„Robiliśmy to, co do dziś robią
harcerze wszystkich narodów świata”
Nalli
„Nalli“ to przydomek nadany respondentowi przez rówieśników w latach młodości. On sam pochodzi z dobrego domu z Królewca i opowiada o życiu codziennym w stolicy Prus Wschodnich. Pytanie o to, jak spędzał czas wolny, nadaje rozmowie nieoczekiwany przebieg. Okazuje się bowiem, że Nalli był drużynowym w Hitlerjugend. Dla swych druhów organizował wyjazdy pod namiot, zabawy na wolnym powietrzu oraz tak zwane „wieczory“. Zbierał z nimi również datki na pomoc zimową. Podobnie jak wielu jego rówieśników był bardzo zaangażowanym członkiem tej organizacji i w odróżnieniu od wielu innych jest gotów o tym mówić.
Nalli: Mieszkaliśmy w Królewcu, w kamienicy na południowym krańcu śródmieścia. Kamienice w naszej dzielnicy miały zazwyczaj po dwanaście, szesnaście mieszkań. Nasze mieszkanie składało się z trzech pokoi, kuchni i dużego korytarza. Nie mieliśmy ani centralnego ogrzewania, ani łazienki, była natomiast toaleta i bieżąca woda. A nie było to wcale oczywiste: w bocznym skrzydle naszej kamienicy toalety znajdowały się na klatce schodowej, na półpiętrze, czyli w obrębie domu, ale nie w obrębie mieszkania.
Pytanie: Jak wysoki był czynsz za to mieszkanie?
Nalli: 65 marek miesięcznie.
Pytanie: A czy w pobliżu był przystanek tramwajowy?
Nalli: Przez naszą ulicę jeździły tramwaje, w całym Królewcu było jakieś dwanaście linii tramwajowych. Częstotliwość, z jaką z nich korzystano, zależała od zasobności portfela. Pojedynczy bilet kosztwał 20 fenigów, a w bloczku można było nabyć bilety po 15 fenigów sztuka. Ja drogę do szkoły pokonywałem pieszo – były to około dwa kilometry, 20 minut drogi.
Pytanie: A czy pana mama pracowała zawodowo?
Nalli: Nie. Prowadziła dom, wychowywała dzieci, gotowała, prała… Wówczas nie było pralek… Raz na miesiąc przychodziła praczka i robiła z mamą duże pranie. Sprzątaniem mama zajmowała się sama, lecz mieliśmy już wówczas odkurzacz.
Pytanie: A radio?
Nalli: Mieliśmy tzw. odbiornik ludowy („Volksempfänger“) za 76 marek. Były też mniejsze modele po 35 marek.
Pytanie: A jak określiłby pan swą ówczesną stopę życiową?
Nalli: Mój ojciec zarabiał jako urzędnik w magistracie jakieś 400 do 500 marek – był żonaty i miał dwójkę dzieci. Pracował w opiece społecznej. Czasami, kiedy zapomniał zabrać śniadania, niosłem mu je do pracy i dostawałem za to 10 fenigów. Szedłem wówczas przez korytarze w jego urzędzie. W Niemczech panowało wówczas ogromne bezrobocie, sześć milionów ludzi nie miało pracy. Tylko niewielka ich część otrzymywała zasiłek dla bezrobotnych, pozostali żyli z opieki społecznej. Niosąc ojcu kanapki przechodziłem koło czekających tam ludzi i miałem styczność z nędzą warstw upośledzonych tamtych lat.
Pytanie: A jak wyglądała kwestia zaopatrzenia? Czy były jakieś braki?
Nalli: Od roku 1936 racjonowano masło. Lecz w Prusach Wschodnich masła było dosyć dużo. Pamiętam, że mama wysyłała paczki z masłem „do Rzeszy“. W końcu jednak masło zaczęto racjonować także u nas, nie było na nie wprawdzie kartek, sklepy prowadziły natomiast listę klientów, tak iż nie każdy mógł wszędzie robić zakupy i chomikować tłuszcze. Kartki żywnościowe wprowadzono dopiero na początku wojny.
Pytanie: A gdzie te kartki wydawano?
Nalli: Wydaje mi się, że były roznoszone po domach. Były też talony na odzież, roczny przydział wynosił 100 punktów. Każde ubranie w sklepie miało pewną wartość wyrażoną w punktach i przy zakupie punkty te odcinano z talonu. Nie pamiętam jednak, na ile ubrań ten przydział starczał.
Pytanie: A jak często robiono takie zakupy?
Nalli: Wedle potrzeby. Ubrania wymieniało się wtedy, gdy były sprane lub zniszczone, a nie wedle „widzimisię“, na przykład po trzech miesiącach.

Kobiety z Targu Rybnego w Królewcu miały opinię niezwykle wygadanych. Na temat ich elokwencji krążyło wiele anegdot.
Pytanie: A jak rzecz miała się z typowo wschodniopruską kuchnią, np. słynnymi flaczkami po królewiecku? Czy gotowano takie rzeczy również na codzień w domach?
Nalli: Ależ tak, mama robiła flaczki, siedem godzin się to cholerstwo gotowało!
Pytanie: A klopsy po królewiecku?
Nalli: U nas mówiło się na nie kwaśne klopsy. Nie wiem, czy kwaśne klopsy to specjał typowo królewiecki. Pamiętam za to marcepan po królewiecku – to dopiero był przysmak! Mama sama go piekła w foremkach marcepanowych. Podawano go do herbaty.
Pytanie: Znane są też królewieckie rynki, na których sprzedawano ryby i warzywa…
Nalli: W pobliżu co tydzień był rynek, na który chodziła mama. Przynosiła stamtąd za każdym razem bananów za 50 fenigów.
Pytanie: (ze zdziwieniem) Bananów za 50 fenigów?
