Viktor Kittel
Viktor Kittel pochodzi z Okręgu Kłajpedy. Była to niewielka część Prus Wschodnich położona na północ od rzeki Niemen. W 1920 roku odłączono ją od Niemiec i poddano, podobnie jak Wolne Miasto Gdańsk, pod kontolę Ligi Narodów. Jednak już dwa lata później terytorium to zostało anektowane przez Litwę. Niemiecka większość ludności przez cały okres międzywojenny pragnęła powrotu w granice Rzeszy Niemieckiej – nastąpił on dopiero na kilka miesięcy przed wybuchem wojny. Viktor Kittel dokładnie pamięta ten dzień, w którym Adolf Hitler specjalnie przyjechał z Berlina. Autor wspomnień wiele miejsca poświęca również ówczesnym warunkom bytowym – a były to czasy, kiedy lampy naftowe, prymitywne wychodki na wolnym powietrzu oraz piece kaflowe nie były jeszcze rzadkością. Postęp techniczny tylko z wolna docierał na przedmieścia portowego miasta Kłajpedy – w rodzinie Viktora Kittla jego zwiastunem był odbiornik radiowy na baterie anodowe. Jako nastolatek autor wspomnień wstępuje do klubu szybowcowego, a w czasie drugiej wojny światowej służy jako pilot w Luftwaffe.

Rodzina Kittel z Kłajpedy, 1937 r.
Mieszkanie, w którym przyszedłem na świat, znajdowało się w małym domu na przedmieściach wschodniopruskiego miasta Kłajpeda. Nim zacznę opisywać moje dzieciństwo, chciałbym napisać parę słów o rodzicach. Anna, nasza mama, z domu Basel, urodziła się 12 lipca 1901 roku w Tylży. Zdjęcia dowodzą, że była ładną dziewczynką i do końca dobrze wyglądającą kobietą. Była osobą cieszącą się życiem, wesołą, umiała wspaniale śpiewać, chętnie tańczyła i była mile widziana w każdym towarzystwie. Rzeczą naturalną było to, że mężczyźni ciągnęli do niej jak ćmy do światła, lecz mimo to jestem przekonany, że tata nigdy nie miał powodów do zazdrości. Oprócz tego była doskonałą gospodynią i matką. W moich oczach potrafiła wszystko: sama szyła nasze ubrania, robiła na drutach, stare rzeczy przerabiała na nowe, wspaniale gotowała i piekła. Jeśli tylko w naszym mieszkaniu była taka możliwość – przeprowadzaliśmy się wielokrotnie – sama piekła chleb. Na stole stały zawsze ciasta własnego wypieku. Latem zbieraliśmy razem grzyby i owoce leśne. Zapasy musiały starczyć na całą zimę, potrzeba było dużo warzyw i owoców. Kisiliśmy kapustę w dużej beczce, w spiżarni i piwnicy leżały ogórki, dynie, buraki. Robienie przetworów, wekowanie i suszenie owoców to były czynności ogromnej wagi, które mama przeprowadzała dokładnie według ustalonego planu.
Herbert Fryderyk Kittel, nasz ojciec, urodził się 19 grudnia 1898 roku w Kłajpedzie jako najmłodsze z szesnaściorga dzieci. Do 1914 roku uczęszczał do Staromiejskiej Szkoły dla Chłopców kończącej się po dziewięciu latach nauki „małą maturą”. Po szkole podjął naukę zawodu kupca drzewnego w tartaku Jahn. Podczas pierwszej wojny światowej walczył pod Verdun i pisał pamiętnik. Później często nam go czytał, a my słuchaliśmy z dużym zainteresowaniem. Dziś trudno to zrozumieć, ale jako dziecko marzyłem o tym, by również przeżyć podobne „przygody”. Wojnę tata przetrwał cały i zdrowy, lecz gdy się skończyła, nie miał dokąd wracać, gdyż jego matka umarła w roku 1917. Nie było też dla niego pracy w wyuczonym zawodzie, w związku z czym za namową przyjaciela wstąpił do Bałtyckiego Korpusu Ochotników, który pomagał nowo utworzonym republikom nadbałtyckim przepędzić z kraju Armię Czerwoną. Dopiero dwa lata później wrócił do Kłajpedy.
Rodzice poznali się około roku 1920/21 na balu kostiumowym. Ponieważ byli bardzo zakochani, zaręczyli się już w 1921 roku, a w 1922 pobrali się. Na początku roku 1923 mama zaszła w ciążę (to ja byłem w drodze) i zrezygnowała z pracy w biurze – tata sam musiał utrzymać rodzinę. Niestety, już rok później stracił pracę. Niewielki kawałek Prus Wschodnich leżący na północnym brzegu Niemna tuż po wojnie oddzielono od Niemiec. W ten sposób powstał tzw. Okręg Kłajpedy pod zarządem ententy. Armia francuska administrowała nim do 15 stycznia 1923 roku, czyli do dnia aneksji przez nowo utworzone państwo litewskie. Litwa natychmiast zamknęła żeglugę na rzece Niemen, którą do 1918 roku spławiano ogromne ilości drewna z rosyjskich lasów do portu w Kłajpedzie. Dzięki tym transportom w XVIII i XIX wieku w Tylży i Kłajpedzie powstały liczne tartaki. Handel drzewem na cały świat uczynił Kłajpedę zamożnym miastem. Jego przerwanie doprowadziło do dużego bezrobocia. Na szczęście mama miała znajomości i udało jej się załatwić dla taty pracę w sądzie rejonowym.
21 marca 1923 roku urodziłem się ja. Mama wszystkie dzieci rodziła w domu. Z różnych przyczyn, również ze względu na powiększającą się stale rodzinę, musieliśmy się często przeprowadzać. Około roku 1928 – mieliśmy za sobą już jedną przeprowadzkę w obrębie miasta – tata był zmuszony rozejrzeć się za nowym mieszkaniem. Jeśli się nie mylę, stało się tak dlatego, iż właściciel poprzedniego robił mamie niedwuznaczne propozycje. W końcu znalazło się dla nas miejsce w hotelu Franz w miejscowości letniskowej Försterei, pięć kilometrów na północ od miasta. Zajęliśmy tam dwa pokoje z kuchnią, położone na pierwszym piętrze nad hotelową restauracją. Dla nas dzieci był to raj. Dom stał koło szosy kłajpedzkiej. Z okien widać było ogródek kawiarniany, a tuż za szosą las, za którym w odległości około dwóch kilometrów rozciągały się wydmy, plaża i morze. Po drugiej stronie hotelu również rozpościerał się las – rano tata chodził tamtędy codziennie, zimą i latem, na dworzec kolejowy, jakieś trzy kilometry, skąd jeździł dalej do miasta. Później, gdy byliśmy już trochę starsi, chodziliśmy tą samą drogą, by dojechać do szkoły.
Myślę, że lata tam spędzone były dla naszych rodziców latami szczęśliwymi, mimo iż tacie było czasem ciężko z powodu dalekiej drogi do pracy. Był w tym czasie urzędnikiem sądowym średniego szczebla i pracował nieraz do późnej nocy. Kiedy spóźnił się na ostatni pociąg, musiał iść do domu pieszo przez las – była to mniej więcej godzina drogi. Nie stać nas było na rower, o aucie nie wspominając.
Jednak – mimo iż pieniędzy stale było mało – rodzice pozwalali sobie na tę czy inną przyjemność. Byli zapalonymi tancerzami i często chodzili na wieczorki taneczne, na przykład w hotelu Schmidt w naszej miejscowości. Od czasu do czasu jeździli również do miasta na seanse filmowe oraz imprezy organizowane przez Chór Męski i Bractwo Kurkowe, w których tata był członkiem. My dzieci zostawałyśmy wówczas same w domu, a w razie dłuższej nieobecności rodzice zostawiali nas u pani Puttrus w sanatorium dziecięcym jeden dom dalej. Często przyjeżdżali także goście z miasta i było zawsze wesoło.
Na naszym odludziu mieliśmy piękne i długie zimy – od początku listopada aż po marzec. Wciąż mam przed oczyma nasze podwójne okna pokryte „kwiatami” szronu. Gdy się je otwierało, z dachu zwisały sople lodu grube jak pięść, a na parapecie leżała pokaźna warstwa śniegu migocącego w słońcu. Pierwsze miejsce pośród uroków zimy zajmowała jednak jazda na sankach. Hotel Franz oraz znajdujący się na drugim końcu osady hotel Ullmann miały wspaniałe tory saneczkarskie. To, że korzystały z nich miejscowe dzieci, jest oczywiste, ale przyjeżdżali również goście z miasta, którzy uprawiali saneczkarstwo jako sport. Szczególnie w niedziele i święta panował tam duży ruch. W późniejszych latach, kiedy przeprowadziliśmy się z powrotem do miasta, też tam jeździliśmy. Były to niezapomniane momenty: sześć, dziesięć, a nawet więcej sanek ciągniętych przez konia, ludzie opatuleni w grube palta, siedzący na sankach pojedynczo lub po dwie osoby trzymając jeden drugiego, kolorowe czapki z pomponem – tak oto wyglądała dzika jazda na mroźnym zimowym powietrzu przez wspaniały Las Kłajpedzki. Ostatnimi sankami zawsze zarzucało, czasami się nawet wywracały. Jeden zaprzęg próbował wyprzedzić drugi. Z krzykiem i śmiechem wyprzedzaliśmy nieraz również duże sanie spacerowe.
