„Robotnicy ziemscy byli samowystarczalini”
Fried von der Groeben
Fried von der Groeben pochodzi z rodziny ziemiańskiej. Jego ojciec był właścicielem majątku Łabędnik w powiecie bartoszyckim. Był to typowy dla Prus Wschodnich majorat, czyli majątek dziedziczony w całości przez najstarszego syna wraz z przynależnym tytułem hrabowskim. Fried był najmłodszym dzieckiem hrabiego. Dzięki jego wspomnieniom przed oczyma czytelnika ożywa na chwilę świat, którego już nie ma: rozległe latyfundia ojca, patriarchalna społeczność wiejska oraz typowy wschodniopruski pałac z gosposią, guwernantką, nauczycielem domowym i pokojówkami. Fried von der Groeben opowiada także o życiu robotników rolnych pracujących w majątku, wspomina wybuch wojny oraz swą służbę w oddziałach przeciwlotniczych marynarki i na froncie w pobliżu Berlina.

Park otaczający pałac w Łabędniku był ich podwórkiem: Fried von der Groeben (pierwszy z lewej) z rodzeństwem i dziećmi ze wsi, maj 1937.
W chwili dojścia do władzy nazistów w roku 1933 miałem pięć lat i mieszkałem w pałacu w Łabędniku, razem z rodzicami i starszym rodzeństwem – bratem Hansem i siostrą Agnes. Pałac, w którym się urodziłem (jestem jedynym żyjącym przedstawicielem rodu Groebenów, który się w nim urodził), w latach dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku kupił pewien biznesmen z Warszawy. Po dokonanym wówczas remoncie pałac stał się bardziej wytworny niż był kiedykolwiek za naszych czasów. Nie posiadaliśmy bowiem ogrzewania centralnego, marmurowych posadzek, ani tak licznych urządzeń sanitarnych.
Wieś Łabędnik liczyła wówczas około 350 mieszkańców. Większość z nich, około czterdziestu rodzin, stanowili robotnicy ziemscy zatrudnieni w majątku mojego ojca. Domy, w których zamieszkiwali, były naszą własnością. W każdym z nich mieszkały co najmnie dwie, a czasem nawet cztery rodziny. Oprócz robotników we wsi mieszkał pastor, pielęgniarka, stolarz, szewc, siodlarz, dwóch listonoszy, pan kantor, czyli nauczyciel naszej wiejskiej szkoły, który był jednocześnie organistą w kościele, i może czterech samodzielnych gospodarzy. Ci gospodarze również mieli swoich robotników, po jednej lub po dwie rodziny. Był także karczmarz, który oprócz gospody posiadał rzeźnię, sklep i punkt handlu bydłem. Centralną rolę w życiu wsi odgrywał jednak majątek, mój ojciec był sołtysem, wójtem i kolatorem kościoła w jednej osobie. Poza Łabędnikiem do majątku należały jeszcze trzy folwarki zamieszkiwane łącznie przez około trzydzieści rodzin robotniczych: Sporwiny, Matyjaszki i Bożki. Folwarki były samodzielnymi gospodarstwami, bez których majątek obejmujący ponad tysiąc hektarów pól i lasów nie był w stanie się obejść, ponieważ powierzchnia ta była zbyt duża, by gospodarzyć na niej centralnie z jednego miejsca.
Majątek ten stanowił tak zwany majorat. Oznaczało to, iż nie wolno go było dzielić – musiał w całości przejść z ojca na najstarszego syna. Z majoratem połączony był tytuł hrabiowski, jaki nosił mój ojciec i automatycznie mój starszy brat. Aby zabezpieczyć finansowo swych młodszych synów, dziadek mój nabył w 1890 roku sąsiednie dobra Spurgle i Pasławki liczące po jakieś 250 hektarów. Warunki klimatyczne na wschodzie sprawiały, iż przetrwać mogły jedynie majątki o pewnej minimalnej wielkości. Stąd też starano się nie rozdrabniać ich w drodze dziedziczenia. Był to jeden z powodów, dla których Prusy faworyzowały tworzenie majoratów. Córki dostawały oczywiście posag, a młodsi synowie otrzymywali w miarę możliwości odszkodowanie pieniężne. Tak stać się miało również w moim wypadku.
Sześćdziesiąt lat temu rolnictwo wyglądało zupełnie inaczej niż dzisiaj. Przy bardzo niskim nakładzie siły roboczej można dzięki mechanizacji uzyskać znacznie większe plony; traktory zastąpiły konie. Za naszych czasów Łabędnik był już co prawda podłączony do sieci elektrycznej, ale nie było to wcale oczywiste. Wiele majątków i wsi zelektryfikowano dopiero pod koniec lat trzydziestych, Bożki pozostały do końca wojny bez prądu.