Nalli: Tak. I było to wcale niemało. Chętnie jadałem banany. Na rynku mama kupowało również ryby i masło.
Pytanie: A czy ryby często trafiały na stół?
Nalli: Ponieważ mój ojciec pochodził z Mazur, przywiązywał dużą wagę do tego, byśmy przynajmniej raz na tydzień jedli ryby. I jakby na złość mamie musiały to być koniecznie jazgarze: takie małe rybki z niewielką ilością mięsa i dużą ilością ości. Mama mówiła na nie „plujki“, bo przy każdej trzeba było „pluć“ dwie godziny. Na temat kobiet sprzedających ryby na królewieckim targu rybnym oraz ich elokwencji krąży wiele anegdot. Targ ten znajdował się nad rzeką Pregołą w pobliżu mojej szkoły. Pamiętam jedną z tych historii: Kłócą się dwie rybary (tak je nazywaliśmy), wyzywają się od najgorszych. W końcu jedna podnosi z bruku porcję końskiego łajna, rzuca nim w koleżankę i trafia prosto w jej otwartą buzię. A ta na to: „To teraz tu zostanie, aż przyjedzie policja!“ (wspólny śmiech). Ja sam w drodze do szkoły często przechodziłem koło tego targu, ale nigdy nie byłem świadkiem takich scen.
Pytanie: Czy pamięta pan jakieś szczególne wydarzenia związane ze szkołą, do której pan chodził?
Nalli: Raz do roku organizowano wycieczkę szkolną – ale nie był to bynajmniej wyjazd do Szwajcarii albo Francji, lecz zwykły spacer za rogatki miasta – na piechotę. W głowach uczniów zostawało jednak więcej, niż w głowach obecnej młodzieży jeżdżącej za granicę. Raz byłem z całą klasą na koloniach, jakieś dziesięć, dwanaście dni w ośrodku w Gołdapi, w pobliżu ówczesnej granicy z Polską. Było to w przedostatniej klasie, miałem więc jakieś 16-17 lat. Rokrocznie organizowano również rozgrywki sportowe, na które zapraszano także rodziców i krewnych. Graliśmy w dwa ognie. W moim gimnazjum było po dwie klasy z każdego rocznika – klasa A i klasa B (do szkoły uczęszczało około czterystu uczniów podzielonych na 18, później na 16 klas). Klasa A grała z klasą B, a zwycięzcy grali z wyższym rocznikiem. W roku 1936 nastąpiła reorganizacja, zlikwidowano podział na klasy A i B, i zastąpiono je klasami profilowanymi – był profil językowy i matematyczno-naukowy. Ja byłem w językowym, uczyłem się osiem lat łaciny, sześć lat francuskiego i pięć lat angielskiego. Oprócz tego chodziłem na kurs włoskiego w Instytucie Włoskim w Królewcu.
Pytanie: A jak długo uczył się pan tego języka?
Nalli: Nie było to po cztery godziny tygodniowo, tak jak w szkole, lecz prawdopodobnie jeden lub dwa wieczory w tygodniu, w sumie jakieś osiem, może dwanaście miesięcy.
Pytanie: A kto za to płacił?
Nalli: Było to bezpłatne, dla chętnych. Płacić trzeba było natomiast za naukę w gimnazjum, 20 marek miesięcznie za pierwsze dziecko i 15 za drugie. Mój ojciec jako urzędnik „wyższego szczebla“ w randze inspektora zarabiał około 400, 500 marek miesięcznie. Na samo czesne wydawał 35 marek. Oprócz tego trzeba było kupić wszystkie podręczniki, nie mówiąc już o zeszytach i tym podobnych rzeczach.
Pytanie: Czy chodził pan do kina?
Nalli: Dwa razy do roku.
Pytanie: A ile to kosztowało i jakie to były filmy?
Nalli: Filmy jakie były, wiadomo, można je dziś obejrzeć na wideo. Bilet w najtańszym kinie kosztował 50, 60 i 70 fenigów.
Pytanie: To znaczy, że były różne miejsca, tak jak w teatrze?
Nalli: Zgadza się! Żartowaliśmy, że „na wojnie jest jak w kinie – z przodu migoce, a z tyłu są najlepsze miejsca“! (wspólny śmiech). No więc z przodu 50, w środku 60, a z tyłu 70 fenigów – to były ceny w najtańszym kinie, w „pchlim kinie“, jak mówiliśmy. Myślę, że w dużych kinach bilet kosztował markę, markę pięćdziesiąt, czy nawet dwie marki za najlepsze miejsca, ale to tylko moje przypuszczenia. Przed filmem fabularnym wyświetlano zawsze kronikę filmową i tzw. „wstępniak“, czyli krótki film o tematyce kulturalnej.
Pytanie: A czy słuchał pan radia?
Nalli: Niezbyt często: coś w rodzaju kabaretu – „Trzech wesołków z Kolonii“ w sobotę po południu, a oprócz tego „Niemiecki koncert ludowy“.
Pytanie: Czy dużo pan czytał?
Nalli: … (zastanawia się) Czytałem książki młodzieżowe, np. „Robinson“, „Tom Sawyer“, „Emil i detektywi“, baśnie, Wilhelma Buscha, podania germańskie i greckie…
Pytanie: A czasopisma?
Nalli: Mieliśmy gazetę codzienną, tak poza tym nic więcej…

Z okazji urodzin Adolfa Hitlera lokale Hitlerjugend były specjalnie dekorowane.
Pytanie: Jak spędzał pan czas wolny?
Nalli: Nie było to nic szczególnego… (krótkie milczenie). Byłem oczywiście w Hitlerjugend, a dokładniej w tzw. Jungvolku. Była to sekcja Hitlerjugend dla chłopców w wieku od dziesięciu do czternastu lat. Tam spędzałem większość wolnego czasu.
Pytanie: Jak to wyglądało?