Po latach przypominam sobie w pierwszym rzędzie tylko szczęśliwe i wesołe chwile, mimo iż tak zwane „stare dobre czasy” miały również wiele mniej przyjemnych stron. Przez cały okres mojego dzieciństwa w letnisku Försterei nie było na przykład elektryczności. Jedynie sanatorium dziecięce oraz hotele Schmidt i Ullmann miały własne prądnice. My korzystaliśmy z lamp naftowych. W użyciu były lampy stojące, wiszące i małe lampy na stół, a w kuchniach wisiały zazwyczaj specjalne lampy ścienne z metalowym lusterkiem. Były też nocne lampki naftowe, a idąc wieczorem na dwór, na przykład po drewno do pieca, należało zabrać latarnię z osłoną przeciwwiatrową. Kiedy tata w początku lat trzydziestych przyniósł do domu nasze pierwsze radio (z trzema dużymi lampami elektronowymi), potrzebna była do niego bateria anodowa. Mieszkanie ogrzewano za pomocą dużych pieców kaflowych. Większość z nich miała skromny, niewyszukany wygląd, ale za to dobre właściwości użytkowe. Miały grzać i nic poza tym. Piec taki oprócz paleniska i popielnika miał „rurę” do przechowywania potraw, które miały pozostać ciepłe. W domach bardziej zamożnych ludzi stały również bogato zdobione piece, których kafle pokryte były pogodnymi, kolorowymi motywami. Codziennie z rana piece trzeba było wyczyścić: usunąć popiół z poprzedniego dnia i wynieść go na dwór. Mimo największej ostrożności w mieszkaniu za każdym razem pozostawały po tym ślady w postaci pyłu i brudu. Następnie trzeba było napalić. Przy pomocy papieru i szczap rozpalano ogień podsycany następnie większymi klockami drewna. Na palące się jasnym płomieniem drewno sypano węgiel kamienny. Gdy kafle się porządnie nagrzały (czasami były nawet gorące), na żar kładziono brykiety węgla brunatnego i zamykano drzwiczki na śruby. Piec pozostawał ciepły do późna w nocy, a nawet do następnego ranka. Tylko w szczególnie mroźne dni otwierano go wieczorem ponownie, aby dołożyć na noc brykietów. Jeśli tego nie zrobiono lub dołożono za mało, piec w nocy wygasał. Przypomina mi się w związku z tym pewne zdarzenie, które miało miejsce zimą 1934/35 lub 1935/36 roku – zdążyliśmy już dwa razy przeprowadzić się w obrębie naszego letniska i mieszkaliśmy w willi Liedtke. Mama leżała w Szpitalu Miejskim w Kłajpedzie z zapaleniem miedniczki nerkowej. Siostrę Ellen i brata Zygfryda tata oddał pod opiekę znajomej rodziny w mieście i został z Gerhardem i ze mną sam w domu. Do dużego pokoju wstawiliśmy trzy łóżka, bo tam znajdował się największy i najlepszy piec kaflowy. Na noc każdy z nas dostawał pod kołdrę w nogi kamionkową butelkę z gorącą wodą. Przed pójściem do łóżka tata wstawił do pokoju miednicę i wiadro z wodą, abyśmy mieli się w czym umyć na drugi dzień rano. Tego następnego ranka nigdy nie zapomnę. Kołdra, którą przykryty byłem aż po brodę, pokryta była warstwą lodu w miejscu, na które trafiał w nocy mój oddech, a woda w miednicy i wiadrze zamarzła. Piec w nocy niepostrzeżenie wygasł. Domy, w których znajdowały się nasze ówczesne mieszkania, były z drewna i nie odznaczały się wyjątkową szczelnością. Ich właściciele, kupcy z Kłajpedy, wybudowali je swego czasu jako dacze na lato.
Mieszkanie, w którym się to wydarzyło, miało przynajmniej pompę ręczną w kuchni – gdy mieszkaliśmy w hotelu Franz wodę trzeba było nosić z żeliwnej pompy stojącej na podwórzu. Pomyje wynosiło się na dwór i wylewało. To samo robiono z zawartością nocnika, ponieważ toaleta – rząd wychodków – znajdowała się na obrzeżach podwórza pod samym lasem. Lato czy zima, dzień czy noc – każdy w razie potrzeby musiał tam pomaszerować, również my dzieci. Na tym zresztą nie koniec. W tamtych latach papier toaletowy był dla nas rzeczą nieznaną. My dzieci miałyśmy za zadanie porwać gazetę na kawałki odpowiedniej wielkości, nadziać je na sznurek i powiesić w wychodku do wykorzystania w wiadomym celu. Nie był to dla nas żaden problem, nie znaliśmy niczego innego.
Do nieprzyjemnych stron „starych dobrych czasów” z pewnością należało pranie, które dawniej było nie lada wyzwaniem. Były to zawsze dni wyjątkowo ciężkiej pracy. Ten, kto mógł sobie na to pozwolić, najmował do dużego prania praczkę. Były to zazwyczaj silne kobiety ze wsi, które potrzebowały dodatkowego zarobku i przez trzy do pięciu dni pomagały w gospodarstwie obcym ludziom. Odkąd tylko pamiętam, przychodziła do nas pani Trakies. W zależności od tego, ile brudnych ubrań się nazbierało, takie duże pranie odbywało się raz na trzy, cztery tygodnie. A ponieważ byliśmy liczną rodziną, oprócz tego mama robiła od czasu do czasu przepierkę.
Dzień wcześniej, wieczorem, brudną bieliznę moczono w pralni. Ogromne cynkowe wanny lub drewniane balie napełniano zimną wodą, w której rozpuszczony był środek zmiękczający (wydaje mi się, że nazywał się „Henko”). W tej wodzie bielizna stała całą noc. Na drugi dzień rano pod kotłem, który w pralni był zainstalowany na stałe, rozpalano ogień. Gotowało się w nim namoczoną bieliznę, którą uprzednio należało wyżąć. Do wody w kotle dosypywano proszek Persil. Podczas gotowania trzeba było co jakiś czas porządnie pomieszać w kotle drewnianym mieszadłem. Po wygotowaniu bieliznę przekładano do wanien i dopiero tu zaczynała się właściwa robota – pochylona nad wanną praczka tarła każde ubranie o tarkę. Otulała ją gorąca biała para wypełniająca całą pralnię. Po wyżymaniu ubrania były płukane i co rusz ponownie wyżymane, zaś wodę wymieniano dwa, a nawet trzy razy. Następnie ubrania wieszano na sznurkach. Po wysuszeniu następował cały szereg dalszych czynności, takich jak wybielanie, rozciąganie, maglowanie i prasowanie. Maglowaniu muszę koniecznie poświęcić kilka słów, gdyż było to ukoronowanie dnia i zwiastowało pomyślne zakończenie całego przedsięwzięcia. Późnym popołudniem albo na drugi dzień wszystkie te płócienne prześcieradła, poduszki, obrusy i co tam jeszcze Bozia dała niesiono w specjalnych koszach na bieliznę – oczywiście starannie poskładane – do magla. W maglu większe sztuki bielizny nawijano na duże drewniane walce, które następnie wkładano po dwa na raz pod olbrzymią drewnianą skrzynię wypełnioną kamieniami. Skrzynię tę poruszano za pomocą korby tak, aby jeździła tam i z powrotem po walcach owiniętych bielizną. Wszystko to trząsło się i robiło ogłuszający hałas, ale bielizna po zdjęciu z walców była błyszcząca i gładka jak prosto ze sklepu.

Zalew Kuroński w okolicach Kłajpedy – zima.
Na Wielkanoc 1929 roku rozpocząłem naukę w szkole przy Placu Ferdynanda w Kłajpedzie. Właściwie powinienem był chodzić do szkoły w Mellnragen, sąsiedniej osadzie rybackej, gdyż nasza wieś Försterei należała do tej właśnie gminy. Jednak droga tam byłaby zbyt uciążliwa, w związku z tym uzyskałem zgodę, by chodzić do szkoły w Kłajpedzie. Rodzice musieli jednak płacić czesne dla uczniów z obcych gmin. Jako „dojeżdżający” codziennie rano chodziłem z tatą przez las na dworzec, skąd około siódmej odchodził pociąg do miasta.