Praca, a tym samym całe życie w majątku było w wysokim stopniu zależne od cyklu pór roku. Najbardziej „leniwym“ okresem była zima. Był wówczas czas na urządzanie polowań, a dzień pracy robotników był krótki. Zimą przede wszystkim młócono zboże zebrane w pośpiechu w krótkim okresie lata – nie było bowiem kombajnów, które kosiły zboże i je natychmiast młóciły. Gdy nie starczało miejsca w stodołach, stawiano ogromne kopy zboża pod wolnym niebem. Młócono je w pierwszej kolejności, ponieważ szybko wilgotniały i psuły się. My dzieci z problematyką rolną stykałyśmy się automatycznie, gdyż rodzice i mieszkająca z nami babcia ze strony matki rozmawiali o tym w naszej obecności. Mój ojciec nie miał rządcy i wszystko załatwiał sam. Był ciągle w drodze, zawiadywał pracą i nadzorował jej wykonanie, niezależnie od tego, czy była to orka, wysiew czy żniwa.
Wyjątkowy ruch panował w majątku latem, szczególnie podczas żniw, gdy wszystko musiało iść raz-dwa. W innych stronach zatrudniano kolumny polskich żniwiarzy. Byli to Polacy, którzy w maju przybywali do Prus Wschodnich, Marchii Brandenburskiej i na Pomorze, aby pracować tam do września, podczas gdy ich rodziny czekały na ich powrót w domu. Polacy ci mieszkali najczęściej w prymitywnych warunkach. W Łabędniku kolumny te były jednak nieznane. Pamiętam natomiast kilka polskich słów, jakie były w miejscowej gwarze niemieckiej, na przykład „sziskojedno“. Używali ich jednak tylko robotnicy i gospodarze. W rodzinie hrabiowskiej mówiliśmy czystą, ponadregionalną niemczyzną i nie wolno było używać gwary (w Niemczech gwara jest zjawiskiem znacznie bardziej rozpowszechnionym niż w Polsce i posługują się nią nawet ludzie wykształceni – red.). Bliżej nam było do francuskiego niż do lokalnego dialektu, gdyż francuski był językiem salonów. Kiedy rodzice chcieli omówić coś poufnego, co miało pozostać niezrozumiałe dla młodszych dzieci i personelu, robili to po francusku. Moja babcia ze strony matki jeszcze w wieku 92 lat czytała francuskie książki.
Podczas żniw do pracy przychodzili nie tylko robotnicy (wszyscy mieli umowy o pracę), lecz również ich dzieci. Było to dla nich za każdym razem ogromne przeżycie, gdyż mieli okazję zarobić niezłe kieszonkowe – bądź to kierując furą snopków, bądź też przy jeździe „głodówką“. Jak wyglądała taka fura? Były to zaprzęgi z czterema końmi. Woźnica wyjeżdżał w pole, gdzie czekał na niego jeden robotnik i dwie robotnice. Mężczyzni wrzucali snopki na wóz, a kobiety je na nim układały. Na koźle siedział chłopiec, który jeździł od mendla do mendla. Dostawał za to 50 fenigów na dzień. Nie było to jednak wcale łatwe. Kierowanie takim zaprzęgiem z czterema końmi wymagało pewnej zręczności. Trzeba było bardzo ostrożnie ruszać z miejsca, bo inaczej cała wysoka fura mogła się osunąć. Najtrudniej było jednak takim wozem zawrócić, by wjechać w nastepny rząd mendli, gdyż koła były dosyć nieruchome. Trzeba było zrobić duży łuk, bo inaczej cały wóz mógł się wywrócić. Inną pracą dla chłopców w wieku 12-14 lat była jazda „głodówką“. Za każdą furą jechała taka „głodówka“ zaprzężona w starszego konia i grabiła spadające z fury źdźbła. Płacono za to 1 markę dziennie.
Stosowano również „nowoczesne“ maszyny. Jeszcze w czasie wojny do napędzania młócarki, tartaku itp. używano lokomobil. Były to praktycznie lokomotywy parowe, ale służące nie do jazdy, lecz do napędzania maszyn. Miały co prawda cztery koła, ale na miejsce pracy, na przykład pole, ciągnęły je konie. Do parku maszynowego należały również snopowiązałki, które kosiły zboże i od razu wiązały je w snopki. Snopki te układano na kilka dni w mendle, by je wysuszyć, zanim w opisany wyżej sposób zwieziono je do stodół lub prosto na młóckę. Kombajny były w Prusach Wschodnich jeszcze rzadkością, my ich nie mieliśmy. Przy wszystkich pracach koń odgrywał nadrzędną rolę. Koni potrzebowano do ciągnięcia siewników, do orki i bronowania, no i przy żniwach. Do wszystkich tych prac używano zaprzęgów z czterema końmi, a mieliśmy takich zaprzęgów dziesięć. Ogromym ułatwieniem była też stodoła z wysoką rampą, mimo iż działała ona bez zaawansowanej techniki. Po obu jej stronach znajdowały się podjazdy, po których wozy wjeżdżały na strych stodoły – dzięki temu można było je łatwo rozładować, wystarczało zrzucić furę w dół i już wóz mógł opuścić stodołę przez zjazd po drugiej stronie.

Zimowa przejażdżka rodziny hrabiowskiej, Łabędnik 1937/38.