Nalli: Mogę to panu dokładnie powiedzieć: (z naciskiem) Robiliśmy to, co do dziś robią harcerze wszystkich narodów świata, nic więcej. Owszem, świętowaliśmy urodziny Hitlera, ale tak poza tym oddawaliśmy się tym samym zabawom i grom w harcówce, na wolnym powietrzu i w terenie, jakim oddawali się i nadal się oddają harcerze wszystkich krajów świata. Także w dzisiejszych czasach harcerze świętują urodziny swego władcy – od Londynu po Bangkok.
Pytanie: Mówi pan o harcówce. Czy był to oddzielny budynek?
Nalli: Z tym bywało bardzo różnie. Ja byłem drużynowym, kierowałem najpierw drużyną zwaną „Jungenschaft“ (około dziesięciu chłopców – red.), a później szczepem zwanym „Jungzug“ (cztery drużyny – red.). Niektóre drużyny miały szczęście posiadać własny lokal. Ja sam miałem do dyspozycji budkę dróżnika, w której urządzaliśmy tzw. „wieczory“. Większość czasu spędzaliśmy jednak na dworze, na placu przed dawnym dworcem wschodnim, który użytkowany był wyłącznie jako dworzec towarowy, lub w rejonie portu – znajdował się tam niezabudowany piaszczysty teren doskonale nadający się do gier i zabaw.
Pytanie: A jak trafił pan do Jungvolku?
Nalli: Dopiero w wieku trzynastu lat, jako przedostatni z mojej klasy. Moi rodzice byli temu przeciwni. Ale ponieważ wszyscy wokół byli już w Jungvolku, i ja musiałem w końcu do niego wstąpić. To było w 1935 roku. Przedtem byłem w kościelnym kółku młodzieżowym. Po jego rozwiązaniu miałem żal do nazistów i nie mogłem się z tym pogodzić. Lecz kiedy wszyscy inni znaleźli się w Jungvolku, nie miałem innego wyboru, i muszę powiedzieć, że nie było tam źle, wręcz przeciwnie, bardzo mi się podobało.
Pytanie: Trafił pan więc do Jungvolku będącego częścią Hitlerjugend i dosłużył się tam wspomnianego stopnia?
Nalli: Tak jest. Gimnazjaliści są zresztą predestynowani do pełnienia funkcji kierowniczych – w tamtych czasach maturę robiło znacznie mniej osób niż dziś.
Pytanie: Z rozmów z innymi respondentami znane są mi różne elementy z życia Hitlerjugend – na przykład „poranki filmowe“ albo drużyny trębaczy. Czy zna pan je z własnego doświadczenia?
Nalli: „Poranki filmowe“ odbywały się w niedzielne przedpołudnie, chyba raz na miesiąc. Wyświetlano na nich określony z góry film, nie było możliwości wyboru – można było po prostu iść do kina lub zostać w domu. Najczęściej były to filmy historyczne, czasami też filmy pokazujące historię ruchu narodowosocjalistycznego, takie jak „Hitlerjunge Quex“. Poza tym środy były dniem wolnym od prac domowych w szkole ze względu na odbywającą się w tym dniu służbę w Hitlerjugend, a soboty z czasem, mniej więcej około roku 1938/39, ustanowiono „Państwowym Dniem Młodzieży“ („Staatsjugendtag“), wolnym od zajęć lekcyjnych. Jeśli jednak uchował się ktoś, kto z jakichkolwiek przyczyn nie był w Hitlerjugend, musiał iść normalnie na lekcje. Pozostali mieli natomiast służbę. Służba odbywała się dwa razy na tydzień – w środy po południu i w soboty przez cały dzień.
Pytanie: I co tam robiono?

Przysposobienie obronne odgrywało w Hitlerjugend ogromną rolę. Ćwiczenia z atrapami granatów w żargonie tej organizacji określano jako »rzut maczugą«.
Nalli: Ćwiczenia porządkowe, czyli musztra, ponadto sygnalizacja chorągiewkami, czyli coś w rodzaju alfabetu Morse'a, oraz zabawy na wolnym powietrzu. Często również śpiewaliśmy, od czasu do czasu uczyliśmy się też z pewnością życiorysów – nie pamiętam jednak szczegółów, to było raczej rzadko. Moi chłopcy mieli po dziesięć lat, nie sposób było z nimi robić bardziej ambitnych rzeczy. Aha: „Kto się boi czarnego luda“! Zna pan to? To taka gra, podczas której trzeba przebić się przez kordon przeciwników, przy czym nierzadko dochodziło do szarpaniny. Zbieraliśmy także gałęzie wierzbowe na kije. Od czasu do czasu czytałem również na głos.
Pytanie: Co to były za książki?
Nalli: (zastanawia się) Książki na temat pierwszej wojny światowej, czasami też coś humorystycznego, ale przeważała tematyka militarna.
Pytanie: Czy pamięta pan konkretne tytuły?
Nalli: Owszem. „Mężczyźni. Księga dumy“, napisał ją Erhard Wittek. To były historie z pierwszej wojny światowej.
Pytanie: Czy to, co robił pan ze swoimi zuchami, było kontrolowane odgórnie?
Nalli: Nie. Były wprawdzie specjalne czasopisma z materiałami do przygotowania wspomnianych już „wieczorów“. Zawierały teksty na temat historii Niemiec lub różnych osobistości – oczywiście tylko wybranych. Ale tak poza tym nie było to w żaden sposób regulowane. Miałem wolną rękę.
Pytanie: A czy były jakieś odczyty, na które przychodzili goście lub prelegenci z zewnątrz? Albo referaty przygotowywane samodzielnie przez zuchów?
Nalli: Nie. Raz była nauka śpiewu. Ale odczytów dla zwykłych zuchów nie było żadnych – tylko dla nas instruktorów podczas tak zwanej służby drużynowych, która odbywała się raz na parę tygodni.