O naszych częstych przeprowadzkach była już mowa. Nie wiem dokładnie, czy powodem były za każdym razem niezadowalające warunki mieszkaniowe, czy też istniały inne przyczyny. W każdym razie w roku 1931 przeprowadziliśmy się do willi Concordia. Była to duża willa zbudowana z drewna, mieszcząca sześć mieszkań o różnej wielkości. Jedno z największych mieszkań w samym środku domu zajmowaliśmy my. Byliśmy tam jedynymi stałymi lokatorami, pozostałe mieszkania zajęte były tylko latem. Mieliśmy kuchnię, trzy pokoje i dużą werandę. Dom, zbudowany w stylu wiktoriańskim, stał w lesie pod wysokimi sosnami, przy drodze wiodącej z hotelu Ullmann do plaży. Było tam wiele drewnianych domów, które w większości wynajmowano letnikom, a pośród nich znajdował się kort tenisowy. Całe to osiedle, łącznie z nadmorskim kąpieliskiem, należało do rodziny Rehtz. Do następnej przeprowadzki dane nam tam było spędzić jedynie trzy lata. To właśnie te trzy lata oraz dwa kolejne lata spędzone w willi Liedtke są w mej pamięci latami dzieciństwa. Całe nasze życie rozgrywało się w lesie, a kilkaset metrów dalej zaczynały się nadbałtyckie wydmy. Gdy tylko pozwalała na to pogoda, chodziliśmy boso, co wówczas było rzeczą normalną. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy w lesie lub nad morzem. Razem z innymi dziećmi bawiliśmy się w Indian i harcerzy chodząc po lesie i okolicznych łąkach. Myślę, że lata te znacznie przyczyniły się do tego, iż później chciałem zostać leśniczym.
Gdy mama szła do lasu na „żniwa”, zabierała nas ze sobą. Zbieraliśmy poziomki, maliny i jagody, z których mama najczęściej jeszcze w tym samym dniu robiła przetwory. Chodziliśmy również na grzyby. Na naszej łące rosły niesamowite ilości prawdziwków i koźlarzy babek, ale do kosza trafiały także często maślaki, koźlarze czerwone oraz przepyszne kurki. Nie nudziliśmy się również zimą, o czym była już mowa. Telewizja była wówczas nieznana, a słuchanie radia dla nas dzieci nie wchodziło w grę ze względu na ułomną jeszcze technikę. Dziś jest rzeczą niemal niewyobrażalną, iż po powrocie z sanek lub lodowiska zimowe wieczory spędzaliśmy na czytaniu i majsterkowaniu. Często graliśmy z rodzicami w gry planszowe. Pamiętam doskonale popularnego wówczas chińczyka oraz różne gry karciane, takie jak sześćdziesiąt sześć, karciana loteria i remik, w którego graliśmy, gdy byliśmy już nieco starsi.
Święta były siłą rzeczy wspaniałym urozmaiceniem w kalendarzu. Mama piekła na zapas ciasta, gdyż przychodziło wtedy wielu gości. W pierwszy dzień świąt przychodziła do nas najczęściej babcia i ciocie, zaś w drugi dzień to my jechaliśmy do babci. Boże Narodzenie zajmowało oczywiście pierwsze miejsce pośród wszystkich świąt. Jego nadejście zwiastował już kilka tygodni wcześniej zapach pierników. Każde dziecko w rodzinie musiało nauczyć się co roku nowego wierszyka. Wigilia była wyjątkowym dniem! Rodzice do ostatniej chwili zajęci byli przygotowaniami, podczas gdy my dzieci ostatnie minuty spędzałyśmy w sypialni gorączkowo wyczekując wigilii i deklamując raz po raz swój wierszyk. Do dużego pokoju nie wolno było nam wchodzić już kilka dni naprzód. Wreszcie rozpoczynały się święta: zakładaliśmy nasze niedzielne ubrania i w napięciu oczekiwaliśmy dźwięku dzwonka oznajmiającego, iż możemy udać się wreszcie do dużego pokoju. Cały ten czas spędzaliśmy przy niezbyt mocnym świetle lampy naftowej, bez telewizji, radia i innych rozrywek. Jaka ogromna różnica w porównaniu do dzisiejszych dzieci!
W roku 1936 tatę aresztowano z błahego powodu. Było to aresztowanie polityczne w ramach niemiecko-litewskiej walki narodowościowej. Po kilku dniach wypuszczono go co prawda na wolność, ponieważ postawione mu zarzuty się nie potwierdziły, lecz mimo to stracił posadę w sądzie. To właśnie to było prawdziwym celem całej wspomnianej akcji, nacjonalistyczne kręgi litewskie zamierzały bowiem na siłę zlitwinizować zaanektowany przez Litwę Okręg Kłajpedy. Częścią tej polityki była również wymiana urzędników niemieckich na litewskich. Do końca 1938 roku tata był bez pracy. Żyliśmy dzięki ofiarności przyjaciół i znajomych. W ten sam sposób pomagano również innym rodzinom, które spotkał podobny los. W naszym wypadku wyglądało to tak, że właściciel domu nie egzekwował od nas czynszu, a miejscowy sklepikarz sprzedawał nam „na zeszyt”. Pewien kupiec żydowskiego pochodzenia dawał nam nawet na kredyt najpilniej potrzebne ubrania. Masło, jajka i śmietanę otrzymywaliśmy gratis od rolników i sklepikarzy. Kiedy wspominam tamten okres, wydaje mi się czasami, że na Boże Narodzenie dostawaliśmy wówczas więcej słodyczy niż przedtem. Muszę jednak dodać, że tata „po cichu” dostawał również trochę pieniędzy z konsulatu niemieckiego. Po powrocie Okręgu Kłajpedy do Rzeszy państwo przejęło długi ludzi, których spotkał taki los jak nas.
Ze względu na wspomniane problemy finansowe dorastaliśmy w stosunkowo skromnych warunkach. W czasie, gdy tata był bez pracy, rodzice nie dali nam jednak odczuć, że nie mają pieniędzy. Gerhard i ja – chodziliśmy już wówczas do Staromiejskiej Szkoły Realnej dla Chłopców – nosiliśmy przerobione przez mamę spodnie i płaszcze taty, które na niego już nie pasowały. Zimą i latem mieliśmy tylko po jednej parze butów. Kieszonkowe było dla nas nieznanym luksusem. W przeciwieństwie do obecnych czasów rodzice musieli płacić czesne za naukę w szkole średniej. Nie było też darmowych podręczników i przyborów. Każdą książkę i każdy zeszyt trzeba było kupić na własny koszt.
Wydaje mi się rzeczą stosowną przybliżyć w tym miejscu dzisiejszym ludziom ówczesne warunki życiowe. Pozwolę sobie sięgnąć w tym miejscu po słowa Ernesta Wiecherta, który w swej biografii „Lasy i ludzie” bardzo trafnie ujął to, co mam na myśli: nie należeliśmy do ludzi biednych, ale też w żadnym wypadku nie do bogatych: „Nie byliśmy wodzeni na pokuszenie, by udławić się dobrobytem i wygodnictwem. Mieliśmy zdrowy i dostatni powszedni chleb, ponad to jednak nie mogło się wynieść żadne pragnienie. (…) Mimo to nie odczuwaliśmy biedy, jako że nie znaliśmy bogactwa, a przeciwnie, w mizernych chałupach leśnych robotników oglądaliśmy nędzę, w porównaniu z którą opływaliśmy w dostatki”. Byliśmy w tej sytuacji prawdopodobnie bardziej szczęśliwi niż dzieci mogące codziennie przebierać w ubraniach i butach. Nie znaliśmy również takich zabawek, jakie mają dzieci w dzisiejszych czasach. Prawdziwych zabawek było niewiele: klocki drewniane, później metalowy zestaw majsterkowicza i ołowiane żołnierzyki, odlewane przez nas samych. Mieliśmy za to do woli drewna, kory, nici, drutu i gwoździ. Czegóż to nie dało się z tego zrobić! Podwórze, pole, las i plaża – to był nasz plac zabaw sięgający po same niebo… Książki trafiały do nas jedynie na Boże Narodzenie oraz z okazji urodzin. Mieliśmy „Legendy Niemieckie”, „Przygody Sokolego Oka” i „Robinsona Crusoe”. Te książki wystarczały, by stworzyć w naszej wyobraźni cały świat przygód, walki, odwagi i chwały. W późniejszych latach zaopatrywałem sie w książki w bibliotece miejskiej i połykałem wszystko, co dotyczyło historii. Takie dzieciństwo zawdzięczaliśmy nie tyle zdolnościom wychowawczym rodziców, ile trudnym warunkom tamtych lat. I patrząc wstecz muszę powiedzieć, że byliśmy szczęśliwi!

Molo w Kłajpedzie.
Nie wiem, co było powodem – czy powiększająca się rodzina, czy też może niewygoda związana z codziennymi dojazdami do miasta, które na dodatek były kosztowne – w każdym razie w roku 1936 przeprowadziliśmy się z powrotem do Kłajpedy. Początkowo mieszkaliśmy na przedmieściu Bommelsvitte, dom numer 71. Tam rozpoczął się zupełnie nowy rozdział naszego dzieciństwa i naszej młodości. Po pierwsze nasze przedmieście Bommelsvitte ze swymi wąskimi uliczkami i niskimi domami. Do tego port rybacki w pobliżu. Po dziś dzień mam w uchu to bulgotanie wody na nabrzeżu i doskonale przypominam sobie jej wilgotny zapach, mieszaninę zapachu wędzonych ryb, zgnilizny i smoły, a jednocześnie mimo wszystko świeżości. Po drugie całe miasto Kłajpeda, które fascynowało mnie o każdej porze roku. Nareszcie mogliśmy brać udział w tych wszystkich młodzieżowych rozrywkach, jakich nie było nam dane zaznać, kiedy mieszkaliśmy w lesie. Wstąpiłem do grupy młodzieżowej im. Marcina Lutra założonej i prowadzonej przez pastora Bläsnera, tego samego, który mnie konfirmował. Praca z młodzieżą chrześcijańską to nie były wyłącznie śpiewy i modły, lecz również czas wolny spędzany na łonie natury, na przykład obóz namiotowy na wydmach koło miejscowości Schwarzort. Na koniec zostałem nawet członkiem nielegalnej, zabronionej przez władze litewskie organizacji młodzieżowej utworzonej pod przewodnictwem Ericha Lapinsa. Gdy do nich dołączyłem, istniały dwa szczepy – „Goci” i „Wandalowie” – z drużynami nazywającymi się „Teoderyk”, „Totila”, „Teja”, „Gelimer” i „Genzeryk”. Była to sprzysiężona wspólnota, z której z czasem wyłonili się najbardziej aktywni protagoniści walki narodowościowej. Nasze spotkania odbywały się w opuszczonej stolarni przy ulicy Schlewiesstraße. Gdy ćwiczyliśmy nowe pieśni, wystawiane były warty, które miały zaalarmować nas w razie nalotu policji litewskiej. Oprócz wieczorów miały miejsce również nocne gry w terenie. Ze względu na mego ojca, znajdującego się pod baczną obserwacją policji politycznej, zrezygnowałem jednak z członkostwa w tej organizacji.