Podobnie jak prace polowe również nasze dziecięce zabawy były zależne od cyklu pór roku. Najbardziej lubiane były gry z piłką, szczególnie piłka nożna i palant. Przy grze w palanta rzucało się do góry skórzaną piłkę wielkości pięści, którą następnie należało udarzyć kijem tak, aby poleciała jak najdalej. Zimą jeździliśmy sankami. My, dzieci z pałacu, mieliśmy każde własne sanki, dzieci ze wsi miały sanek mniej. Brakowało też odpowiednich górek, szczególnie w powiecie bartoszyckim, były to raczej niewielkie pagórki. My korzystaliśmy ze stoku koło kościoła oraz – przede wszystkim – z podjazdów do wspomnianej stodoły z rampą. Bawiliśmy się również na lodzie. Nie każdy mógł jednak pozwolić sobie na zakup łyżw, dzieci ze wsi miały „szlorki“ – deseczki przymocowane do butów rzemykami. Do tych deseczek przymocowane były z kolei druty zastępujące płozy łyżw. Był to niezwykle prymitywny przyrząd, który każdy mógł zbudować we własnym zakresie. Do szlorek brało się długi kij z wbitym u dołu gwoździem. Jeździło się na nich stojąc w rozkroku i odbijając się tym właśnie kijem. W ten sposób graliśmy także w hokeja na lodzie. Narty były natomiast w zasadzie nieznane, w całej wsi było tylko kilka par.
Czasu wolnego nie spędzaliśmy oczywiście wyłącznie na dworze, od czasu do czasu musieliśmy pokazać się w domu. W tamtych latach nie było jeszcze telewizji, dlatego wiele czytano i opowiadano. Mama wieczorem często czytała nam różne historie, dokładnie pamiętam na przykład bardzo grubą książkę „Walka o Rzym“ autorstwa Felixa Dahna. Częstymi gośćmi były u nas dzieci ze Spurgli – kontakty między Łabędnikiem a Spurglami były bardzo bliskie. Bawiliśmy się z nimi chętnie w chowanego, szczególnie zimą, w pałacu i dobudówce było na to dużo miejsca. Mniej więcej co sześć tygodni w gospodzie był seans filmowy, na który i nam czasem pozwalano pójść.
W połowie lat trzydziestych hitlerjugend rozszerzyła działalność na tereny wiejskie. Dwa razy w tygodniu odbywała się obowiązkowa służba. Na wsi, gdzie każdy znał każdego, kontrola tego obowiązku była znacznie prostsza niż w dużych miastach. Tam – słyszałem to często po wojnie – niektórym udało się uniknąć członkostwa w hitlerjugend. Na wsi było to niemożliwe. Mój przyszywany brat Dieter i ja nie zawsze mieliśmy ochotę iść na służbę w niedzielę. Zdarzało się, że przychodziła po nas wtedy delegacja z hitlerjugend – nie przez główne wejście z przodu, na to nie mieli odwagi, ale przez wejście kuchenne dla personelu. Musieliśmy wtedy przyjść, robili nam wyrzuty: „Nie chcecie przyjść na służbę“ itp. Dla świętego spokoju ojciec mówił: „Idźcie tam proszę“. Ale nie był nazistą! Owszem, jako wójt miał czasami zebrania w gospodzie, na których wygłaszał jakąś mowę, ale nie był w partii. Zdarza się często, że ludzie przemilczają swą ówczesną fascynację nazizmem. Co się tyczy mojej rodziny, to była ona pod tym względem dosyć podzielona. Obydwaj bracia matki byli nazistami z przekonania i pozostali nimi do końca wojny. Z całej wsi Łabędnik do partii hitlerowskiej należało jakieś cztery, pięć osób: listonosz, siodlarz, karczmarz. Również pastor, którego tata jako kolator kościoła zaangażował w 1934 roku, był początkowo przekonany o słuszności ideologii nazistowskiej.
Gdy rodzice wybierali się w podróż, rzadko zabierali nas ze sobą – słowo turystyka było jeszcze nieznane. Co prawda regularnie odwiedzaliśmy krewnych, ale wszyscy oni mieszkali w Prusach Wschodnich – dwaj bracia ojca mieszkali nawet bardzo blisko nas, bo w Spurglach i Pasławkach (dwaj pozostali bracia taty polegli w czasie pierwszej wojny światowej we Francji). Z kuzynami ze Spurgli, którzy byli w naszym wieku, żyliśmy w szczególnej komitywie. Ponadto jeździliśmy do siostry mamy do Ponar w powiecie morąskim (obecnie ostródzkim – red.) oraz w pobliże Iławy, gdzie mieszkali jej dwaj bracia. My dzieci latem co roku jeździłyśmy nad morze do Neuhäuser koło Piławy (obecnie Miecznikow – red.), aż do wybuchu wojny. Naszą pierwszą naprawdę dużą podróżą był wyjazd na cztery tygodnie do Górnej Bawarii w 1936 roku z kilkudniowym postojem w Berlinie – razem z mamą, babcią i starszym rodzeństwem. Różnice między Prusami Wschodnimi a zachodnią częścią Niemiec były duże. Również fakt, iż Prusy Wschodnie od końca pierwszej wojny światowej były całkowicie odcięte od pozostałej części Niemiec, miał wpływ na nasz sposób myślenia. Wprawdzie i dla nas Berlin był stolicą, lecz aby się tam dostać, trzeba było pojechać „do Rzeszy“ – tak się wtedy mówiło. W tej samej sytuacji znajduje się obecnie Obwód Kaliningradzki – mieszkający tam Rosjanie również mówią „jedziemy do Rosji“, gdy wybierają się do Petersburga czy Moskwy.

