy panującym wówczas braku mieszkań przydzielenie nam schronienia lub mieszkania, w którym zmieściłaby się cała nasza dziewięcioosobowa rodzina, było oczywiście rzeczą niemożliwą do wykonania. Dlatego zostaliśmy rozdzieleni i zakwaterowani w kilku różnych miejscach. Jest zrozumiałe, że właściciele tych mieszkań nie byli zachwyceni tym przymusowym kwaterunkiem i dawali to nam, nieproszonym gościom, bardzo wyraźnie odczuć.
Zakwaterowano nas nie w mieście Westerstede, ale w pobliskiej wsi Burgforde – była to dosyć długa wieś ze stosunkowo mocno rozproszonymi zagrodami rozciągającymi się wzdłuż drogi. Dwie siostry przydzielono mieszkańcom małego domku jednorodzinnego, inna siostra trafiła do właściciela tartaku, a mój młodszy brat mieszkał u rolnika posiadającego duże gospodarstwo rolne. Resztę rodziny zakwaterowano w domku dróżnika kolejowego. Dróżnika nie było, był na froncie, możliwe też, że poległ. Dzieci małżeństwo to nie posiadało, tak więc żona dróżnika mieszkała sama w stosunkowo dużym mieszkaniu. Nie mogę powiedzieć, żeby kobieta ta nastawiona była do nas jakoś wyjątkowo przyjaźnie, ale nie była też nastawiona szczególnie wrogo. Generalnie jednak uchodźców traktowano jak nieproszonych gości i dawano im to do zrozumienia. Niechęć miejscowej ludności jest w zasadzie zrozumiała, gdyż sami oni też musieli zmagać się ze skutkami wojny, a teraz, jakby tego było mało, zmuszono ich do przyjęcia obcych ludzi pod swój dach. Jest zrozumiałe, że nie byli tym zachwyceni. My jako dzieci aż tak bardzo tego jednak nie odczuliśmy. Owszem, zdarzały się w szkole obraźliwe przezwiska, czy nawet małe bójki, ale generalnie szybko się zaadaptowaliśmy w nowym otoczeniu i znaleźliśmy nowych przyjaciół – było tak przynajmniej w moim wypadku.
Końca wojny w zasadzie dokładnie nie pamiętam. Przypominam sobie jedynie, że musiałem z polecenia pani S. (żony dróżnika) zakopać w ogrodzie najróżniejsze nazistowskie „relikwie”, gdy tylko Amerykanie zbliżyli się do nas. Jej mąż był – jak prawie każdy Niemiec – w jakiejś organizacji nazistowskiej. Przypuszczam, ze był tam jakąś grubą rybą, bo tych portretów Hitlera i innych podobnych rzeczy, które nie miały się dostać w ręce zbliżających się wojsk okupacyjnych, było naprawdę sporo. Pamiętam także inne wydarzenie. Domek dróżnika, w którym mieszkaliśmy, stał w odległości zaledwie 50-100 metrów od stacji Linswege. Na dworcu towarowym Amerykanie rozstawili zaraz po wkroczeniu na stację około 10-15 czołgów. Któregoś dnia przechodziłem obok tych czołgów i miałem na sobie spodnie mundurowe Hitlerjugend, wraz z należącą do nich ozdobną klamrą. Kiedy tak ubrany przechodziłem przez teren stacji, podszedł do mnie czarnoskóry żołnierz, zatrzymał mnie, ukląkł i zaczął przyglądać się tej klamrze. A były na niej wytłoczone słowa „Krew i honor” oraz swastyka. Bałem się, że mi ten żołnierz coś zrobi, ale on próbował jedynie odczytać ten właśnie napis, po czym roześmiał się i, jeśli mnie pamięć nie myli, dał mi na koniec jeszcze nawet czekolady.

Legitymacja uchodźcy zapewniała skromne przywileje – Ehlertom pomogła uzyskać tani kredyt na budowę domu.