Latem 1937 roku wstąpiłem za to do kłajpedzkiego klubu szybowcowego. Byłem zachwycony szybownictwem, mimo iż udział w życiu klubu ograniczał się dla mnie, czternastolatka, do pracy w warsztacie zimą i w razie potrzeby również latem oraz do służby pomocniczej na wydmach koło miejscowości Perwelk w każdy weekend. Ten zapał pozostał mi po dziś dzień. Wspomniana służba pomocnicza przez pierwsze dwa lata ograniczała się do biegania po wydmie od rana do wieczora w dół i w górę i ciągnięcia po niej szybowców, na których bardziej zaawasowani koledzy ćwiczyli start z następującym krótkim lotem. Od czasu do czasu przejmowaliśmy również służbę kuchenną i tylko z rzadka my, młodziki, mieliśmy okazję do pierwszych własnych ślizgów („lotów”, przy których szybowiec unosił się kilka centymetrów powyżej ziemi – red.).
Na Wielkanoc 1933 roku – mieszkaliśmy jeszcze poza miastem – przeszedłem ze szkoły ludowej do szkoły realnej. O maturze nie było mowy, gdyż była nas już czwórka dzieci i jeśli mieliśmy być traktowani wszyscy tak samo, to w grę wchodziła tylko szkoła realna, rodziców nie stać było bowiem na opłacenie czesnego za naukę w gimnazjum dla całej czwórki. Nauka w szkole realnej była tańsza, a po dwóch latach, gdy mój brat Gerhard również zaczął chodzić do tej szkoły, mogłem ubiegać się o miejsce bezpłatne. Był to piękny okres w moim życiu, mimo iż przed niektórymi lekcjami miałem prawdziwego stracha.
Za moich czasów w Kłajpedzie były tylko dwie szkoły realne – Staromiejska Szkoła dla Chłopców oraz Szkoła Realna dla Dziewcząt, znajdująca się pod jednym dachem z liceum żeńskim w zespole szkół imienia cesarzowej Augusty Wiktorii. Staromiejska, bo tak nazywaliśmy naszą budę, była szkołą z tradycjami założoną w 1856 roku. Nasz tata uczęszczał do niej jeszcze przed pierwszą wojną światową. My, żyjący jeszcze uczniowie, patrząc wstecz przyznajemy zgodnie, iż mieliśmy szczęście uczęszczać do szkoły szczególnej. Niejednego nauczyciela się baliśmy, na lekcje pozostałych chodziliśmy natomiast z radosnym oczekiwaniem. Ponad wszystkimi stał, dla nas nieosiągalny, dyrektor Stumber. Z niesamowitym zapałem wymyślaliśmy psikusy wszelkiego rodzaju, karane najczęściej chłostą. Kary cielesne, targanie za uszy i włosy oraz stanie w kącie i areszt po lekcjach były na porządku dziennym – niektórzy nauczyciele stosowali te sankcje częściej, inni rzadziej.
Każda wycieczka szkolna była w tamtych czasach przeżyciem. I czegóż to nie wymyślali nasi nauczyciele! Pan od biologii organizował na przykład o każdej porze roku wędrówki botaniczne przez lasy i pola. Ale bynajmniej nie w czasie lekcji, co to to nie – po południu! Albo pan od rysunków: prowadził nas – zaopatrzonych w blok rysunkowy, ołówki o różnym stopniu twardości i stołeczek – w jakiś urokliwy zaułek starego miasta, gdzie pod jego nadzorem powstawały prawdziwe dzieła sztuki. Zimą uczył nas natomist rysunku technicznego. Ten sam nauczyciel uczył również prac ręcznych, na przykład robienia linorytów. A kto miał taką chęć, mógł się również nauczyć obróbki drewna. Staromiejska miała specjalną pracownię przeznaczoną do tego celu. Zaczynało się od rzeźbienia ornamentów na talerzach, które sami toczyliśmy z drewna lipowego, a kończyło na budowie mebli. Uczyliśmy się również drukarstwa i introligatorstwa. Ja na przykład w ramach pracy końcowej wykaligrafowałem epos „Waltarius” pismem gotyckim na pergaminie i samemu go oprawiłem.
Przewidziane w programie wędrówki służyły także lepszemu poznaniu rodzinnych stron. Zimą chodziliśmy na sanki lub jeździliśmy na łyżwach po zamarzniętej rzece Dange aż do wsi Tauerlauken. Gdy byliśmy już nieco więksi, jeździliśmy również na wycieczki wielodniowe. Ich ukoronowaniem był trzytygodniowy wyjazd do Finlandii zorganizowany przez naszych nauczycieli, panów Noeske i Fröse w 1938 roku, w ostatniej klasie przed małą maturą. W czerwcu popłynęliśmy statkiem „Hanseatyckie Miasto Gdańsk” do Helsinek. Zobaczyliśmy, jak Finowie świętują przesilenie letnie, oraz objechaliśmy koleją i statkiem Pojezierze Karelskie – trasa wiodła przez miasta Vipurii i Lahti z powortem do Helsinek. Summa summarum, były to nie tylko ciężkie lata wypełnione pracą i nauką, był to również piękny okres w moim życiu, którego nigdy nie zapomnę. I jeszcze raz muszę podkreślić: szkoła ukształtowała mnie w wyjątkowym stopniu i dała mi bardzo, bardzo wiele na dalszą drogę życiową.
Jesienią 1937 roku zachorowałem na dyfteryt, rozpoznany niestety zbyt późno. W rezultacie nabawiłem się wady serca i przez dłuższy czas musiałem leżeć w łóżku. Po tej chorobie nie przypuszczałem, że będę w stanie zdać małą maturę bez powtarzania klasy. Dzięki korepetycjom i wyrozumiałości moich nauczycieli jednak się udało. Tuż przed egzaminami, 8 maja 1938 roku, pastor Bläsner konfirmował mnie w kościele św. Jana w Kłajpedzie, a asystował mu wikary Janz. Wydarzenie to poprzedziły dwuletnie nauki konfirmacyjne. Musieliśmy nauczyć się katechizmu Marcina Lutra, dziesięciu przykazań z objaśnieniami oraz najważniejszych pieśni kościelnych, a oprócz tego musieliśmy co niedziela być w kościele i raz, czy dwa razy w miesiącu napisać wypracowanie na temat aktualnego kazania. To właśnie przez księdza Bläsnera, który nie bez powodu nazywał się duszpasterzem młodzieży, trafiłem do grupy młodzieżowej im. Marcina Lutra, którą kierował. O tym była już jednak mowa. Było to w czasie, gdy państwo litewskie wprowadziło w Okręgu Kłajpedy stan wojenny, w związku z czym tworzenie wszelkich stowarzyszeń wymagało zgody komendanta wojskowego. Z tego powodu istniały tylko drużyny sportowe, których nie podejrzewano o działalność polityczną, oraz stowarzyszenia kościelne. A ponieważ ja (za wyjątkiem szybownictwa) nie interesowałem się sportem, wspomniania grupa młodzieżowa stanowiła dla mnie atrakcyjną alternatywę.
Na początku 1938 roku ponownie zmieniliśmy mieszkanie. Nasz nowy adres brzmiał: Kłajpeda, ul. Różana 4. Był to dwupiętrowy dom na skraju dzielnicy portowej. Zajmowaliśmy w nim cztery duże pokoje, do tego łazienkę i toaletę – nic więc dziwnego, że mieszkanie to wydawało nam się prawdziwym luksusem.