W każde ferie drużuna Nalli'ego wybierała się rowerami pod namiot.
Pytanie: Czy brał pan udział w większych wycieczkach z ramienia Hitlerjugend?
Nalli: Byłem raz we Włoszech. Oprócz języków, jakich nauczano w mojej szkole (łaciny, angielskiego i francuskiego) uczyłem się, jak już wspomniałem, włoskiego w Instytucie Włoskim w Królewcu. Z tego powodu w dniu wybuchu wojny, 1 września 1939 roku, przebywałem we Włoszech jako członek niemieckiej delegacji na obozie młodzieży włoskiej. Przedtem musieliśmy przejść przez tygodniowy obóz przygotowawczy w Berlinie. We Włoszech byliśmy dwa tygodnie. Zjechali tam przedstawiciele organizacji młodzieżowych z różnych krajów – Bułgarii, Rumunii, Finlandii. W chwili wybuchu wojny wszyscy udali się w drogę powrotną, tylko my zostaliśmy na miejscu. Sam również organizowałem wycieczki dla moich chłopaków. Raz pojechaliśmy do Kłajpedy, rowerami przez Mierzeję Kurońską. Wielokrotnie byliśmy też w miejscowości Kumehnen (obecnie Kumaczowo), w pobliżu której znajduje się najwyższe wzniesienie Prus Wschodnich, 25 kilometrów od Królewca. Miałem tam krewnych, u których mogliśmy przenocować w stodole. Na ówczesnych rowerach nie opłacało się jechać tam tylko na weekend, dlatego jeździliśmy w każde ferie. Raz jechał z nami chłopak, który nie tylko nie miał roweru, ale w ogóle nie umiał jeździć na rowerze, tak więc pożyczenie mu roweru nie załatwiało sprawy. Całe 25 kilometrów wiozłem go, dwunastolatka, na ramie.
Pytanie: Organizując te wycieczki był pan zatem zdany na siebie?
Nalli: Organizowałem je prywatnie, ale pod szyldem Jungvolku.
Pytanie: Czy chłopcy musieli się na to składać, czy też płaciło za to państwo?
Nalli: Jak to wyglądało na dużych obozach liczących po 300-400 osób, tego nie wiem. My „maluczcy“ – czyli ja z moją dziesiątką – nie dostawaliśmy żadnych dotacji. Chłopcy sami się składali na wycieczkę. Do rodziców pisaliśmy tak: „Wyznajemy zasadę: wszyscy albo nikt; w związku z tym prosimy lepiej sytuowanych rodziców o datek na rzecz mniej zamożnych kolegów“. Składka na tygodniowy wyjazd wynosiła trzy marki od osoby. Bardziej zamożni rodzice dawali 50 fenigów ekstra dla tych, których nie było stać na wyjazd. Nocleg w schronisku młodzieżowym kosztował latem 20 fenigów, a zimą 25 ze względu na ogrzewanie. Jadąc na sześć dni mieliśmy więc po 50 fenigów na dzień.
Pytanie: To znaczy, że na jedzenie nie zostawało zbyt wiele…
Nalli: Właśnie liczę… możliwe, że była to składka tylko na pięć dni, tego już nie pamiętam, ale były to na pewno trzy marki, to wiem dokładnie. Przyznaję zresztą, że czasmi szliśmy do koszar i pytaliśmy, czy nie zostało coś z obiadu. Dostawaliśmy wtedy coś do jedzenia z wojskowego kotła.
Pytanie: A ilu chłopców nie było stać na wyjazd?
Nalli: Tego nie pamiętam… Ale wcale nie wykluczam, że co niektórzy, którym nie chciało się z nami jechać, mówili po prostu, że nie mają pieniędzy. I dostawali składkę od nas, a potem im się podobało. Podobnie było na początku ze mną – powiedziałem do ojca „Tato, przyjdzie do ciebie drużynowy, powiedziałem mu, że nie mogę z nimi jechać, będzie ciebie pytał, dlaczego“. Ojciec zastanowił się, co można mu powiedzieć – „Miałeś przecież zapalenie nerek, to mu powiemu“. Ale potem, jak się zjadło bakcyla…
Pytanie: …to się człowiekowi podobało…

Z trzech pałatek powstawał niewielki trzyosobowy namiot.
Nalli: (z naciskiem) W zdecydowanej większości! Samo przebywanie wśród rówieśników, wyrwanie z domu rodzinnego i spod nadzoru rodziców, bycie w grupie dniami i nocami, to była wystarczająca zachęta.
Pytanie: Czy nocowaliście również pod namiotami?
Nalli: Owszem, całkiem często.
Pytanie: Czy te namioty musiał pan kupić sam, czy dostarczała je Hitlerjugend?
Nalli: Tu trzeba rozróżnić małe obozy od dużych. Były więc z jednej strony namioty typu „Alex“. Byłu to namioty okrągłe dla ośmiu osób – dziś nie nadające się do użytku, bo materace dmuchane w środku by się ze sobą stykały! W tamtych latach nie mieliśmy w ogóle materaców, a jedynie siano. Namiotów tego typu używano na dużych obozach i były one własnością Hitlerjugend. Z drugiej strony, na małych obozach, takich jak te organizowane przeze mnie, mieliśmy czworokątne pałatki. Z trzech takich pałatek powstawał mały trzyosobowy namiot. Pałatki uszyte były z impregnowanego materiału i na wszystkich czterech krańcach miały guziki i dziurki pozwalające spiąć je w jeden namiot. Oprócz tego potrzebny był składany drążek podporowy, który po złożeniu można było nosić przy sobie. Części tego drążka nazywano węgorzami, a pręty wbijane na zewnątrz w ziemię – śledziami. Cztery węgorze składały się na jeden drążek.
