Prusy Wschodnie – Lidzbark Warmiński

Dzieciństwo w cieniu wojny

„Widzieliśmy wiele rzeczy
nie dla naszych oczu”

Helmut Steinke

W pierwszej części wspomnień Helmut Steinke kreśli obraz życia z dala od frontu. Radzieckie czołgi stojące w pobliżu dworca w Lidzbarku Warmińskim przez długi czas nie stanowią najmniejszego niebezpieczeństwa – nie są to bowiem nacierające czołgi nieprzyjaciela, lecz łup wojenny, a zarazem doskonały plac zabaw dla młodych chłopców. Pod koniec 1944 roku miasto ogarnia gorączka szabru – ze zbombardowanego magazynu Wehrmachtu Helmut z mamą całymi dniami znosi konserwy, dżem i płatki owsiane, z których będą żyli przez kilka następnych miesięcy. Kiedy nadchodzi front, życie na ulicach miasta zamiera, a mieszkańcy przenoszą się do piwnic i schronów przeciwlotniczych. Jedynie garstka fanatyków z Hitlerjugend stawia zażarty opór. Pod rządami Sowietów Helmut niejednokrotnie jest świadkiem scen nieprzeznaczonych dla jego dziecięcych oczu – czerwonoarmiejcy urządzają polowania na kobiety, rabują dobytek i puszczają z dymem dom za domem. Ulice tak pięknego niegdyś miasta usłane są trupami i gruzem. Kilka miesięcy później nowi włodarze miasta, Polacy, spędzają pozostałych na miejscu Niemców do robót polnych. Wiosną 1946 r. rozpoczyna się wywózka za Odrę. A tam na wysiedlonych nie czeka nic prócz biedy, głodu i szykan miejscowej ludności.


Chłopięce zabawy

Bracia Helmut i Walter Steinke w młodym wieku przy pompie na podwórzu rodzinnego domu w Lidzbarku Warmińskim
Bracia Helmut i Walter Steinke na podwórzu rodzinnego domu w Lidzbarku Warmińskim.

Był gdzieś rok 1938, gdy rodzice zdecydowali się na przeprowadzkę z Pieniężna, gdzie się urodziłem 17 kwietnia 1936 roku, do Lidzbarka Warmińskiego. Lidzbark był niewielkim miastem powiatowym liczącym około 11.000 mieszkańców. Mój ojciec, z zawodu mechanik samochodowy, kowal i mechanik precyzyjny, dostał tam pracę w warsztacie samochodowym. Na terenie firmy znalazło się dla nas ładne mieszkanie. Jednak już rok później wybuchła wojna – ojciec dostał wezwanie do wojska, trafił na pół roku do Francji, a potem na front wschodni.

Wraz z początkiem nauki szkolnej w roku 1942 rozpoczął się dla mnie nowy okres życia. Mieszkaliśmy wówczas przy ulicy Ferdynanda Schulza 32, w pobliżu rzeki Łyny, która w Lidzbarku ma około 40 metrów szerokości. Zimą po zamarzniętej Łynie chodziliśmy do szkoły – były to dla nas ogromne skróty. Chętnie spędzaliśmy tam również czas wolny. Łyna leżała w głębokiej dolinie, a to czyniło ją doskonałym miejscem do jazdy na sankach. Można było zjechać po stoku z jednej strony, prześlizgnąć się przez całą szerokość rzeki i wyhamować podjeżdżając pod stok po drugiej stronie. W niektóre zimowe dni nie sposób było jednak wyjść z domu, bo na zewnątrz było za dużo śniegu. Wówczas mama miała czas i chęć pokazać nam to i owo. Nauczyła nas na przykład szydełkować, robić na drutach, łatać i haftować. Mój brat Walter do dziś robi na drutach swetry.