Od 1936 roku Groebenowie dysponują własnym mercedesem. Jednak na inspekcje i zakupy w pobliskich Bartoszycach nadal jeżdżą bryczką. Samochód zarezerwowany jest na dalsze trasy.
Trzy, może cztery razy do roku rodzice zabierali nas ze sobą do Królewca, od roku 1934 jeździliśmy tam własnym mercedesem. Dwa lata później doszedł drugi samochód marki hanomag. Był mniejszy od mercedesa, ale również dobrze się sprawował aż do wybuchu wojny. Wyjeżdżaliśmy rano i w ciągu półtorej godziny pokonywaliśmy odległość 70 kilometrów z Łabędnika do Królewca – kamienny słupek oznaczający tę odległość do dziś stoi przy drodze. Przez długi czas najpiękniejszą rzeczą podczas tych wyjazdów było dla nas drugie śniadanie, które spożywaliśmy tuż po przyjeździe w kawiarni. Były świeże bułeczki z gotowaną szynką – dla nas dzieci ze wsi nieznany smakołyk. U nas w domu wędliny jedynie wędzono. Robiono to we własnym zakresie, podobnie zresztą było z pieczeniem chleba. W przybudówce kuchni pałacowej była nie tylko wędzarnia, ale i duży piec piekarski oraz piwnica na owoce i warzywa, w której jabłka pozostawały świeże aż do wiosny. Owoce cytrusowe na stół trafiały niezwykle rzadko, dorastaliśmy bowiem w czasach, kiedy władze wszelkimi sposobami starały się oszczędzać dewizy, których w tamtych latach brakowało również w Niemczech. Dlatego pomarańcze jedliśmy właściwie tylko w styczniu i lutym. Pamiętam też dokładnie, że zgodnie z napisem na skrzynkach pochodziły one z Barcelony. Generalnie jedliśmy to, co pochodziło z produkcji własnej majątku: ziemniaki, mięso, drób, jajka, ryby, dziczyznę, warzywa i owoce z własnego ogrodu, no i oczywiście chleb. Jednym słowem: byliśmy samowystarczalni. Podobnie rzecz miała się z naszymi robotnikami, którzy oprócz wypłaty w gotówce zgodnie z umową otrzymywali deputaty w naturze. Każda rodzina miała ponadto prawo chować jedną krowę – krowy te trzymano w oddzielnej oborze, a majątek dostarczał dla nich siana i buraków pastewnych. Latem krowy te miały także wydzielone pastwisko, w innym miejscu niż bydło z majątku. Ponadto każdy robotnik miał mały kurnik i chlewik dla świń, otrzymywał z majątku zboże do karmienia tych zwierząt, i co roku sprzedawał jedną lub dwie świnie, a jedną przeznaczał na potrzeby własne. Wszystkim robotnikom przysługiwał ponadto kawałek pola do uprawy ziemniaków. Mieli także prawo hodowli gęsi, przy czym co szóstą gęś oddawali zamiast dzierżawy do kuchni pałacowej. Tak więc robotnicy rolni byli również samowystarczalini. Rzemieślnicy pracujący w majątku, tacy jak kowal, mechanik, kołodziej i siodlarz, mieli ponadto pewne przywileje, na przykład prawo trzymania dwóch krów.
Oprócz tych pracowników mieliśmy niewielką ilość służby w pałacu: dwie pokojówki-służące, pomoc kuchenną oraz tak zwaną gosposię – kucharkę odpowiedzialną za przyrządzanie posiłków dla nas i personelu. Było to codziennie co najmniej dwadzieścia porcji. Jedzenie „państwa“ nie różniło się znacznie od jedzenia służby. Jedyną różnicą był w zasadzie deser, np. budyń. Do personelu należał również księgowy – pan po trzydziestce, który zajmował się bilansami centralnej części majątku (finansami folwarków ojciec zajmował się sam).
Co rusz mieliśmy w pałacu gości, którzy mieszkali w wydzielonych pokojach gościnnych. Samochody były wówczas rzadkością, dlatego każda wizyta z zewnątrz była dla nas dużym wydarzeniem. Goście przyjeżdżali koleją i byli odbierani z najbliższej stacji w Wiatrowcu (8 km) lub z Bartoszyc (12 km) oraz z powrotem tam odwożeni. Latem przyjeżdżały między innymi starsze panie z Królewca na cztero- lub szesciotygodniowy wypoczynek. Nie była to rodzina, ale obcy. Mama tak chciała, a wynikało to z jej chrześcijańskiego nastawienia. Wśród tych gości zdarzały się przedstawicielki mniejszości niemieckiej z krajów nadbałtyckich, które po pierwszej wojnie światowej musiały uciekać ze swych rodzinnych stron. Stryjenka ze Spurgli pochodziła również z tych kręgów.