Tuż przed końcem szkoły Okręg Kłajpedy wcielono z powrotem do Rzeszy. Były to ostatnie dni przed feriami wielkanocnymi, wszystkie sprawdziany były napiasane, wszelkie referaty również mieliśmy już za sobą, a ja sam dzień wcześniej obchodziłem szesnaste urodziny. Idąc do szkoły rankiem 22 marca usłyszałem głośną muzykę wojskową dobiegającą z otwartych okien starostwa powiatowego. Już samo to było dosyć nietypowe, ale jakież było moje zdziwienie, kiedy przechodząc koło znajdującej się tuż obok komendy policji usłyszałem policjantów śpiewających niemiecki hymn państwowy! Jednocześnie tu i ówdzie z okien wywieszano czerwone flagi ze swastyką. Przez głowę przebiegła mi niewiarygodna myśl: „Nareszcie, Hitler przyłączył nas z powrotem do Rzeszy!”. Do tamtej pory nie angażowałem się politycznie. Mając szesnaście lat człowiek był w tamtych czasach jeszcze zupełnie zielony. Z wspomnianego już koła młodzieżowego o orientacji politycznej wystąpiłem. W odróżnieniu od niektórych innych nastolatków byliśmy bardzo słabo zorientowani w polityce. Wiedzieliśmy tylko to, o czym od czasu do czasu rozmawiali z nami rodzice. Patrząc wstecz wydaje mi się, że w okresie dorastania nie chcieli nas obciążać problemami, z jakimi sami mieli na co dzień do czynienia. Poza tym w tamtych czasach nie istniał jeszcze obecny zalew informacji. Nie było telewizji, radio dostępne było dla nas jedynie w ograniczonym zakresie, a gazety – cóż, dzisiejsza młodzież też ich nie czyta. Pamiętam jednak, że 1 listopada 1938 roku zniesiono stan wojenny nałożony przed laty przez Litwinów na Okręg Kłajpedy i że po jego zniesieniu młodziki Kłajpedzkiego Towarzystwa Szybowcowego otrzymały mundury podobne do mundurów Hitlerjugend. Dla nas było to rzeczą oczywistą. Byliśmy dumni, że w tych trudnych czasach jesteśmy Niemcami. Wiem, że takie stwierdzenie jest dziś niezrozumiałe. Ale takie były wtedy czasy i tak nas wychowano. Wspólnie chodziliśmy po ulicach, maszerowaliśmy, śpiewaliśmy i nie raz skandowaliśmy z kolegami „Chcemy powrotu do Rzeszy”. Od miesięcy dostrzegalna była również ucieczka ludności żydowskiej. Ale czasy były tak burzliwe, że nie docierało to w pełni do naszej świadomości. Przez wiele lat mieliśmy w szkole kolegów wyznania mojżeszowego, w Försterei mieliśmy nawet przez jakiś czas sąsiadów Żydów, nasze ubrania kupowaliśmy w żydowskim sklepie i często chodziliśmy z rodzicami do lekarza żydowskiego pochodzenia. Lecz mimo to muszę się przyznać, że fakt zniknięcia tej grupy społecznej nie dotarł wówczas do mojej świadomości. Dziś sam siebie pytam, dlaczego uszło to naszej uwadze?

Viktor Kittel w mundurze Hitlerjugend, 1939 r.
Wróćmy jednak do 22 marca 1939 roku. Najszybciej, jak tylko mogłem, pobiegłem do szkoły. Również tam panowało ogromne poruszenie i entuzjazm. Następnie powiadomiono nas, że mamy wolne z powodu przyjazdu Führera. Pobiegłem więc do domu, ubrałem mundur otrzymany w listopadzie i udałem się do naszego lokalu klubowego, który dopiero co stał się oficjalnym lokalem Hitlerjugend. Otrzymaliśmy tam opaski Hitlerjugend oraz rozkazy dotyczące dalszej „służby”. W ten sposób staliśmy się automatycznie członkami organizacji młodzieżowej Trzeciej Rzeszy. Muszę jednak przyznać, że byliśmy z tego powodu szczęśliwi i przede wszystkim dumni – mam na myśli mnie samego oraz moich przyjaciół i kolegów ze szkolnej ławki. W naszych oczach Niemcy wznosiły się ku nowej sile po upokorzeniach i ciosach traktatu wersalskiego. Mieliśmy okazję śledzić ten proces z zewnątrz, spoza granic państwa. Pewnie byli również ludzie, którzy inaczej postrzegali przełom, jaki miał miejsce w Rzeszy Niemieckiej pod wodzą nazistów, jednak zdecydowana większość z nas była pełna entuzjazmu.
Lata nauki dobiegły końca. Po zdaniu egzaminów końcowych ze wszystkich przedmiotów otrzymaliśmy świadectwo ukończenia szkoły, tak zwaną „małą maturę”, datowane na 31 marca 1939 roku. Uroczystość wręczenia świadectw miała miejsce któregoś dnia w kwietniu. Ja jednak nie wziąłem w niej udziału, w tym czasie byłem już bowiem w Nidden na Mierzei Kurońskiej. Jak do tego doszło?
W Hitlerjugend każdego z nas przydzielono do różnych jednostek tematycznych. W moim przypadku była to oczywiście jednostka lotnicza – nie mogło być inaczej, byłem przecież członkiem towarzystwa szybowcowego! W dniu powrotu do Rzeszy podobnie jak wszystkich odkomenderowano nas do regulacji ruchu, jako iż wszyscy mieszkańcy tłoczyli się na ulicach, aby na własne oczy zobaczyć, jak do miasta wkracza armia niemiecka oraz jak przez ulice jedzie Führer. Gdy tylko sytuacja uspokoiła się tyle o ile – zdaje się, że w domu nie było mnie przez całe trzy dni – mój oddział szybowcowy popłynął własną motorówką „Sokół” do Nidden i „zajął” znajdującą sie tam litewską szkołę szybowcową. Jednak między Bogiem a prawdą niczego do zajmowania nie było, ponieważ cały obiekt stał pusty – Litwini już go opuścili. Na miejsce przybyli wyżsi rangą funkcjonariusze Narodowosocjalistycznego Korpusu Lotniczego oraz inspektorzy techniczni z Państwowej Szkoły Szybowcowej w Rossitten, którzy mieli za zadanie stwierdzić, na ile obiekt ten był przydatny do celów szybownictwa niemieckiego. Później utworzono tam szkołę szybowcową.

Plakat propagandowy z hasłem Hermanna Göringa: «Naród niemiecki musi stać się narodem lotników».
Przy tej okazji mnie i kilku innych chłopców zabrano do Państwowej Szkoły Szybowcowej Nr 1 w Rossitten. Tam wsadzono nas w strojne mundury państwowych szkół szybowcowych. Od 3 kwietnia braliśmy udział w kursie, na którym w wojskowej atmosferze uczono nas teorii i praktyki szybownictwa. Kursy te – w ciągu roku 1939 zaliczyłem ich kilka – trwały każdorazowo trzy tygodnie. Ich koszty przejęła Rzesza Niemiecka, łącznie z dojazdem i powrotem do domu. Hasło „Naród niemiecki musi stać się narodem lotników” było wówczas na ustach wszystkich. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się czasem rzeczą niezrozumiałą, że na takie kursy parły tysiące kilkunastoletnich chłopców. Podobnie rzecz miała się z jednostkami zmotoryzowanymi Hitlerjugend, gdzie uczono jazdy motorem i samochodem. Istniały również jednostki jeździeckie i marynarskie. Nie znaliśmy natomiast słowa „dyskoteka”. Palenie i picie było dla nas tak samo zakazanym owocem jak filmy dla dorosłych w kinie. Na straży tych zakazów stała specjalna żandarmeria w ramach Hitlerjugend, taka młodzieżowa policja. Inny zakaz tego rodzaju: niemieckie dziewczęta się nie malują. Wszystkie te ograniczenia traktowaliśmy jako nie podlegające dyskusji.
Jak już wspomniałem, edukację zakończyłem na tak zwanej małej maturze, powstawało więc pytanie, jaki wybrać zawód. Po przyłączeniu z powrotem do Rzeszy moje skryte marzenie, by zostać leśnikiem, przestało jawić się jako mrzonka – całe Niemcy stały przede mną otworem, mogłem więc przedstawić te plany rodzicom. Jak na tamte czasy byli oni bardzo tolerancyjni i decyzję odnośnie zawodu pozostawili mnie samemu. Ponieważ ukończyłem dopiero szesnasty rok życia, mogłem w spokoju się nad tym zastanowić. Moje podanie o przyjęcie na aplikację do służby leśnej w Gąbinie zostało jednak odrzucone z powodu zbyt dużej liczby kandydatów. Na całą rejencję przypadało jedynie dwanaście wolnych miejsc, a pierwszeństwo mieli oczywiście kandydaci, w których żyłach płynęła zielona krew. W związku z tym zgłosiłem się na maszynoznawstwo w Państwowej Szkole Inżynierskiej w Gąbinie i zostałem przyjęty. 1 października 1939 roku miałem rozpocząć dwuletnie praktyki przygotowawcze w stoczni Lindenau w Kłajpedzie. Z uczelni przyszły już pocztą arkusze robocze i zeszyty sprawozdawcze. We wrześniu otrzymałem jednak zapytanie z rejencji w Gąbinie, czy nadal reflektuję na aplikację w leśnictwie. Rozpoczęła się właśnie wojna i prawdopodobnie chciano już teraz przygotować personel do służby na wcielonych terenach wschodnich. Zrezygnowałem więc ze studiów inżynierskich i przyjąłem propozycję. Do początku aplikacji było jeszcze kilka miesięcy, których nie chciałem zmarnować. Jeździłem więc na dalsze kursy szybowcowe w Korschenruh na Mierzei Wiślanej, w Drachenberge koło Darkiejm, w Gitter koło miasta Salzgitter w górach Harz oraz na kurs modelarski w Lauenburgu nad Łabą. A jako „porządny Niemiec” zgłosiłem się w październiku – oczywiście dobrowolnie – do zbioru roślin okopowych. Trafiłem do Lisów koło Bani Mazurskich w powiecie Węgorzewo, gdzie zbieraliśmy ręcznie ziemniaki, kapustę i buraki pastewne. Na koniec zgłosiłem się na kurs strzelecki w ramach Hitlerjugend. Kurs trwał trzy tygodnie i odbywał się w dawnym sierocińcu, gdzie nas skoszarowano. Po jego ukończeniu i złożeniu specjalnego egzaminu miałem uprawnienia do prowadzenia teoretycznej i praktycznej nauki strzelania na wiatrówkach i karabinach małokalibrowych w ramach Hitlerjugend.