Pytanie: Czy te wszystkie części były wykonane z metalu?
Nalli: Nie, nie – węgorze były z drewna, śledzie natomiast pewnie w większości z metalu.
Pytanie: Ale te małe namioty, jakie zabierał pan na wycieczki własnej drużyny, też należały do Hitlerjugend?
Nalli: Nie. To nie były namioty, lecz jedynie pałatki, z których można było zbudować namiot. Były one własnością prywatną chłopców. Taka pałatka kosztowała tyle samo co tornister – 20 marek.
Pytanie: I każdy sam musiał za to płacić?
Nalli: Tak. To znaczy nie musiał, ale mógł. Jak ktoś chce jechać na wycieczkę, a nie ma pałatki, pożyczy ją sobie od sąsiada lub kogoś innego.
Pytanie: A jak często organizował pan takie wyjazdy?
Nalli: Różnie. Generalnie w każde ferie, czasami też w weekend. Czasami jechaliśmy nawet 30-50 kilometrów do schroniska młodzieżowego w Groß Dirschkeim nad Bałtykiem (obecnie Donskoje) lub do Sarkau (obecnie Liesnoj) czy Rauschen (obecnie Swietłogorsk). Latarnia morska w Groß Dirschkeim miała 30 metrów wysokości i stała na skale wysokiej również na 30 metrów. Przypominam sobie też, że byliśmy na obozie w Tenkitten (obecnie Liotnoje), stał tam krzyż św. Wojcicha, misjonarza zabitego tam w dawnych wiekach przez Prusów.

Nalli w mundurze letnim Hitlerjugend.
Pytanie: Czy za mundur również każdy płacił sam?
Nalli: Trzeba było kupić go za własne pieniądze. Był specjalny koncesjonowany sklep z mundurami, które miały – powiedzmy – coś w rodzaju numeru identyfikacyjnego. Szyto je zgodnie z przepisami, tak iż na terenie całej Rzeszy mundury te miały identyczny krój i kolor.
Pytanie: A co należało do takiego munduru?
Nalli: Trzeba najpierw rozróżnić mundur letni od zimowego. Oprócz tego istniał jeszcze tak zwany „mundur przejściowy“. Zacznijmy więc od munduru letniego – należy do niego jasnobrązowa koszula, czarne krótkie spodenki ze sztruksu kończące się 20 centymetrów powyżej kolana, skórzany pasek i koalicyjka (pas naramienny). Na ozdobnej klamrze paska w Jungvolku wytłoczona była w pierwszych latach runa zwycięstwa, później zaś Hitlerjugend i Jungvolk miały identyczne klamry, na których wytłoczony był napis „Krew i honor“. Ten sam napis znajdował się na fince, która kosztowała cztery marki.
Pytanie: A ile kosztował cały mundur?
Nalli: Nigdy tego nie podliczyłem. Nie wiem, ile kosztowała brązowa koszula, a potrzeba ich było kilka, na wypadek gdy inne były w praniu albo się porwały. Ale nie zapominajmy: chusta i węzeł to w mundurze najważniejsze! Była to czarna trójkątna chusta, z której przy pomocy skórzanego węzła układano „krawat“.
Pytanie: A plecak?
Nalli: Był. Ale słowo „plecak“ to określenie cywilne. My mieliśmy tornistry, do których z tyłu przymocowywano menażkę, koc i płachtę namiotową. Koc się zwijało i kładło na plecak, a płachtę się składało.
Pytanie: Czy do munduru należało też jakieś specjalne nakrycie głowy?
Nalli: Latem była furażerka, ale się jej nie używało – nosiliśmy je we Włoszech, bo tam musieliśmy wyglądać reprezentacyjnie.
Pytanie: Czy do munduru były specjalne buty?
Nalli: To byłoby zbyt drogie. Nosiliśmy nasze codzienne obuwie. Podeszwy były podkute gwoźdźmi, aby nie zdzierały się za szybko. A gdy gwoździe się zdarły, zastępowano je nowymi, bo skóra na podeszwy była droga.
Pytanie: A jak wyglądał mundur zimowy?
Nalli: Do munduru zimowego należały długie spodnie z podwijaną nogawką – tak samo jak letnie koloru czarnego i bez kanta. Do tego czarna kurtka i kepi (czapka z daszkiem).
Pytanie: To był mundur Jungvolku?
Nalli: Tak. I Hitlerjugend również, mundury były jednakowe, różniły się jedynie opaski na ramię – Hitlerjugend miała czerwono-biało-czerwoną opaskę ze swastyką, a Jungvolk z runą zwycięstwa. Powyżej zaś noszono trójkątną odznakę wskazującą przynależność terytorialną najwyższego szczebla. Nasz region nazywał się „Wschód“. Było pięć regionów – Wschód, Zachód, Południe, Północ i Środek – oraz jakieś trzydzieści rejonów – my należeliśmy do rejonu „Ostland“ („Kresy Wschodnie“), przemianowanego później na „Prusy Wschodnie“, gdyż Austria po przyłączeniu do Rzeszy otrzymała nazwę „Ostmark“ („Marchia Wschodnia“), co rodziło nieporozumienia.

Drużyna Nalli'ego.
Pytanie: Czy słusznie domyślam się, że funkcję instruktora w Hitlerjugend pełnił pan honorowo, bez żadnego wynagrodzenia?
Nalli: Ależ oczywiście! To był zaszczyt! Co więcej, trzeba było płacić składki członkowskie – sam je zbierałem.
Pytanie: (ze zdziwieniem) Składki?
Nalli: Tak, zdaje się 30 fenigów miesięcznie plus 5 fenigów na ubezpieczenie.
Pytanie: A czy wydawano legitymacje członkowskie?
Nalli: Naturalnie.
Pytanie: A jak wyglądał podział organizacyjny Hitlerjugend?