Ważnym wydarzeniem w kalendarzu było polowanie, w którym i my dzieci brałyśmy udział. Było całkiem sporo drobnej zwierzyny, a z grubej tylko sarny i dziki. Zaczynaliśmy od strzelania wiatrówką do wróbli, później w wieku około jedenastu lat polowaliśmy bronią małokalibrową na wrony, szczury itp., a od dwunastu lat śrutówką na drobną zwierzynę, a więc kaczki, bażanty, zające, lisy. Sztucera wolno nam było używać tylko pod okiem dorosłych.
Wśród szczególnych wydarzeń w ciągu roku wymienić należy także przeróżne święta. Szczególnie uroczyście obchodzono święta kościelne – Boże Narodzenie i wielkanoc. W Boże Narodzenie dzieci robotników zapraszano do pałacu, gdzie otrzymywały od mamy upominki i tradycyjny talerz bożonarodzeniowych łakoci, między innymi pierniczków. Zapraszano także wyższych rangą pracowników mających specjalne przywileje, takich jak kowal i siodlarz. Dostawali oni prezent od mojego ojca: pudełko cygar albo butelkę wódki. Nie wolno zapominać, że życie na wsi było wówczas dosyć proste i tak samo proste były ludzkie potrzeby. Dzieci ze wsi zapraszano również w wielkanoc, ale tym razem nie do pałacu, lecz do okalającego go parku, gdzie odbywało się tradycyjne szukanie malowanych jajek. Obchodziliśmy także urodziny – kucharka piekła tort, a solenizant mógł wybrać, co będzie w tym dniu na obiad. Ja z siostrą dostawałem tylko jeden tort na urodziny, mój brat Hans natomiast jako pierworodny i „następca tronu“ – dwa; całe jego wychowanie było nastawione na przejęcie w przyszłości majątku.

Wychowanie dzieci należało do kobiet: matka, babka i guwernantka z Friedem i Dieterem przed wejściem do pałacu, około 1937 r.
Jako najmłodsze dziecko w rodzinie byłem z racji różnicy wieku dzielącej mnie od starszego rodzeństwa nieco osamotniony, dlatego jesienią 1936 roku – miałem wówczas osiem i pół roku – rodzice przyjęli na wychowanie chłopca zachodu Niemiec. Nazywał się Dieter M. i pochodził z Wiesbaden. Do połowy 1943 roku żyliśmy jak bracia. Do dziesiątego roku życia uczęszczaliśmy do wiejskiej szkoły w Łabędniku, choć muszę zgodnie z prawdą przyznać, że dopóki nie było Dietera, nie miałem szczególnej ochoty na naukę. Pan kantor – tak nazywano nauczyciela, gdyż w niedzielę grał on brawurowo na organach w naszym wiejskim kościele, znosił dzielnie moje częste nieobecności, mimo obowiązku szkolnego, jakim byłem objęty. Nic dziwnego – przy jego niskich poborach nie chciał narazić się na utratę dwóch lub trzech bożonarodzeniowych gęsi dostarczanych z pałacu. W tym czasie za wychowanie moje i rodzeństwa odpowiadała guwernantka, pani Alice P. z francuskojęzycznej części Szwajcarii. Od roku 1938 mieliśmy prywatne lekcje u nauczycielki, która również mieszkałą u nas w domu.
Ponadto od roku 1934 rodzice zatrudniali nauczyciela domowego, który uczył moje starsze rodzeństwo, jak również Joachima G. (syna karczmarza) oraz Anneliese T. (córkę pana kantora). Jeśli chodzi o rodziców, to wychowanie dzieci było sprawą mamy, ojciec był instancją wyższą, która budziła respekt i nie brała udziału we wszystkich codziennych sprawach. Miał dużo pracy w polu i przy biurku. Od czasu do czasu udawał się na ćwiczenia wojskowe, które należały do obowiązków każdego porządnego Niemca, szczególnie w odizolowanych od reszty kraju Prusach Wschodnich.