Moi koledzy niezłą frajdę mieli, kiedy na Łynie zaczynał pękać lód. Wybierali sobie wtedy ładną, dużą krę i uzbrojeni w tyczkę spływali na niej w dół rzeki. Gdy się im znudziło, podpływali do brzegu, odpychając się tyczką od dna. Dla mnie ta zabawa nie wchodziła jednak w grę, bo z wodą miałem już złe doświadczenia. Nie tylko z wodą zresztą – byłem zawsze w porę tam, gdzie można było coś zbroić.

Mój dziadek z pierwszej wojny światowej przywiózł odłamek granatu, którym razem z Walterem bawiliśmy się w podkuwanie koni. Któregoś razu, będąc „kowalem”, przyłożyłem ten odłamek Walterowi do nogi i uderzyłem w niego młotkiem. W tej samej chwili odprysł z niego wiór metalu i wpadł mi prosto w oko. Konieczna była pomoc okulisty, a okuliści nie mieli wówczas tak doskonałych instrumentów jak dzisiaj. Przez coś w rodzaju lejka lekarz wsadził mi w oko długi, ostry przyrząd i zeskrobał nim wiór z gałki ocznej.

Wiele urozmaicenia dostarczały nam również obydwa kompleksy koszarowe znajdujące się w Lidzbarku Warmińskim – koszary piechoty i artylerii. Wszyscy żołnierze w drodze na zakupy do miasta musieli przejść koło naszego domu. Zimą wystarczyło ustawić się tam z sankami zaopatrzonymi w długi sznurek i nie trzeba było długo czekać, aż jakiś wojak się zlituje i podciągnie nas kawałek drogi – czasami było to nawet kilkaset metrów. Również w środy, kiedy żołnierze maszerowali w zwartym szyku do kina, zabawa była gwarantowana, bo wojacy cieszyli się jak chłopcy, kiedy udało im się przemycić nas pod długim wojskowym płaszczem na seans dla dorosłych. Jeden z tych filmów utkwił mi w pamięci, nosił tytuł „Róże z południa”.

Od czasu do czasu byliśmy świadkami pogrzebów wojskowych z wszelkimi honorami. Dla nas ceremonia stawała się interesująca w momencie, kiedy nadciągał pluton żołnierzy do oddania salwy honorowej. Po pogrzebie biegliśmy natychmiast do grobu, żeby pozbierać łuski po nabojach.

Raz do roku świętowano „Dzień Wehrmachtu”. W całym mieście oraz na terenie koszar odbywały się różne imprezy. Gwoździem programu były za każdym razem pokazy w basenie pływackim w koszarach artylerii. Było zawsze ciekawie i wesoło – kilku żołnierzy udawało na przykład tonących, których trzeba było wyłowić z wody, wszystko oczywiście ze sporą dozą zabawnych wygłupów. Pewnego razu razem z bratem staliśmy na samym brzegu basenu i nie mogliśmy się na nich napatrzeć – i w końcu stało się oczywiście to, co nieuniknione – obaj wylądowaliśmy w wodzie. Nie chcę się zaklinać, ale nie mogę pozbyć się uczucia, że to właśnie tu leżą korzenie mojego strachu przed wodą.

do góry…
wspomnienia…

Rodzina z Pieniężna

Wakacje i ferie spędzaliśmy prawie zawsze u babci Schachtowej w Pieniężnie. Dotrzeć można było tam na dwa sposoby: autobusem lub koleją. Ja wolałem kolej, ponieważ na dworcu znajdowało się coś, co stale mnie fascynowało: automat ze słodyczami. Za dwadzieścia fenigów można było kupić paczkę prażonych migdałów, a mając w kieszeni pięćdziesiąt fenigów, można było stać się posiadaczem małej tabliczki czekolady.

W weekendy u babci i dziadka zawsze był rejwach. Ciocie i wujkowie schodzili się z dziećmi, a dzieci tych było niemało, co najmniej 20-25. Mężczyźni grali przy trzech stolikach w skata, a kobiety zawsze coś pichciły. Na stół trafiały zwyczajne wschodniopruskie potrawy, na przykład zupa mączna z ziemniakami, smażona słonina lub boczek z gotowanymi ziemniakami i prostym sosem na zasmażce i skwarkach. Albo ziemniaki w mundurkach ze skwarkami lub śledziem. Resztki trafiały do dużego wiadra, na którego zawartość mówiono „kwaśne zlewki”. Tymi kwaśnymi zlewkami karmiono prosiaka.