Po wojnie życie zaczęło się normalizować – o ile w ówczesnych warunkach można było mówić o normalizacji. Wszystko krążyło wokół jednego tematu – jak związać koniec z końcem. I udawało się jakoś! Moja matka najmowała się do pomocy w sąsiednim gospodarstwie rolnym, szyła tam i cerowała, głównie w zamian za żywność. Z czasem i ja zacząłem tam chodzić i spędzałem tam prawie cały mój wolny czas. Przed wyjściem do szkoły – uczęszczałem wówczas do dwuklasowej szkoły powszechnej w sąsiedniej wsi Linswege – doiłem tam krowy w zamian za pożywne śniadanie. A i po szkole natychmiast tam się udawałem, by pomagać w kuchni, w oborze, przy pracach polowych i w szkółce leśnej. Generalnie czułem się tam naprawdę dobrze – wyżywienie było dobre, a praca sprawiała mi przyjemność. Oprócz tego jednak – co przyjemne już z pewnością nie było – musiałem razem z młodszym rodzeństwem zbierać jesienią na skoszonych polach pozostałe po żniwach kłosy zbóż i szukać na kartofliskach ziemniaków, które pozostały po wykopkach. Zebrane zboże zamienialiśmy potem we młynie w Linswege na płatki owsiane. Każdy z nas musiał w jakiś sposób przyczynić się do utrzymania rodziny. Jedna z moich młodszych sióstr chodziła na przykład od gospodarstwa do gospodarstwa żebrząc o mleko. Najczęściej wracała do domu z litrem mleka i/lub kilkoma jajkami, czasem nawet z kawałkiem boczku. Ja żebrać bym nie umiał, choćby nie wiem jak mama mnie do tego namawiała. Raczej wolałbym umrzeć z głodu.
Gdzieś w połowie sierpnia 1945 roku dowiedzieliśmy się, że Stocznia Schichaua wznowiła pracę w Bremerhaven. O losie naszego ojca i mojego najstarszego brata nic wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy. Razem z siostrą i kuzynką, o której już pisałem, pożyczyliśmy skądś rowery i pojechaliśmy do Bremerhaven, około 70 km. I rzeczywiście – odnaleźliśmy ojca. Pracował w stoczni i mieszkał w malutkim pokoiku w Bremerhaven-Lehe. Dowiedzieliśmy się, że udało mu się wraz z innymi kolegami uciec z Gdańska w ostatniej minucie łodzią podwodną nie zdolną jeszcze do zanurzenia. Ojciec opowiadał, o ile sobie mogę przypomnieć, że transportowano ich na pokładzie, przywiązanych ze względów bezpieczeństwa do wystających części nabudowy łodzi. Nie wiem, jak daleko tak płynęli, pewnie tylko do najbliższego wolnego jeszcze portu. W każdym razie w końcu w jakiś sposób dotarli do Bremerhaven i natychmiast po zakończeniu wojny podjęli znów pracę. Nie budowali teraz oczywiście łodzi podwodnych, lecz zajmowali się naprawą statków i starych kutrów.
Bardzo szybko, bo pod koniec 1945 roku, rodzina nasza dostała mieszkanie w Westerstede. Było ono małe, ale do tego byliśmy przyzwyczajeni – w rodzinnych stronach też nie było lepiej. Cieszyliśmy się bardzo, że znów będziemy mieszkać razem – wszyscy za wyjątkiem mojego młodszego brata, który początkowo pozostał u „swojego” gospodarza, który traktował go niemal jak własnego syna. Przeprowadził się do nas dopiero gdzieś w 1949-50 roku, kiedy po skończeniu szkoły rozpoczął w Westerstede naukę zawodu kowala artystycznego. W międzyczasie odnalazł się również mój najstarszy brat. Z Pomorza, gdzie uczył się w Szkole Adolfa Hitlera w Crössinsee, uciekał przed frontem rowerem. U pewnego rolnika w prowincji Holsztyn znalazł tymczasowe schronienie i pracę. Odnalazł nas z pomocą Czerwonego Krzyża. Z możliwości tej skorzystał zresztą nie tylko on – w ten sam sposób odnalazł nas również mój kuzyn, a brat wspomnianej już kilkakrotnie kuzynki, oraz najstarsza siostra mojego ojca, ciocia Ela (Lisbeth). Wszyscy oni zamieszkali razem z nami. Wkrótce opuściła, nas natomiast owa kuzynka. Chciała koniecznie przeprowadzić się do Berlina, gdzie miała znajomych czy też rodzinę – do dziś mieszka ona w byłej NRD.