Nalli: Najmniejszą jednostką jest drużyna licząca dziesięciu chłopców („Jungenschaft“). Cztery drużyny tworzą szczep („Jungzug“), następną zaś jednostką jest chorągiew („Fähnlein“). Mówię teraz o Jungvolku (we właściwej Hitlerjugend te same jednostki nosiły inne nazwy – red.).
Pytanie: A gdzie pan się znajdował w tej hierarchii?
Nalli: Najpierw byłem dowódcą drużyny („Jungenschaftsführer“), a póżniej dowódcą szczepu („Jungzugführer“). Ale wróćmy do struktur organizacyjnych: Cztery szczepy tworzą wspomnianą chorągiew (około 160 chłopców – red.), trzy lub cztery chorągwie tworzą z kolei plemię („Jungstamm“), całe miasto Królewiec to hufiec zwany „Jungbann“, całe Prusy Wschodnie tworzą zaś wspomniany już wcześniej rejon („Gebiet“), natomiast Prusy Wschodnie, Pomorze, Śląsk, Brandenburgia i Berlin tworzą region „Wschód“.
Pytanie: Czy pana jednostka miała własny sztandar?
Nalli: Oczywiście. W pierwszym „nieucywilizowanym“ okresie, mniej więcej do roku 1935, w użyciu były najróżniejsze proporce. Później to uporządkowano i ujednolicono – każda chorągiew miał własny sztandar.
Pytanie: Jak te sztandary wyglądały?
Nalli: Runa zwycięstwa w kolorze białym na czarnym tle. Była taka pieśń nazistowska: „Podążamy za czarnym sztandarem i świętym na nim znakiem“ – tym „świętym znakiem“ była właśnie runa zwycięstwa.
Pytanie: Czy te sztandary miały jednolity wygląd?
Nalli: Były ujednolicone, różniły się tylko numerem chorągwi, który znajdował się w jednym z górnych rogów. Sztandary właściwej Hitlerjugend (sekcja dla młodzieży od 14 lat – red.) wyglądały inaczej niż sztandary Jungvolku, były czerwono-biało-czerwone ze swastyką pośrodku – tak samo jak opaski na ramię.
Pytanie: W tamtych czasach przeprowadzano wiele zbiórek. Czy pan również coś zbierał?
Nalli: To zależy, co pan ma na myśli.
Pytanie: Na przykład „pomoc zimową“…
Nalli: Czyli zbiórki pieniężne…
Pytanie: Albo materiałowe, zbierano przecież makulaturę i inne materiały…
Nalli: Oczywiście, ale to dwie różne pary butów. „Pomoc zimowa“ to w wersji oficjalnej „Dzieło Pomocy Zimowej“: „By nikt nie cierpiał z zimna i głodu – Narodowosocjalistyczna Opieka Społeczna“. Za 20 fenigów dostawało się plakietkę pomocy zimowej, która w półroczu zimowym ukazywała się co miesiąc w innej wersji. To była zbiórka pieniężna.
Pytanie: I pan brał w niej udział?
Nalli: Tak, z ramienia Hitlerjugend.
Pytanie: I po ile ludzie dawali?
Nalli: Po dwadzieścia fenigów, tyle kosztowała plakietka. Nie zdarzyło mi się nigdy, żeby ktoś dał na przykład markę, pewnie wolał kupić pięć takich plakietek i przypiąć je do marynarki.
Pytanie: A jak się pan do tych ludzi zwracał?
Nalli: Nie było to ustalone. Mówiło się na przykład „datek na pomoc zimową“.
Pytanie: A gdzie zbierano? Także w tramwajach?
Nalli: Nie, w tramwajach nie zbierano, to chyba było zabronione. Zbieraliśmy wyłącznie w naszej dzielnicy, na ulicy. Były też kwesty, w czasie których chodzono po domach, ale to nie należało do naszych zadań. My zbieraliśmy na ulicy.
Pytanie: I gdzie pan te pieniądze później zdawał?
Nalli: W lokalu partyjnym NSDAP. Tam odbieraliśmy zaplombowaną puszkę i tyle a tyle plakietek – dwadzieścia albo trzydzieści. Z tym szło się na miasto. Dopiero na koniec mogliśmy zobaczyć, ile pieniędzy było w środku i czy wychodziło więcej niż po dwadzieścia fenigów za plakietkę, czy też mniej.
Pytanie: A zbiórki makulatury?
Nalli: Były również, oczywiście. Zbierano makulaturę i złom. Wcześniej informowano ludność, że tego a tego dnia będzie zbiórka, podobnie jak dziś ma to miejsce w wypadku zbiórek odzieży na cele charytatywne. Ludzie to wszystko odkładali w ustalonych miejscach, a my zbieraliśmy.
Pytanie: A zioła i tym podobne?
Nalli: Nie, tym zajmowały się dziewczęta.
Pytanie: Czy u pana w sąsiedztwie mieszkali Żydzi?
Nalli: Tak. W naszym domu co prawda nie, ale w sąsiedniej kamienicy. Było też kilka sklepów żydowskich. A ponieważ my, jak już mówiłem, byliśmy chrześcijanami… (chwila namysłu) szanowaliśmy Żydów. Wiemy i wierzymy, że Jezus Chrystus również był Żydem.
Pytanie: Ale osobistych kontaktów z Żydami pan nie miał?
Nalli: Nie, w zasadzie nie.
Pytanie: A czy było wiadomo, kto jest pochodzenia żydowskiego?
Nalli: W szkole wiedzieliśmy, ponieważ uczniowie ci nie chodzili na lekcje religii.
Pytanie: Panowało takie przekonanie, że bardzo wielu Żydów wykonuje zawody z górnej półki. Jak to naprawdę było?
Nalli: Owszem, tak – nie widziałem nigdy żadnej statystyki, ale widać było, że są to lekarze, adwokaci i przedsiębiorcy.