Babcia miała zegar z kukułką. Na łańcuchu w zegarze wisiały dwa obciążniki i kiedy jeden z nich dotarł na samą górę, trzeba było ściągnąć go na dół. Jeśli o tym zapomniano, zegar stawał. Babcia pukała wtedy w ścianę i pytała sąsiadkę, panią Misekowski, w najprawdziwszej wschodniopruskiej gwarze, która jest godzina.

Za każdym razem, kiedy przyjeżdżaliśmy do babci, jak magnes przyciągała nas wnęka z bezpiecznikami. Zazwyczaj w bezpiecznikach z tyłu była mała szklana płytka, tak zwany izolator, ale u babci tych izolatorów nie było, wpychaliśmy więc do środka nasze palce – wtedy przez palec przechodziły takie przyjemne ciarki, aż w końcu zaczynało boleć. Dziś wiem, jakie to było niebezpieczne. Ale wówczas nikt z dorosłych się tym nie interesował.

Dziadek Schacht pracował jako kierowca w budce z jajkami i co wieczór przynosił do domu kankę pełną stłuczonych jajek, z których robiliśmy kogel-mogel. Oprócz tego dziadek bardzo lubił wypić. Po pijanemu nie odpuścił w żadnej sprzeczce, a na wszelki wypadek w cholewie buta nosił nóż. Nikt też nie ważył się zabrać go z knajpy do domu – oprócz mnie i Waltera. My zaś chętnie po niego chodziliśmy, bo dziadek przy tej okazji fundował nam zawsze tabliczkę czekolady.

Od czasu do czasu jeździliśmy również do Laudy, gdzie mieszkała mamy koleżanka. Miała całą gromadkę dzieci, z którymi można się było dobrze bawić, oraz ogromne stado gęsi, które co krok zostawiały po sobie mokre pamiątki. A że stale chodziliśmy na bosaka, często zdarzało się, że między palce stóp dostawało się gęsie łajno. Przez środek łąki płynął niewielki strumyk – wchodziliśmy tam na chwilę i wszystko było znów w porządku.

do góry…
wspomnienia…

Powszechne rozprzężenie

Rodzeństwo Steinke w dolinie rzeki Symsarny
Dolina rzeki Symsarny była ulubionym miejscem spacerowiczów z Lidzbarka Warmińskiego. Tam powstało zdjęcie z Walterem, Reginą, Helmutem i Moniką Steinke (od lewej).

Co oznacza wojna, dowiedzieliśmy się po raz pierwszy, kiedy bracia Schmidt mieszkający w tym samym domu stracili ojca. Ich tata poległ na froncie, a my słyszeliśmy i widzieliśmy z bliska, jak po nim płakali. A na pociechę – trudno dziś w to uwierzyć – dostali zabawki wojenne – blaszane łodzie podwodne z małymi torpedami, które można było wystrzeliwać!

Bardzo rzadko zdarzały się również alarmy przeciwlotnicze, najpierw tylko nocą, a później również w dzień. Nic się co prawda nie stało, bo wszystkie te bombowce brały kurs na Królewiec, ale zajęcia szkolne odwoływano mimo to, a my szliśmy bawić się na dworzec towarowy. Stały tam zdobyczne pojazdy rosyjskie, czołgi i ciągniki gąsienicowe. Można też było podziwiać spalony samolot Ju 52.

Na wypadek bombardowań wszędzie stały skrzynie z piaskiem do gaszenia pożarów wywołanych przez bomby zapalające i fosforowe. Wszędzie poprzybijane były również instrukcje postępowania w razie wybuchu ognia. Biada, jeśli w razie kontroli coś w tych sprawach było nie w porządku! Warto też wspomnieć niezliczone plakaty wiszące wszędzie na ścianach: „Uwaga! Wróg też nasłuchuje!” albo „Wszystkie koła muszą toczyć się dla zwycięstwa”.