Mając szesnaście lat oglądałem się już oczywiście za dziewczętami. I było to rzeczywiście oglądanie się, bo określenie „chodzić z kimś” w latach mej młodości było niemal równoznaczne z zaręczynami. Podczas naszych codziennych wypraw nad morze przy przeprawie promem na Mierzeję Kurońską poznaliśmy – mój brat Gerhard, koledzy ze szkoły i ja – grupę dziewcząt, która zmierzała w tym samym kierunku co my. Wśród nich znajdowała się wspaniała, ciemnowłosa dziewczyna, która mi się wyjątkowo spodobała. Koleżanki nazywały ją Kuschi i tak samo ja ją nazywam do dziś. Tak naprawdę nazywała się Urszula Edyta Kurschus.
1 kwietnia 1940 roku rozpocząłem dwuletnią praktyczną naukę zawodu leśniczego w leśniczówce Tulpeningen, powiat Pilkały. Ten stosunkowo krótki okres pracy w leśnictwie należy do najpiękniejszych w moim życiu. Leśnictwo Tulpeningen leżało na zupełnym odludziu. Nie było elektryczności, mieliśmy natomiast telefon na induktor korbowy, za pomocą którego można było porozumiewać się między poszczególnymi leśnictwami. Leśniczówka była częściowo obudowana drewnem. Frontowe okna wychodziły na zadbany ogród oraz służbowe gospodarstwo leśniczego – 20 hektarów pól. W powietrzu unosił się przyjemny zapach warzyw i przypraw mieszający się z zapachem morza kwiatów. Do przyjemnego wnętrza domu wchodziło się przez podwyższoną werandę. Jego centralnym punktem był gabinet leśniczego, wykorzystywany nie tylko do celów służbowych, lecz również jako pokój karciany. Na ścianach wisiały sceny z polowań, wieńce kapitalnych jeleni, rogi kozłów oraz dorodny wypchany głuszec. Imponujących rozmiarów biblioteczka z najprzedniejszymi dziełami literatury myśliwskiej, dębowy stół, stojąca za nim skórzana kanapa, skórzany fotel, biurko zdobione wspaniałą snycerką oraz kilka krzeseł z wysokimi oparciami składały się na umeblowanie tego pomieszczenia. Z sufitu zwisał wieloramienny żyrandol wykonany z grubych, ozdobnych kawałków poroża jelenia. W „salonie”, oddzielonym od gabinetu podwójnymi szklanymi drzwiami, siedzieli wieczorami goście leśniczego i grali w gry towarzyskie. Pojedyncze drzwi prowadziły z gabinetu do dużego pokoju, który służył również jako jadalnia, i do przedpokoju – tamtędy wchodzili i wychodzili leśnicy, goście przyjeżdżający na polowanie, wysokiej rangi urzędnicy państwowi, przełożeni z Dyrekcji Lasów Państwowych w Gąbinie oraz przyjaciele leśniczego. Te wizyty były zawsze szczególnym wydarzeniem. Napełniały dom napięciem, ciekawością i głosami zadowolonych mężczyzn.

Viktor Kittel jako młody leśniczy, 1940 r.
Latem 1941 roku, po wybuchu wojny ze Związkiem Radzieckim, opuściłem leśnictwo Tulpeningen, aby kontynuować naukę w nadleśnictwie Memelwalde. Miałem jednocześnie tymczasowo zostać zwolniony ze służby wojskowej. Ja jednak byłem przekonany, że jeśli nie pójdę do wojska teraz, to później będzie już za późno, by wsławić się w walce, i w związku z tym jeszcze w 1940 roku zgłosiłem się po cichu jako ochotnik do Luftwaffe. Kiedy przyszło moje powołanie na dzień 16 listopada 1941 roku, mój szef wychodził z siebie. Robił mi wyrzuty, że przecież miałem zostać zwolniony, bo brakuje leśników, a poza tym jako przyszły leśniczy mogę służyć tylko i wyłącznie w piechocie, i to nie w jakiejkolwiek jednostce, lecz u szczycieńskich strzelców. Groził mi, że sprawa będzie miała dla mnie konsekwencje. Je jednak koniecznie chciałem zaznać wojny. Co pchało nas do takich decyzji? Z dzisiejszej perspektywy jest to niezrozumiałe, ale ze względu na takie, a nie inne wychowanie oraz całe nasze nastawienie spieszno nam było do wojaczki. Był to jeszcze okres, kiedy jeden sukces armii niemieckiej gonił drugi. My, młodzi chłopcy, myśleliśmy, że niebawem będzie za późno. Chcieliśmy współuczestniczyć w tych sukcesach militarnych. Pchał nas do tego nie tyle zachwyt samą wojaczką, ile ambicja współuczestniczenia w tym wszystkim. Nie wiem, czy kolejne generacje będą w stanie zrozumieć to, co próbuję tu wyjaśnić. Dziś myślę o tych rzeczach zupełnie inaczej. Ale wtedy były po prostu inne czasy! Do tego dochodzi jeszcze fakt, iż ówczesna młodzież ze względu na wychowanie w domu rodzinnym, w szkole i wreszcie w organizacji młodzieżowej Hitlerjugend zupełnie nie była zdolna myśleć inaczej. Miałem dopiero 18 lat! W takich chwilach mało który z nas brał pod uwagę możliwe skutki dobrowolnego zgłoszenia się do wojska. Spieszyło mi się tak bardzo, że nie pojechałem nawet pożegnać się z rodzicami, którzy w międzyczasie przeprowadzili się do wcielonego do Rzeszy Ciechanowa, dokąd tatę przeniesiono w celu organizacji prokuratury. Wysłałem im jedynie kartkę, że idę do wojska i że ciuchy wysłałem do domu pocztą. 1 września 1941 roku w Ciechanowie urodził się, nawiasem mówiąc, mój najmłodszy brat Piotr.
Zgodnie z rozkazem poborowym udałem się do Tylży. Stamtąd trafiłem przez Królewiec do Lotniczego Regimentu Szkoleniowego Nr 16 w Berlinie-Schönwalde. Musztrę rekrutów wolę pominąć, był to bowiem cieżki okres. W Berlinie zostałem również gruntownie przebadany i, jako że wyniki miałem dobre, 2 marca 1942 roku przeniesiono mnie do Batalionu Pilotów-Kandydatów „Monte Rosa” do Szczecina. W batalionie tym młodzi żołnierze, którzy zgłosili się do lotnictwa i pomyślnie przeszli sito rekrutacji, robili kurs podoficerski. Musztra była tu jeszcze cięższa niż w okresie rekruckim. Oprócz tego uczono jednak teorii potrzebnej w lotnictwie, na przykład geografii, meteorologii, budowy samolotów i przede wszystkim alfabetu Morse'a. Kurs trwał trzy miesiące. Na końcu każdy został odkomenderowany na różne dalsze kursy, w zależności od wyników. Najsmutniejsci byli ci, którym oznajmiono, że nie zostaną pilotami. Trafili na kursy dla strzelców pokładowych, obserwatorów i radiowców. Resztę przeniesiono do szkół dla pilotów, gdzie należało zrobić egzaminy klasy A i B będące fundamentem dalszego wyszkolenia lotniczego. Każdy z nas chciał latać na myśliwcach i poskromić „króla” lotnictwa, Messerschmitta Bf 109, lecz tylko nielicznym się to udało. Wielu kolegów trafiło do szkół typu C (bombowce i transportowce) lub do szkół rozpoznania lotniczego.