Pytanie: A czy pan kiedykolwiek był w takim żydowskim sklepie albo u lekarza pochodzenia żydowskiego?
Nalli: U lekarza nie, ale w skiepie tak. 10 listopada 1938 moja ciotka opowiadała, że ukłoniła się na ulicy rodzinie żydowskiego kupca z sąsiedztwa i że jakaś kobieta widząc to wykrzyknęła „Tfu, Niemka kłania się Żydówce!“. Ciocia przyszła roztrzęsiona do nas i to opowiedziała.
Pytanie: Czy pamięta pan „noc kryształową“?
Nalli: Pamiętam. W nocy spałem, ale idąc następnego dnia rano do szkoły przechodziłem obok takiego sklepu i pomyślałem sobie „Popatrz, popatrz! Włamali się w nocy!“. Idąc dalej znów przeszedłem koło żydowskiego sklepu – „To dopiero zbieg okoliczności!“. Wreszcie za trzecim razem „zajarzyłem“, że były to sklepy żydowskie. Ale samego pogromu nie widziałem, jedynie jego skutki na drugi dzień rano.
Pytanie: A jak sytuacja wyglądała przedtem, przed pogromem? Czy dochodziło wcześniej do bojkotu lub innych akcji o charakterze antysemickim?
Nalli: Powiem panu to, co – jak mi się wydaje – osobiście wiem na ten temat. Po dojściu do władzy Adolfa Hitlera Żydzi, czy raczej organizacje żydowskie z Anglii i Ameryki wpadły na pomysł bojkotu produktów niemieckich i zaczęły do tego nawoływać. W odpowiedzi Niemcy chciały im pokazać „Chłopcy, uważajcie – nie podżegajcie przeciw naszym produktom, bo my też możemy podjąć kroki przeciwko waszym ludziom“. I dlatego w jeden konkretny dzień pomazano witryny żydowskich sklepów i ustawiono przed nimi posterunki. Takie posterunki „ostrzegawcze“ i dziś stosuje się czasami jako formę protestu. Akcję prowadzono pod hasłem „Rodaku, nie kupuj u Żyda!“.
Pytanie: Czy znał pan jakiegokolwiek Żyda osobiście?
Nalli: Do wspomnianej już ciotki często przychodziła w gości pewna stara Żydówka, to wiem. Była w tym samym zborze, co moja ciocia…
Pytanie: Czyli była ochrzczona?
Nalli: Tak, była ochrzczona. W ten sposób nawiązaliśmy kontakt z tą „Żydówką“.
Pytanie: A co stało się z Żydami potem?
Nalli: Tego nie wiem, byłem wtedy w wojsku.
Pytanie: A przed wybuchem wojny nie było nic widać? Że sąsiedzi pochodzenia żydowskiego opuszczają kraj?
Nalli: Było. Podczas naszych gier w pobliżu dworca towarowego widziałem meblowozy zaadresowane do Palestyny.

Służba Pracy Rzeszy – obieranie ziemniaków.
Pytanie: W jaki sposób wojna wpłynęła na pana życie? Mam na myśli te pierwsze lata, kiedy nie był pan jeszcze w wojsku.
Nalli: Jeszcze przed wybuchem wojny organizowano próbne zaciemnienie i sprawiało nam to ogromną przyjemność… Te ćwiczenia były zarządzane dla całego miasta na raz, bo zaciemnienie tylko wybranych dzielnic jest rzeczą niemożliwą do wykonania. Dla nas było to bardzo interesujące przeżycie, chodzić po doskonale znanych nam ulicach w całkowitej ciemności. Poza tym przed wybuchem wojny usuwano ze strychów wszelkie rupiecie. Później organizowano też patrole przeciwpożarowe, ale mnie już przy tym nie było. Tu i ówdzie nakazano umieścić tłumice do gaszenia ognia i wiadra z wodą oraz piaskiem. Mnie jednak do tej akcji nie oddelegowano – prawdopodobnie dlatego, iż wiedziano, że w razie wybuchu wojny będę w wojsku. Przy wejściu na klatkę schodową była także wywieszka, na której podane było, kto z naszej kamienicy jest pełnomocnikiem do spraw obrony przeciwlotniczej i ochrony przeciwpożarowej. Mnie to jednak nie dotyczyło.
Pytanie: Czy przeżył pan osobiście nalot bombowy?
Nalli: Nie. Nie w naszym mieście, na lotnisku tak, ale to było później, w Austrii. W Królewcu początkowo nie było nalotów, do Prus Wschodnich ewakuowano nawet ludzi z zagrożonych terenów Rzeszy, bo u nas przez długi czas nie było nalotów. Ale i na ten temat niewiele mi wiadomo. W roku 1940 powołano mnie do wojska, wtedy nalotów jeszcze nie było. A później, kiedy przyjeżdżałem na dwutygodniową przepustkę do domu, niewiele z tych rzeczy widziałem. Przed wojskiem, zaraz po ukończeniu szkoły, powołano mnie jeszcze do Służby Pracy Rzeszy. To było obowiązkowe, tak samo jak służba wojskowa. W czasie pokoju powoływano na sześć miesięcy, a po wybuchu wojny już tylko na trzy, bo potrzebowano żołnierzy na froncie. Ja sam byłem tam od kwietnia do lipca 1940 roku.
Pytanie: I dokąd pan trafił?
Nalli: Do miejscowości Ruß w powiecie Heydekrug, Okręg Kłajpedy (obecnie Rusne, powiat Šilute). Budowaliśmy tam wał przeciwpowodziowy mający chronić tamtejsze pola – praca ta nie miała nic wspólnego z wojną. To była prawdziwa harówka, z łopatami i wagonikami na szynach. Szczególnie nam rozpieszczonym „inteligentom“ ta długa praca dawała się we znaki. Byliśmy pierwszy raz poza domem, nie licząc wycieczek i obozów, i z upragnieniem wyczekiwaliśmy końca.