W końcu właściciele sklepów i firm zaczęli uciekać, pozostawiając na miejscu dobytek. Rozpoczął się szaber, mimo iż większość witryn sklepowych pozabijana była deskami. Razem z mamą również braliśmy udział w tym procederze i ściągaliśmy do domu tyle zapasów żywnościowych, ile się tylko dało – a nie było tego wcale mało! Później przekonaliśmy się, że mądrze postąpiliśmy. Mieliśmy na stanie cukier, kakao, płatki owsiane i właściwie wszystko, co się zbyt szybko nie psuło. Obok dworca towarowego stał magazyn żywnościowy Wehrmachtu wypalony po bombardowaniu – zabraliśmy stamtąd konserwy, które przetrwały pożar. W środku był ser maziowy, różne gatunki kiełbasy, mięso w smalcu, marmolada i różne inne rzeczy. Udało nam się nawet zdobyć wino – i wówczas stało się to, co nieuniknione. Po zjedzeniu pokaźnej ilości kakao z płatkami owsianymi i cukrem, postanowiłem skosztować w sprzyjającym momencie wina stojącego na stole. Katastrofa była nieunikniona – przez całe życie nigdy nie musiałem tyle wymiotować, co wtedy.

Wkrótce potem nastały ponure dni – ludzie krążyli stale między mieszkaniem a schronem przeciwlotniczym w piwnicy. Nasz schron znajdował się w domu należącym do rodziny Stutz posiadającej firmę budowlaną. Oni sami zdążyli uciec, w związku z czym my w przerwach ogniowych szwendaliśmy się po opuszczonym budynku. Ich syn, Ludwik, był dumnym posiadaczem olbrzymiej kolekcji cynowych żołnierzyków, poustawianych ładnie w szklanej gablocie. Była to dla nas nie lada gratka, bo były to wszystko rzeczy, które co prawda znaliśmy z widzenia, ale które nigdy wcześniej nie znajdowały się w naszym posiadaniu. Kiedy tylko się dało, byliśmy na górze, żeby się bawić. Nie mieliśmy natomiast odwagi, żeby cokolwiek stamtąd podkraść, bo generalnie wszyscy byli przekonani, że sytuacja wkrótce wróci do normy, a ludzie wprowadzą się z powrotem do opuszczonych domów.

Również wielu rolników najwidoczniej pouciekało, bo na skraju miasta zbiegły się całe stada krów z okolicznych wsi. Kilometrami słychać było, jak ryczą, aż nie sposób było tego wytrzymać. Prawdopodobnie bolały je wymiona, bo od wielu już tygodni nikt ich nie doił. Niejedna z tych krów zdechła. Pozostałym w mieście ludziom nie było to co prawda obojętne, ale co mieli zrobić?

Przez wiele dni ciągnęły się ciężkie walki uliczne. Cały czas słychać było wycie granatów. Grupa chłopców z Hitlerjugend zabarykadowała się w osiedlu, które leżało na skraju miasta i do którego prowadziła tylko jedna droga dojazdowa. Przez prawie cały jeden dzień bronili się tam przed rosyjskimi czołgami. Wybuchy granatów słychać było w naszym schronie, mimo że byliśmy oddaleni stamtąd o co najmniej trzy kilometry w linii prostej.

do góry…
wspomnienia…

Zemsta zwycięzców

W końcu nadszedł 5 stycznia 1945 roku. Razem z wieloma sąsiadami znów siedzieliśmy w schronie przeciwlotniczym, kiedy ujrzeliśmy pierwszych rosyjskich żołnierzy. Ruscy wpadli, dość mocno podekscytowani, do naszej piwnicy i zażądali na początek zegarków i biżuterii. Kobiety poszły na drugi ogień. Bogu dzięki, Rosjanie bardzo lubili dzieci, tak iż moje siostry Regina i Monika w wieku trzech lat i roczku uratowały mamę przed gwałtami.