Przedtem jednak, tuż po zakończeniu przeszkolenia w maju 1942 roku, kiedy wszyscy snuli już domysły, dokąd ich poślą, oznajmiono nam, że z powodu braku paliwa lotniczego w ośrodkach szkoleniowych nasze dalsze szkolenie zostało przejściowo wstrzymane. A że w Prusach nikt nie jest żołdakiem na darmo, znaleziono już dla nas wykorzystanie zastępcze. W czerwcu cały batalion przerzucono koleją do południowej Francji nad Zatokę Biskajską, gdzie w ogromnym żarze przeszliśmy przeszkolenie dla piechurów. Póżniej jeszcze dwa razy przerzucano nas w inne miejsce, zanim przyszło moje wezwanie do ośrodka szkolenia pilotów w Elblągu. Cały wagon pełen młodych, niecierpliwych mężczyzn przesuwano przez osiem dni z dworca na dworzec, zanim dotarliśmy na miejsce – był koniec listpada 1942 roku. Do marca 1943 roku przeszedłem wyszkolenie lotnicze w Elblągu oraz w Szymanach koło Szczytna. Następnie przeniesiono mnie do ośrodka szkolenia pilotów w Izbicku koło Opola na Górnym Śląsku. Tam zdałem egzamin na licencję pilota klasy A i B. Zdobyłem doświadczenie w sterowaniu najróżniejszych typów samolotów jedno- i dwusilnikowych, zaliczyłem kilka tysięcy kilometrów lotów treningowych oraz egzamin z akrobacji lotniczej. Teraz, z odznaką pilota na piersi, po raz drugi w mojej karierze wojskowej otrzymałem przepustkę do domu, gdzie miałem czekać na wezwanie do szkoły myśliwców. Rodzice mieszkali w polskim mieście Płońsku, przechrzczonym przez Niemców na Plöhnen. Już po ośmiu dniach przyszedł telegram wzywający mnie do szkoły myśliwców do Eschborn koło Frankfurtu nad Menem. Tu znów nas musztrowano, ale tym razem w powietrzu, na szybkich maszynach o dużej mocy. Jeśli chodzi o latanie, był to piękny okres, mimo iż podczas strzelania powietrze-ziemia lecąc samolotem Heinkel He 51 otarłem się o ziemię – za późno poderwałem maszynę i samolot wybuchł. Po dwóch dniach obudziłem się w lazarecie Luftwaffe. Według paragrafu 92, cieszącego się wśród pilotów niechlubną sławą, oskarżono mnie o nieumyślne uszkodzenie samolotu oraz wykroczenie przeciwko porządkowi lotniczemu i postawiono przed sądem polowym w Wiesbaden. Uznano mnie winnym i skazano na trzy miesiące więzienia wojskowego. Dowódca mojej szkoły złożył jednak odwołanie – z pomyślnym skutkiem. Berlin zredukował wyrok do sześciu tygodni aresztu, który odsiedziałem w „ciupie” lotniska Sandhofen. Mógłbym długo o tym pisać, ale w końcu i ten epizod dobiegł końca, a ja latałem dalej.
W grudniu 1943 roku przeniesiono mnie do 2. eskadry pułku myśliwskiego nr 106 stacjonującej w Laachen-Speyerdorf koło miasta Neustadt. Był to mój docelowy ośrodek szkoleniowy, w którym spełniło się długoletnie marzenie poskromienia Messerschmitta Bf 109. Ćwiczyliśmy do czerwca 1944 roku, zanim załogę naszą uznano za wystarczająco dobrą do wykorzystania bojowego. Kto, tak jak ja, trafił na front, miał za sobą sito wielostopniwej rekrutacji.
Wysłano mnie na front wschodni – oddziały niemieckie znajdowały się wówczas już od dłuższego czasu w odwrocie. W Lidzie na Białorusi zapytano mnie, czy nie odważyłbym się polecieć uszkodzoną „studziewiątką” do warsztatów lotniczych w Warszawie. Cóż za pytanie, oczywiście! Nie dotarłem jednak na miejsce. Podczas lotu pękł przewód olejowy silnika. Z wysokości 2000 metrów wylądowałem na brzuchu w samym środku stada krów. Front cofał się coraz bardziej na zachód, moją jednostkę przerzucono nad rzekę Niemen, a następnie na lotnisko twierdzy Modlin, gdzie stacjonowaliśmy od początku września do rozpoczęcia ofensywy radzieckiej rankiem 16 stycznia 1945 roku. Uczestniczyłem w różnych operacjach bojowych i moim zdaniem strąciłem dwa samoloty nieprzyjacielskie, czego mi jednak oficjalnie nie zaliczono, gdyż nie byłem w stanie podać dwóch świadków. Podczas walki na wschód od Nasielska zestrzelono mój samolot i ponownie uratowałem się lądując na brzuchu. Następnie wycofaliśmy się przez Grudziądz do Gdańska. W tym czasie brałem udział w bardzo wielu potyczkach powietrznych, latając tym razem również samolotami myśliwsko-szturmowymi z 250-kilogramową bombą pod „brzuchem”, a raz nawet z bombą 500-kilogramową. W międzyczasie otrzymałem awans na podoficera. W Gdańsku odwiedził mnie ojciec, aby się pożegnać, ponieważ razem z innymi kolegami zamierzał przebić się przez Mierzeję Wiślaną do Królewca i wziąć udział w obronie miasta. Po latach dowiedzieliśmy się, że się im udało, jednak wszelki ślad po tacie zaginął w mokradłach nad rzeką Pregołą na zachód od Królewca.

Podoficer Viktor Kittel jako pilot Luftwaffe na lotnisku w Gdańsku-Wrzeszczu. W tle myśliwiec Messerschmitt Bf 109. Wiosna 1945 r.
Dwa dni po pożegnaniu z tatą zabrałem mamę z trójką młodszego rodzeństwa i sześcioma innymi osobami do koszar. Na Pomorzu, dokąd ich uprzednio ewakuowano, Rosjanie zamknęli kocioł i jedyna droga ucieczki prowadziła na wschód, w kierunku Gdańska. Dotarli do lotniska wojskowego w pobliżu Gdyni, a stamtąd zabrałem ich do Gdańska-Wrzeszcza. Dzięki pomocy mojego dowódcy, majora Lange, udało mi się ewakuować moich najbliższych z kotła gdańskiego. Był już marzec i radziecki pierścień wokół Gdańska zaciskał się coraz mocniej. Nie pamiętam dokładnej daty, ale było to na pewno przed moimi urodzinami 21 marca, kiedy zawiadomiono mnie, iż znajdująca się jeszcze na terenie Gdańska dywizja lotnicza najbliżej nocy zostanie przerzucona do Rzeszy i że mają tam miejsca dla mamy i rodzeństwa.
Nasz oddział na koniec nie mógł już latać, ponieważ Rosjanie ostrzeliwali nas bezpośrednio ze wzgórz oliwskich działami przeciwpancernymi i granatnikami, gdy tylko próbowaliśmy wystartować naszymi Messerschmittami. Kilka takich prób zakończyło się śmiercią pilota. W końcu przyszedł rozkaz, że my piloci mamy udać się pod dowództwem majora Lange do Berlina. Którejś nocy około 23 marca wypłynęliśmy z Nowego Portu na pokładzie statku „Togo”. Scen, jakie rozgrywały się na nabrzeżach w Nowym Porcie, nie da się opisać. Tysiące uchodźców-cywili koczowało tam z dobytkiem, by zdobyć miejsce na jednym z co rusz podstawianych statków. W tym całym rwetesie kobiety i dzieci wpadały do lodowatej wody. Jakby tego było mało, radzieckie myśliwce strzelały w to ludzkie kłębowisko. Było to straszliwe piekło. Nasz statek „Togo” również był przepełniony uchodźcami. Każdy z nas wyszukał sobie jakiś kąt i wcisnął się tam ze swoim workiem. Na wszelki wypadek założyliśmy dmuchane kamizelki ratunkowe. Znany nam był tragiczny los statku „Wilhelm Gustloff”, który pod koniec stycznia został storpedowany i utonął z 9000 ludzi na pokładzie. Co rusz budzeni przez alarm ostrzegający przed łodziami podwodnymi wroga płynęliśmy około 36 godzin zygzakiem po Bałtyku. Godzinami staliśmy na wysokości Świnoujścia, by wreszcie ruszyć w kierunku Kilonii.
16 kwietnia Rosjanie rozpoczęli oczekiwaną ofensywę po zachodniej stronie Odry. Bezustannie atakowaliśmy z powietrza dominujące niebo samoloty wroga. W południe na naszym lotnisku rozlokowała się artyleria. W końcu i my musieliśmy się wycofać i trafiliśmy na lotnisko polowe Redlin w Meklemburgii. Stamtąd lataliśmy walczyć aż pod Szczecin. Tuż po 20 kwietnia otrzymałem rozkaz, by polecieć do Flensburga i utorować drogę reszcie naszej jednostki. Miałem poprowadzić cztery niezdolne do walki samoloty Focke-Wulf Fw 190, których piloci byli świeżo po przeszkoleniu i nigdy jeszcze nie walczyli. Mimo pewnych trudności udało nam się cało i zdrowo wylądować we Flensburgu. Dwa lub trzy dni później dołączyli do nas pozostali koledzy.
We Flensburgu zastał nas koniec wojny. W dniu kapitulacji, 8 maja 1945 roku, byliśmy jeszcze sami. Oznaczało to, że odbędzie się jeszcze zbiórka o ósmej. Koordynator myśliwców na rejon północ, pułkownik Karlfried Nordmann, który przez pewien czas był również dowódcą naszego pułku, wygłosił ostatnie przemówienie. Pierwsze oddziały angielskie dotarły do nas dopiero tydzień po kapitulacji. Nie trafiliśmy do niewoli wojennej, a do książeczek wojskowych wbito nam stempel „Frozen Personal” – to znaczy, że „zamrożono” nas w dniu kapitulacji i nie podlegaliśmy umieszczeniu w obozie jenieckim ani w ośrodku internowania. Utworzono z nas specjalną jednostkę pod nazwą „No. 2 Squadron 8302, German Air Force Disarmement Wing Royal Air Force”, czyli Jednostka Rozbrojeniowa Niemieckich Sił Powietrznych. Nasz niemiecki szef, major Lange, pozostał naszym dowódcą i był podporządkowany jakiemuś oficerowi brytyjskiemu. Większość z nas żołnierzy pozostałych w tej jednostce pochodziła z utraconych wschodnich terenów Niemiec. Jeszcze latem 1945 roku wysłaliśmy ankiety do Służby Poszukiwań Niemieckiego Czerwonego Krzyża, lecz pod koniec roku nadal nie wiedzieliśmy, czy naszym bliskim udało się uciec na zachód i dokąd trafili. Wszystkich pochodzących z zachodniej części Niemiec zwolniono do domów. Najprzód odeszli Austriacy, którzy nagle stali się obywatelami neutralnego państwa, rzekomo przymusowo wcielonego do Rzeszy.