Mój ojciec w dalszym ciągu pracował w Bremerhaven i tylko na weekendy przyjeżdżał do domu. Nasze nowe mieszkanie, w którym stale żyło dziewięć, a później dziesięć osób, składało się z trzech pokoi i kuchni, w której można było także spać. Oprócz tego mieliśmy niewielki chlewik ze stojącą obok niego latryną, oraz stosunkowo duży ogród z szopką na narzędzia. Moja ciotka co roku tuczyła świnię, a w ogrodzie rosły warzywa i ziemniaki. Do tego dochodziły jeszcze produkty, które moja matka dostawała w dalszym ciągu za szycie, no i co nieco dostawaliśmy z przydziału na kartki żywnościowe. Mój ojciec i kuzyn, który znalazł pracę w tartaku, zarabiali potrzebną do życia gotówkę. Summa summarum bardzo dobrze się tam urządziliśmy. Ja zamiast do dwuklasówki chodziłem teraz do ośmioletniej szkoły powszechnej w Westerstede, nie zaś do szkoły średniej, tak jak w Biskupcu – trzeba teraz bowiem było płacić czesne. Ponieważ mój ojciec był wówczas w stanie opłacić czesne tylko jednemu synowi, zdecydował się mnie właśnie posłać do gimnazjum kończącego się maturą. Przypuszczalnie nie był on swego czasu zachwycony tym, że mój starszy brat zdecydował się przejść ze zwykłej szkoły średniej do szkoły Adolfa Hitlera, nie mógł jednak (badź nie chciał) się temu otwarcie sprzeciwić. Rozumowanie mojego ojca było następujące: ponieważ mój brat z własnej woli zmienił szkołę przechodząc do nie istniejącej obecnie nazistowskiej placówki, musiał teraz zrezygnować z dalszego kształcenia i podjąć naukę zawodu, tak bym ja mógł dokończyć edukację. Ja jednak nie miałem zbyt wielkiej ochoty na kolejną zmianę szkoły, tym bardziej że już prawie dwa lata w ogóle nie chodziłem do szkoły, bądź uczęszczałem jedynie do szkoły powszechnej i siłą rzeczy naukę w gimnazjum musiałbym zaczynać z młodszymi dziećmi. Dlatego przekonałem ojca, by posłał do szkoły średniej mojego brata, gdyż ten i tak zamierzał zrobić tylko tzw. „małą maturę” i iść do pracy, ja zaś zamierzałem skończyć szkołę powszechną i podjąć naukę zawodu. Tak też rzeczywiście się stało. Mój brat zrobił „małą maturę”, następnie zaś staż przygotowujący do pracy w bankowości. Później uzupełniał wykształcenie na kursach zawodowych i awansował do stanowiska dyrektora banku. Ja zaś jeszcze raz otrzymałem szansę kontynuacji nauki, kiedy żona gospodarza, u którego regularnie (później zaś tylko od czasu do czasu) pracowałem, zaproponowała przejąć bieżące czesne oraz konieczną nadpłatę. Jednak i z tej szansy nie skorzystałem, czego później – muszę to przyznać – czasami żałowałem.
Tak więc w dalszym ciągu chodziłem do szkoły powszechnej w Westerstede i zakończyłem naukę na Wielkanoc 1947 roku, szukając intensywnie (i początkowo bezskutecznie) zakładu, który przyjąłby mnie jako praktykanta. Istniała wówczas regulacja umożliwiająca powtórzenie ósmej klasy absolwentom, którym nie udało się znaleźć tego typu miejsca. Od początku nowego roku szkolnego uczęszczałem znów na zajęcia ósmej klasy, mimo iż miałem już świadectwo ukończenia szkoły.