Od roku 1942 uczęszczaliśmy z Dieterem M. do szkoły średniej w Bartoszycach. Okres ten zakończył się z chwilą powołania nas do służby pomocniczej marynarki wojennej w Piławie, dla Dietera latem 1943 roku, bo był z rocznika 1927, dla mnie – rocznika 1928 – w stczyniu 1944. Aż do tej chwili wojna i polityka miały raczej niewielki wpływ na nasze dość beztroskie dzieciństwo. Owszem, dorośli rozmawiali przy stole na tematy polityczne, ale prawdziwie zaniepokojeni byli dopiero od kryzysu w związku z Sudetami jesienią 1938 roku. Jako wójt i sołtys ojciec mój miał wiele do roboty w związku z grożącą mobilizacją. Zarządzenie komisji poborowej dla robotników w wieku obronnym, jak również oględziny całego stada koni liczącego ponad 120 zwierząt oraz obydwu naszych samochodów było jasnym znakiem, że sytuacja jest poważna. Dlatego nie było dla nas niespodzianką, kiedy pod koniec lata 1939 roku większą liczbę mężczyzn wezwano na „sześciotygodniowe ćwiczenia“ oraz zarekwirowano ponad 60 procent koni na rzecz wojska w zamian za śmiesznie niskie odszkodowanie. Mój ojciec kazał wypalić tym koniom niewielkie znamię na szyi, by przynajmniej część z nich móc później ewentualnie odkupić. Pod koniec lipca, czyli jeszcze przed zakończeniem żniw, tata dostał wezwanie do wojska. Na czele nowo utworzonego batalionu składającego się głównie z rezerwistów i weteranów pierwszej wojny światowej przemieszczał się powoli przez Mazury w kierunku granicy polskiej. Dwa razy mogliśmy go z mamą odwiedzić, pierwszy raz w Jezioranach, niewielkim warmińskim miasteczku, a drugi raz 31 sierpnia, gdy był już tuż przy samej granicy na południe od Olsztynka. Po południu tego dnia w jego batalionie wydawano ostrą amunicję, dokładnie to pamiętam. Mój ojciec wiedział, że na drugi dzień, 1 września, wszystko się zacznie, ale nam o tym nie powiedział. Pojechaliśmy tam samochodem, ale nie jednym z naszych, bo kilka dni wcześniej zarekwirowało je wojsko. Zawiózł nas tam pan G., właściciel gospody. Był już powyżej wieku obronnego, a jego mercedes pozostał na miejscu. Na stacjach benzynowych, które wówczas i tak nie były zbyt liczne, można było kupić jedynie parę litrów paliwa, mimo iż oficjalnie go jeszcze nie racjonowano.
Nazajutrz, około czwartej lub piątej, usłyszeliśmy niesamowity łoskot. W pobliskiej Świętej Siekierce (obecnie Mamonowo – red.) znajdowało się lotnisko polowe, z którego nieustannie startowały samoloty w kierunku południowym, czyli w kierunku Polski. Jednak kampania wrześniowa szybko dobiegła końca i już około 20 września zakwaterowano u nas jednostkę artylerii, która przestała być potrzebna w Polsce. Ogromnym ciosem była dla nas w połowie miesiąca wiadomość, że stryj ze Spurgli, ojciec siedmiorga dzieci, poległ 12 września pod Kałuszynem koło Warszawy dowodząc kompanią piechoty. Ponieważ daleki krewny, również z rodu Groebenów, służył w sztabie generalnym armii, do której należała jednostka stryja, udało się przetransportować zwłoki do Łabędnika, gdzie pochowano je 27 września z honorami wojskowymi. Wspomniana już jednostka artylerii, zakwaterowana u nas w tym czasie, okazała się przy tym bardzo pomocna.
Na początku września wydano również pierwsze kartki żywnościowe. Mam je wciąż przed oczyma, jak leżą u nas na stole, takie żółtobrązowe bony. My dzieci nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, co to oznacza. Odczuwaliśmy z Dieterem nawet pewną dumę, że i my otrzymaliśmy własne kartki. To, co z tego wynikało, a mianowicie początek reglamentacji żywności, nie było dla nas jasne. Oprócz tego po wybuchu wojny dla młodzieży wiejskiej niewiele się zmieniło. Część mężczyzn zwolniono z wojska, wrócili do domów w listopadzie. W międzyczasie przysłano do pracy pierwszych polskich jeńców wojennych. W Łabędniku było ich około dwudziestu, zakwaterowano ich w dobrych warunkach w pomiszczeniach siodlarni. Mój ojciec, który po wypadku w maju miał chorą nogę, przybył 30 października do domu. Ze względu na konieczną kurację musiał przekazać dowództwo nad swoim batalionem innemu oficerowi. Drogę z Pułtuska nad Narwią do domu pokonał w trzy dni w siodle na własnym koniu z Łabędnika. Nie napotkały go żadne nieprzyjemności ze strony ludności okupowanej Polski.
Powody do troski o życie najbliższych walczących na froncie pojawiły się w zasadzie później. Kampanie we Francji, Norwegii i na Bałkanach szybko dobiegły końca. Doskonale pamiętam 22 czerwca 1941, początek agresji na Związek Radziecki. Już kilka tygodni wcześniej drogi były zapchane długimi kolumnami wojska – także prowadząca przez Łabędnik droga Bartoszyce-Kętrzyn. Szczególnie nocą słychać było nieprzerwanie odgłos toczących się kół. W pałacu i we wsi od kilku już tygodni zakwaterowane było wojsko, choć propaganda nazistowska oczywiście zaprzeczała: „Nie, nie ma mowy o ataku na Rosję, to tylko duże manewry!“. Jeśli jednak przed 1939 rokiem mowa była o jakimkolwiek zagrożeniu militarnym, to spodziewano się go – tak mówili dorośli – wyłącznie ze wschodu, a więc ze strony Rosjan. O zagrożeniu ze strony Polski nigdy nie było mowy, nie postrzegano Polski jako wroga, mimo polskiego korytarza, jaki oddzielał Prusy Wschodnie od reszty Niemiec – tak to przynajmniej zapamiętałem. Na 1940 rok ojciec planował nawet podróż do Warszawy uchodzącej za wytworne miasto, taki mały Paryż. Pamiętam jeszcze inny epizod w związku z zagrożeniem militarnym ze strony Rosji. Jak już wspominałem, jeszcze przed wojną często kwaterowało u nas wojsko, które latem odbywało wiele ćwiczeń. Miałem jakieś osiem lat, kiedy podczas takiego kwaterunku żołnierze postawili na stole w pałacu ciężką przenośną radiostację i porysowali przy tym lakierowany blat. Bardzo mi się to nie podobało, ale dziś jeszcze słyszę głos mamy: „Lepiej przecież, kiedy nasi żołnierze niechcący porysują ten stół, niż gdyby mieli tu przyjść Rosjanie“. A trzeba pamiętać, że Rosjanie byli wówczas daleko, bo oddzielały ich wtedy od nas Polska i Litwa!