Nie byliśmy jeńcami wojennymi i mogliśmy swobodnie się poruszać. Mieliśmy za zadanie rozbrajać niemieckie jednostki powracające z Danii. Musiały zdać nie tylko broń, lecz również cały materiał wojenny – pojazdy, warsztaty polowe itd. Wszystko to deponowano na naszym lotnisku, które w końcu było po brzegi pełne sprzętu wojskowego. Naszym obowiązkiem było posortowanie tego wszystkiego i przygotowanie wartościowych trofeów do wysyłki na Wyspy Brytyjskie. My sami natomiast czuliśmy się zobowiązani przeszmuglować na zewnątrz i spieniężyć tyle pojazdów i materiału, ile się tylko da – żartowaliśmy, że wyprzedajemy masę spadkową Hermanna (mieliśmy na myśli Hermanna Göringa). Ktoś z Flensburga zamierzał na przykład otworzyć przedsiębiorstwo taksówkarskie i my dostarczyliśmy samochody osobowe. Ktoś inny nosił się z zamiarem otworzenia firmy spedycyjnej, a my dostarczyliśmy ciężarówki i ciągniki. Rolnicy potrzebowali opon zapasowych albo materiału do pokrycia dachu – byliśmy w stanie dostarczyć wszystko. Każdy z nas miał też swój własny wóz. Ja na przykład przywłaszczyłem sobie półtoratonową ciężarówkę marki Opel-Blitz. I, o dziwo, otrzymaliśmy od Anglików tak zwany „permit” na przednią szybę, tak iż mogliśmy tymi pojazdami jeździć nie tylko po lotnisku, lecz również poza jego terenem. Jednym słowem – cieszyliśmy się z dobrodziejstw pokoju. Lato było jedną wielką fetą. Pochłanialiśmy tony pieczystego – krów i owiec było w okolicy pod dostatkiem i były tanie. Alkohol produkowaliśmy we własnym zakresie, na przykład z płynu przeciwoblodzeniowego spuszczonego z naszych samolotów (Junkers Ju 52 i Ju 88 oraz Heinkel He 111).
Początkowo nosiliśmy również dalej nasze mundury z naramiennikami i odznaczeniami. Latem 1945 roku wydano nam nawet na krótki czas broń palną, gdyż po okolicy kręcili się i szabrowali wypuszczeni na wolność jeńcy radzieccy – oficerowie dostali pistolet z sześcioma nabojami, a podoficerowie karabinek, również z sześcioma nabojami. Przed przeniesieniem nas do Kilonii w październiku 1945 roku musieliśmy tę broń zwrócić. Pod koniec października lub w początkach listopada otrzymaliśmy również nowe mundury uszyte z zielonej tkaniny wermachtu, w kroju podobne jednak do angielskiego „battledress”.
Pod koniec roku całą jednostkę przerzucono do Kilonii, gdzie zakwaterowano nas w obozowych barakach w dzielnicy Holtenau. Mogliśmy zabrać ze sobą nasze samochody, mieliśmy własną kuchnię i pracowaliśmy dalej na tamtejszym lotnisku wojskowym. Mieliśmy za zadanie posortować i zewidencjonować cały materiał wojenny niemieckiej Luftwaffe. Pracowałem jako elektryk i wymontowywałem urządzenia elektryczne i instrumenty pokładowe z niemieckich samolotów przeznaczonych na złomowanie. Istniały również podobne jednostki marynarki wojennej, które między innymi zatapiały w Bałtyku torpedy. Z czasem coraz więcej kolegów odnajdywało rodziny i zgłaszało się do zwolnienia. Albo się żeniło – jak nasz były dowódca, major Lange, który odszedł do cywila i rozpoczął studia prawnicze.
Na początku kwietnia 1946 roku i ja otrzymałem z Niemieckiego Czerwonego Krzyża wiadomość, że poszukuje mnie mama. Mieszkała na wsi w Pustaci Luneburskiej. Z tym zawiadomieniem od razu udałem się do mojego brytyjskiego szefa. Ponieważ od początku grudnia pracowałem jako pomocnik kucharza w angielskim kasynie dla podoficerów i byłem również odpowiedzialny za przydział prowiantu dla kasyna oficerskiego, dobrze się znaliśmy i dzięki temu zaaranżował dla mnie możliwość odwiedzenia mamy. Otrzymałem rozkaz marszowy na przewóz trzech silników lotniczych na lotnisko Faßberg w Pustaci Luneburskiej. Ponadto zabrałem wielką skrzynię z prowiantem z brytyjskich magazynów – białe pieczywo i puszki najróżniejszej zawartości – oraz drugą skrzynię z mundurami wermachtu i bielizną pościelową. Z tej pościeli w niebieską kratę można było uszyć najróżniejsze rzeczy, takie jak spódnice, bluzy czy koszule. W poniedziałek, 11 lutego 1946 roku, ruszyłem w drogę ośmiotonową ciężarówką. Towarzyszył mi kolega, sierżant Stutz – miał odstawić mnie u mamy, zawieźć silniki na miejsce i odebrać mnie w drodze powrotnej. Niełatwo było odnaleźć tę wieś i jeszcze trudniej było dojechać tam po ówczesnych wiejskich drogach naszym ciężkim pojazdem. Ale w końcu trafiliśmy na miejsce. Spotkanego po drodze parobka zapytałem, czy w okolicy mieszkają uchodźcy ze wschodu i czy zna nazwisko Kittel. On odrzucił „Chwileczkę” i zniknął w jakimś chlewie. Chwilę później wyszła stamtąd kobieta o blond włosach zakrytych chustą, ubrana w fartuch roboczy, w drewniakach na nogach. Wywoziła akurat gnój z chlewa. Spojrzeliśmy na siebie bez słowa i chwilę później moja siostra Ellen zawołała na całe gardło: „Wiktor, to naprawdę ty?”. Mama z nią, Kariną i Piotrem mieszkała w sąsiednim gospodarstwie u pani Buhr. Ellen pracowała w gospodarstwie Henryka Meiera i tam właśnie ją znalazłem, natomiast Karina chodziła do szkoły ludowej w sąsiedniej wsi Vastorf. Piotr był jeszcze poniżej wieku szkolnego. Na łeb na szyję pojechaliśmy na gospodarkę pani Buhr, gdzie wreszcie mogłem uściskać mamę, którą Ellen już powiadomiła o moim przyjeździe.
Cóż to była za radość! Razem z nami cieszyli się właściciele gospodarstwa. Z okazji mojego przybycia przysłali nam na górę dużą miskę smażonych ziemniaków. Ich ojciec poległ na wojnie i pani Buhr została sama z trójką dzieci. Gospodarstwo prowadził wuj w podeszłym wieku. Mama trafiła tam po długiej odysei i zaaklimatyzowała się na tyle, na ile pozwalały okoliczności. Miejscowi nie tylko ją tolerowali, lecz również zaakceptowali i pomagali jej widząc, że się dostosowała do nowej sytuacji. Chodziła pomagać na polach miejscowych gospodarzy i szyła tu i ówdzie na zamówienie.

Edith Kittel (z d. Kurschus) w mundurze żeńskiej służby pomocniczej, 1944 r.
Mój kumpel odebrał mnie osiem dni później i razem wróciliśmy do Kilonii. Ledwie dotarliśmy na miejsce, a już trzymałem w rękach kolejne zawiadomienie z Czerwonego Krzyża: szukała mni Edyta Kurschus. Również mieszkała w Szlezwiku-Holsztynie, dokładnie w Görnitz koło Plön, dokąd trafiła jej żeńska jednostka pomocnicza, zanim ją rozwiązano. Jak już pisałem, poznaliśmy się jeszcze w 1939 roku. Przez cały okres wojny pozostawaliśmy w kontakcie. Nie wiem, czy było to zauroczenie czy młodzieńcza miłość. W każdym razie natychmiast pojechałem do Görnitz, aby zobaczyć się z moją Kuschi, która mieszkała kątem u jakiejś obcej kobiety. To była przysłowiowa miłość od pierwszego wejrzenia – podczas tego spotkania coś między nami „zaiskrzyło” i już wiedzieliśmy, że chcemy być razem. Zaręczyny obchodziliśmy 21 kwietnia 1946 roku w Volkstorf. Z pomocą sąsiadów mama wyprawiła nam piękną uroczystość. Termin ślubu ustalono na Boże Narodzenie tego samego roku.
„Wracamy do Rzeszy” – galeria zdjęć pokazujących wcielenie Okręgu Kłajpedy do Rzeszy Niemieckiej w marcu 1939 roku.