Należy przypomnieć, że w pierwszych latach powojennych panowało wysokie bezrobocie i brakowało firm, chcących przyjąć ucznia na naukę zawodu. Zdobycie jednego z nielicznych miejsc wymagało naprawdę dobrych układów, a te mieli z reguły jedynie miejscowi. Jako dziecko z rodziny uchodźców trzeba było mieć sporo szczęścia, by zdobyć takie miejsce. Mi się udało – 1 czerwca 1947 roku mogłem zacząć trzyipółletnie praktyki dające uprawnienia ślusarza samochodowego. Nie był to mój wymarzony zawód, chciałem uczyć się mechaniki precyzyjnej lub zegarmistrzostwa. Czasy były jednak takie, że trzeba było łapać za ogon pierwszą lepszą srokę i cieszyć się, że w ogóle udało się cokolwiek znaleźć. Mój starszy brat oraz kuzyn znał szefa tej firmy, dlatego mnie tam przyjęto. Szef był jeszcze młody, przejął firmę po ojcu, który zginął podczas nalotu w ostatnich dniach wojny. Z pieniędzy, które tam zarabiałem (25 marek w pierwszym roku nauki, 35 i 45 w dwóch kolejnych latach i 55 marek w ostatnim półroczu), mogłem zachować na własne potrzeby jedynie 5 marek. Pieniądze przed reformą walutową były co prawda niewiele warte (kwitł handel wymienny i „waluta” tytoniowa), niemniej jednak trochę gotówki było potrzebne, choćby po to, by kupić papierosy. Amerykańskie i angielskie kosztowały na czarnym rynku ok. 10-12 marek, niemieckie 5-6 marek. Legalnie można było nabyć jedynie papierosy z przydziału na kartę tytoniową. Do reformy walutowej istniała bowiem ścisła reglamentacja wszystkich dóbr użytkowych. Kartki były dosłownie na wszystko – artykuły żywnościowe, odzież, ziemniaki, ryby... – no i także na papierosy. Na szczęście nikt oprócz mnie w naszej rodzinie nie palił (ja sam paliłem potajemnie), dlatego też z polecenia matki sprzedawałem przysługujące nam karty tytoniowe. Ale sprzedawałem je nie obcym, tylko kumplowi. Pochodził on z rodziny rzemieślniczej i prawie zawsze dysponował gotówką. Papierosy te wypalaliśmy razem. Oczywiście nie były to za każdym razem papierosy amerykańskie, czy niemieckie, nazywane „aktywami”. Wówczas właściwie prawie każdy rolnik i każdy, kto posiadał kawałek ogrodu, uprawiał tytoń. Tytoń ten suszono, fermentowano i cięto. Z dobrego gatunku kręcono papierosy, gorszy palono w fajce.

Tuż po wojnie trudno było o pracę. Służba w policji zapewniła młodemu Heinrichowi stabilizację zawodową.
W czerwcu 1948 roku w ramach reformy walutowej marki Rzeszy (Reichsmark) zastąpiono marką niemiecką (Deutsche Mark). Każdy obywatel dostał na początek 40 nowych marek „na łebka”, a cztery tygodnie później jeszcze 20 marek. I nagle, o dziwo, w sklepach było wszystko – przedtem witryny świeciły pustkami. Podobnie było u mnie w pracy – był to warsztat samochodowy oraz sklep, w którym sprzedawano rowery i części zapasowe. Dzień po reformie walutowej także u nas nagle można było dostać opony, rowery i najróżniejsze części. Pamiętam do dziś, jak razem z innymi uczniami przez kilka tygodni składać musiałem rowery z pojedynczych części. Wraz z reformą walutową zaczęto stopniowo znosić reglamentację towarów i życie zaczęło się normalizować.