Dumni z nowych mundurów: Fried (z psem), Dieter i Hans, kwiecień 1944.
W lutym 1943 roku Goebbels, nazistowski minister propagandy, wygłosił w pałacu sportu w Berlinie kolejne ogromne przemówienie i zapytał zebrany tam tłum wybranych, wiernych słuchaczy: „Czy chcecie totalnej wojny?!“. Wszyscy odkrzyknęli zgodnie z oczekiwaniami: „Chcemy!“. Był to sygnał do mobilizacji ostatnich rezerw. Wszędzie, gdzie tylko się dało, pozostałych jeszcze do dyspozycji mężczyzn kierowano do służby frontowej. Aby uzupełnić luki, jakie powstały w ten sposób na tyłach, sięgnięto po piętnasto- i szesnastolatków. Do obsługi działek przeciwlotniczych rozsianych po terytorium Niemiec, by chronić miasta i ośrodki przemysłowe przed brytyjskimi i amerykańskimi nalotami bombowymi, kierowano całe klasy szkolne. Chłopcy ci nosili szare mundury oraz opaskę na ramię ze swastyką, mieszkali zazwyczaj w barakach w pobliżu swych dział i pobierali w ograniczonym zakresie naukę od starszych nauczycieli powyżej wieku obronnego.
Nieco inaczej wyglądało to w marynarce wojennej, która utrzymywała własną obronę przeciwlotniczą. Tam nie przenoszono do służby całych klas, lecz pojedynczych uczniów, tak iż w jednostkach tych w Piławie i Kłajpedzie służyli chłopcy ze wszystkich szkół na terenie Prus Wschodnich. Dzięki służbie pomocniczej marynarki wojennej udało się „zaoszczędzić“ wielu żołnierzy. Od połowy 1943 roku wcielano chłopców rocznika 1926 i 1927, a od stycznia 1944 roku również rocznika 1928, który zastąpił rocznik 1926 wcielony do służby pracy, a następnie do wojska. Ja sam służbę w Piławie rozpoczęłem 21 stycznia 1944 roku. Na chłopców ze zwykłej obrony przeciwlotniczej patrzyliśmy z góry, bo zamiast wspomnianych wyżej mundurków nosiliśmy prawdziwe wojskowe mundury w koloarach polowych, a na szczególne okazje mundury wyjściowe marynarki: granatowe spodnie z bardzo szerokimi nogawkami, granatowe blezery z białym marynarskim kołnierzem, granatowe kurtki i opaskę z napisem „Służba Pomocnicza Marynarki Wojennej“. Lekcje nie odbywały się w jednostce, lecz w normalnej szkole w mieście, do której wożono nas rano cztery razy w tygodniu. Było to możliwe dlatego, że front znajdował się jeszcze daleko i nalotów spodziewano się jedynie nocą. Aż do sierpnia przylatywały nad nami jedynie sporadycznie pojedyncze samoloty brytyjskie, które nie wyrządzały w zasadzie żadnych strat. Dopiero pod koniec sierpnia przeżyliśmy dwa naprawdę duże naloty, które szczególnie mocno dotknęły Królewca. Ponieważ jednak samoloty te rejon niebezpiecznej dla nich twierdzy w Piławie omijały szerokim łukiem, udało się nam zestrzelić ich zaledwie kilka.
Zakwaterowani byliśmy po dziesięć osób w jednym pomieszczeniu, w bunkrach, gdzie brak było naturalnego światła i wystarczającej wentylacji. Nasza bateria liczyła około 25 młodzieńców służących przy czterech działkach (początkowo o kalibrze 10,5 cm, a od lipca przy bardziej nowoczesnych o kalibrze 12,8 cm) oraz w centralnym punkcie dowodzenia, poza tym jakieś osiem dziwecząt w wieku od 20 do 24 lat, około 20 regularnych żołnierzy (dorosłych mężczyzn w wieku obronnym) oraz dziesięciu jeńców radzieckich, mieszkających w oddzielnym baraku i zatrudnianych przy najcięższych pracach, np. transporcie amunicji. Byli bardzo słabo żywieni i ofijalnie nie wolno było im nic dawać, natomiast potajemne podanie kawałka chleba zawsze spotykało się z ogromną wdzięcznością. Pod koniec roku 1944 przebrano ich w mundury polowe i zaprzysiężono na Hitlera, „wodza Europy“. Coś takiego było niezrozumiałe nawet dla nas szesnastolatków.