Pytanie: A jak wyglądało zakwaterowanie?
Nalli: Mieszkaliśmy w barakach. Każdy barak miał trzy izby, a w każdej izbie mieszkało ośmiu, dwunastu chłopa. W całym obozie było nas stu pięćdziesięciu. Obóz składał się w sumie z jakichś czterech baraków mieszkalnych, stołówki, magazynu i rewiru dla chorych. Żadnych wypadków przy pracy jednak nie było, tylko raz zdarzyła się operacja wyrostka.
Pytanie: Czy dostawało się za tę pracę jakieś pieniądze?
Nalli: 25 fenigów dziennie, co dziesięć dni była wypłata. Z przydziału dostawaliśmy mundur Służby Pracy i prowiant (jedzenie było dobre, ale za mało). Wspomniane 25 fenigów to nie było wynagrodzenie za pracę, lecz żołd honorowy. Starczało to, bo ja wiem, może na butelkę lemoniady, mieliśmy bowiem w obozie także sklepik. W listach do domu pisaliśmy „Butelka lemoniady i już po dniówce“. Później, w wojsku, dostawałem markę żołdu dziennie.
Pytanie: Czy pracowano także w niedziele?
Nalli: Nie.
Nalli: Po służbie pracy trafiłem do sił powietrznych luftwaffe. Pierwsze przeszkolenie przeszedłem w Neukuhren nad Bałtykiem, na północ od Królewca (obecnie Pionierskij). Po pół roku zachorowałem na reumatyzm i to tak bardzo, że nie byłem w stanie poruszać się o własnych siłach. Byłem nawet karmiony. Kiedy wreszcie po sześciu miesiącach zwolniono mnie z lazaretu, miałem ciężką wadę serca. W ten sposób skończyła się moja wojskowa kariera. Nie zwolniono mnie jednak „do cywila“, lecz przeniesiono do administracji wojskowej – służyłem jako kanclista w różnych biurach na terenie Królewca. Z czasem mój stan zdrowia się poprawił, a wymagania wermachtu się obniżyły, w związku z czym trafiłem ponownie do służby czynnej. Pod koniec służyłem w lotniczej eskadrze bojowej, ale oczywiście nie jako pilot, nie miałem przecież odpowiedniego przeszkolenia. Początkowo nasza jednostka stacjonowała na terenie Prus Wschodnich, w Świętej Siekierce (obecnie Mamonowo). Później przerzucono nas do Górnej Austrii. Nasi piloci mieli tam przejść przeszkolenie przysposabiające ich do lotów myśliwcami, a nie jak dotychczas bombowcami. Górna Austria była wówczas jedynym rejonem Rzeszy, gdzie jeszcze nie docierały bombowce wroga. Kiedy skończyła się nam benzyna, przemianowano nas na „lotniczą dywizję polową“. Przerzucono nas w góry o nazwie Semering we wschodniej Austrii, gdzie przez kilka tygodni broniliśmy góry Eselstein przed nacierającą Armią Czerwoną. Ta długotrwała obrona była możliwa chyba tylko i wyłącznie dlatego, że w górach czołgi nie zdają egzaminu. Utrzymaliśmy tę pozycję do wieczora 8 maja 1945 roku (czyli do dnia kapitulacji bezwarunkowej Niemiec – red.), a potem wycofaliśmy się na zachód. Trafiłem na krótko do obozu amerykańskiego. Latem 1945 roku Amerykanie wypuścili mnie na wolność, ale wolno było mi się poruszać jedynie w obrębie amerykańskiej strefy okupacyjnej – o powrocie do Królewca nie było mowy. Ponieważ jednak Turyngia i Saksonia wówczas jeszcze znajdowały się pod okupacją amerykańską (później oddano je Sowietom – red.) udałem się do Turyngii i już jesienią 1945 roku rozpoczęłem tam studia, bo miałem w kieszeni maturę. Zapisałem się na prawo…
Pytanie: I jak się pan tam urządził?
Nalli: Spotkałem znajomych, którzy przyjęli mnie pod swój dach. Po zbombardowaniu Królewca ewakuowano ich do Turyngii, mieszkali u krewnych, a ja dostałem u nich łóżko.
Pytanie: I rozpoczął pan studia…
Nalli: Od 1945 do 1949 roku studiowałem prawo w Jenie, zdałem tam nawet egzamin na referendariat, w sądzie okręgowym w mieście Gera. Dopiero po tym egzaminie przeniosłem się do Niemiec Zachodnich. Początkowo… (chwila namysłu) nie byłem może przekonanym socjalistą, ale byłem w gruncie rzeczy otwarty na zmiany polityczne w NRD, w młodzieżówce socjalistycznej FDJ kierowałem grupą teatralną. Z czasem jednak zrozumiałem, że nie ma tam dla mnie przyszłości i udałem się na zachód. W roku 1954 zdałem prawniczy egzamin państwowy drugiego stopnia i rozpocząłem pracę w sądownictwie w Badenii-Wirtembergii.
Pytanie: Co łączy pana dziś z Królewcem?
Nalli: Królewiec już nie istnieje.
Pytanie: Czy tęskni pan za nim?
Nalli: Wolałbym, gdyby miasto to pozostało niemieckie i niezniszczone.
Pytanie: Czy zaaklimatyzował się pan tutaj na południu Niemiec?
Nalli: Owszem, mieszkam tu przeszło pięćdziesiąt lat, czyli prawie całe moje życie, w Królewcu mieszkałem jedynie osiemnaście lat. Gdyby Królewiec istniał nadal, mógłby pan zapytać, czy chcę tam wrócić. Ale do Kaliningradu nie mam po co wracać.