Mimo iż moje praktyki kończyły się planowo dopiero 31 grudnia 1950 roku, egzamin czeladniczy zdałem już 31 października i pracowałem dalej w tej samej firmie jako mechanik. W pierwszym roku pracy zarabiałem 68 fenigów na godzinę, w kolejnym 87 fenigów. W styczniu 1951 roku zwolniono mnie na krótko (jakieś cztery tygodnie) z powodu braku zleceń, natychmiast jednak dostałem pracę jako kierowca w tartaku, w którym pracował mój kuzyn. Następnie wróciłem do mojego starego zakładu, ale w styczniu 1952 roku znów straciłem pracę. Dostawałem zasiłek dla bezrobotnych, a oprócz tego dorabiałem niewielkie sumy, początkowo w kinie przy obsłudze projektora, gdzie za każdy seans dostawałem markę, a później przez jakiś czas u kowala artystycznego. Jeszcze na początku bezrobocia dałem się namówić kumplowi, by złożyć podanie o pracę w policji. Policja kraju związkowego Nadrenia Północna-Westfalia poszukiwała narybku i zachęcała za pośrednictwem plakatów, by się zgłaszać. Egzamin odbył się w Oldenburgu – zostałem przyjęty. W tym czasie moja matka przeprowadziła się z wszystkimi moimi siostrami i najmłodszym bratem do ojca, który znalazł w Bremerhaven odpowiednie mieszkanie. W starym mieszkaniu pozostał mój starszy brat, kuzyn, ciotka i ja.
Z chwilą przyjęcia na służbę w policji Nadrenii Północnej-Westfalii z dniem 1 sierpnia 1952 roku rozpoczął się dla mnie nowy okres w życiu zawodowym, zakończony przejściem na emeryturę w dniu 31 marca 1993 roku w westfalskim mieście Arnsberg.
W roku 1991, 46 lat po naszej ucieczce, po raz pierwszy znów ujrzałem moje rodzinne miasto Biskupiec. Wiedziałem już wówczas, że dom, w którym mieszkaliśmy, został zniszczony w wyniku działań wojennych i że w ogóle niejedno miejsce zmieniło swój wygląd. Muszę przyznać, że było to rzeczywiście niezwykłe uczucie, móc chodzić po starych, tak dobrze znanych mi drogach – do szkoły, na boisko sportowe, do kościoła, a przede wszystkim na osiedle przy wieży ciśnień, gdzie mieszkali moi dziadkowie. Byłem też oczywiście w Nojdymowie w gospodarstwie, które kiedyś należało do mojego wujka, oraz nad jeziorem Dadaj. Widząc te miejsca odczuwałem bezspornie pewien sentyment, bo każdy zakątek wiązał się ze wspomnieniami o krewnych, przyjaciołach i różnych wydarzeniach. Moja żona i córka towarzyszyły mi w tej podróży, tak iż mogłem im pokazać, gdzie spędziłem moje najmłodsze lata. Od tamtej pory byłem w Biskupcu już trzy razy – były to wyjazdy organizowane pod hasłem „Biskupczanie odwiedzają Biskupiec”. Dzięki opowieściom innych podróżnych z tej grupy znam moje rodzinne miasto obecnie lepiej i dopiero teraz mogłem się przekonać, jak piękne są Prusy Wschodnie, które musieliśmy opuścić. Mimo to nie mam i nigdy nie miałem uczucia, że poniosłem jakąś druzgocącą stratę. Być może byłem za młody, by rozwinąć uczucie przywiązania do tego miasta, może byliśmy też po prostu zbyt biedni? Może coś w tym jest, że „wielkie majątki ziemskie rodzą większe umiłowanie rodzinnych stron niż trzyizbowe mieszkania”. Utracona ojczyzna? Biskupiec jest i pozostanie dla mnie miejscem urodzenia, z którym wiążą się wspomnienia z najmłodszych lat. Ale za rodzinne strony uważam chyba bardziej Westerstede, gdzie kończyłem szkołę, gdzie uzyskałem wykształcenie zawodowe i spędziłem moją młodość. A tak naprawdę zadomowiłem się w mieście Arnsberg – mieście, w którym czuję się bezpiecznie, w którym założyłem rodzinę i w którym spędziłem najdłuższy okres mego życia.