W styczniu 1945 roku Armia Czerwona zajęła Kłajpedę i służące tam wcześniej regularne załogi obrony przeciwlotniczej przeniesiono do Piławy. Zastąpiły one nas, tak iż z początkiem lutego musieliśmy zdać nasze marynarskie mundury. Przez Mierzeję Wiślaną dostarliśmy do Gdańska i Gdyni. Przedtem pomagaliśmy w Piławie przy ewakuacji ludności cywilnej, która cały swój dobytek musiała pozostawić na nabrzeżach, by dostać się na pokład statków płynących do Danii. Na temat nędzy uciekinierów, a szczególnie przeprawy przez zamarznięty Zalew Wiślany, wiele już napisano. Były to kolumny uchodźców, które do Piławy przybyły nie z kierunku Królewca, lecz przeprawiły się koło Braniewa i Świętej Siekieki przez zamarznięty Zalew, po tym jak Rosjanie w pobliżu Elbląga zamknęli kocioł wschodniopruski odcinając tym samym drogę na zachód. Na początku lutego również moi rodzice przeprawili się przez zamarznięte wody Zalewu Wiślanego. Wszystkie dostępne jednostki pływające zmobilizowano do ewakuacji ludności, przy czym małe statki były bardziej bezpieczne niż duże, jak na przykład „Wilhelm Gustloff“ zatopiony 30 stycznia na Bałtyku przez radziecką łódź podwodną.
Takim małym statkiem mój około dwudziestoosobowy oddział przetransportowano z Gdyni do Saßnitz, gdzie dotarliśmy 24 lutego. Koleją wyekspedowano nas przez Lubekę do Kilonii, gdzie zwolniono nas z marynarki, aby natychmiast wcielić nas do Służby Pracy Rzeszy w Rendsburgu – na szczęście tylko na cztery tygodnie. Ponieważ tworzyliśmy zwartą grupę, dekownicy, którzy wojnę spędziły w domu, nazywali nas szyderczo „Panami z Cesarskiej Marynarki“. Pod koniec marca przewieziono nas, znów koleją, z Rendsburga do miejscowości Jüterbog, przedtem miałem jeszcze okazję zobaczyć się z rodzicami. Pod koniec lutego dostali się wozem zaprzężonym w jednego konia – a więc z niewielką ilością bagażu – do Pronstorf, gdzie była już moja babcia. Fakt, iż w tych chaotycznych warunkach nadal funkcjonowała poczta, graniczy niemal z cudem.
W Jüterbog utworzono naprędce nowe dywizje, które nie miały numerów, lecz nosiły nazwy postaci historycznych, nasza nazywała sie na przykład „Friedrich-Ludwig-Jahn“. Były to zbiorowiska ludzi z ostatnich rezerw, jakie tylko udało się pozyskać. Jedynie nieliczni mieli doświadczenie wojskowe – byli to podoficerowie ze szkół wojskowych, młodzi chorążowie itp. W moje siedemnaste urodziny panował jeszcze względny spokój, a braki w wyżywieniu uzupełniliśmy wkradając się z kolegami nocą do spiżarń naszej jednostki. Nazywaliśmy się zastępczym batalionem polowym. Inaczej jednak niż było w zamierzeniach nie wykorzystano nas jako odsieczy Berlina, co było jednym z zadań armii Wencka.
20 kwietnia Rosjanie byli już pod Jüterbog i tylko nielicznym z nas udało się na czas wycofać. Nam na dobre wyszedł fakt, że stanowiliśmy niewielką grupę i znaliśmy się jeszcze z Piławy. Przydzielono nas do nowej jednostki, z którą etapami wycofywaliśmy się w kierunku Łaby. Do rzeki dotarliśmy rankiem 7 maja. Przeprawiliśmy się łodziami na drugi brzeg, lecz gdy tylko osiągneliśmy środek rzeki, Rosjanie przebili się i zaczęli nas ostrzeliwać – mieliśmy dwóch rannych. Amerykanie, którzy już na nas czekali po drugiej stronie, pochowali się i nie wyszli z kryjówek nawet wtedy, gdy my byliśmy już na brzegu. Ze strony naszego dowództwa padł rozkaz przejścia do niewoli z bronią, bo tylko z bronią Amerykanie nas zaakceptują jako jeńców wojennych. Ale ich w ogóle to nie interesowało, kazali nam rzucać broń bez żadnej kontroli na jedną wielką kupę. Następnie poprowadzono nas kilka kilometrów dalej i pozostawiono w szczerym polu z niezbyt liczną strażą. Rankiem 8 maja podjechały „szczekaczki“, przez które ogłoszono, że zostaniemy wydani w ręce Rosjan. Tylko naprawdę ranni i niezdolni do drogi mieli zostać na miejscu. W okamgnieniu zostaliśmy otoczeni i odprowadzeni z powrotem w kierunku Łaby.
Przeczytaj portret Fryderyka Groebena wydrukowany w „Posłańcu Warmińskim“, a dowiesz się więcej o jego losach w okresie powojennym.