Mimo to zobaczyliśmy wiele rzeczy nie dla naszych oczu. Przede wszystkim Rosjanie bez ceregieli rozwiązali problem ryczących krów: Zwierzęta, których nie potrzebowali na miejscu, po prostu rozstrzelali. Trupy zakopano przy pomocy spycharek. Później sytuacja nieco się uspokoiła, lecz my jeszcze przez dłuższy czas mieszkaliśmy w schronie i wciąż zaglądali tam Rosjanie poszukujący kobiet. Pewnej ochrony przed włóczącymi się po okolicy Rosjanami dostarczał pobyt w grupie, jednak nie zawsze. W naszej piwnicy były dwie ładne kobiety, matka i córka. Nietrudno było poznać, że spały na pieniądzach, bo obie nosiły futra i zachowywały się bardzo arogancko. Przez to rzucały się Rosjanom w oczy, do tego i jena i druga była w odpowiednim wieku: matka jeszcze nie za stara, a córka nie za młoda. Na własne oczy widziałem, jak zgwałciła ich cała horda żołnierzy, w tym oficerowie. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, co to za koszmar, bo byłem jeszcze dzieckiem.

Ojciec Helmuta Steinke obok samochodu służbowego; na froncie wschodnim
Ojciec Helmuta Steinke służył w batalionie remontowym na froncie wschodnim. Zimą 1945 r. chciał przyjechać po żonę i dzieci.

Nasz dom spłonął podpalony przez Rosjan po tym, jak na strychu znaleźli trąbkę z chorągiewką, na której widniał znak swastyki. Trąbka należała do chłopca, który był w Jungvolku (odpowiednik zuchów w Hitlerjugend – red.). Mama w ostatniej chwili próbowała uratować z płomieni parę sprzętów, między innymi wartościowy zegar ścienny i singerowską maszynę do szycia. Tata służył w batalionie remontowym i jeździł furgonetką z częściami zamiennymi do samochodów wojskowych. Zawsze mówił do mamy: „W razie czego przyjadę busem i zabiorę was, zegar i maszynę do szycia”. Niestety wszystko potoczyło się inaczej, bo tata został ranny i trafił niedługo potem do niewoli. O tym dowiedzieliśmy się jednak dopiero ponad trzy lata później.

Był gdzieś marzec 1945 r., kiedy Rosjanie kazali nam opuścić piwnice i wygnali nas za miasto. Najdalej wówczas straciliśmy przedmioty uratowane z pożaru. Droga przez miasto była straszna. Mimo iż od przejścia frontu minęło już kilka tygodni, wciąż śmierdziało dymem i spalenizną. Było to jednak niczym w porównaniu z masą trupów ludzi i zwierząt, porozrzucanych po całym mieście i niesamowicie śmierdzących – ten słodkawy fetor rozkładających się zwłok przypomina mi się dziś, gdy w telewizji widzę zdjęcia działań wojennych. Wśród ofiar było również wielu cywili. Pewnej starszej kobiecie kolbą karabinu tak zmasakrowano twarz, że udusiła się protezą zębową wbitą w głąb gardła. Widziałem też żołnierza, któremu czołg przejechał po głowie tak, że z twarzy pozostała jedynie kleista papka. Nie mogliśmy się doczekać, kiedy wreszcie będziemy za rogatkami miasta.

Żeby było łatwiej nas upilnować, Rosjanie spędzili nas na osiedle położone na skraju miasta i porozdzielali po wolno stojących domach. Moja rodzina trafiła do świeżo upieczonej wdowy. Tuż po zajęciu miasta Rosjanie chcieli ją zgwałcić. Jej mąż, inwalida wojenny, razem z synem zepchnął jednego z nich ze schodów. Łobuz złamał sobie kark. Koledzy zabrali go stamtąd, lecz po chwili wrócili, żeby wrzucić przez okno granat. Biedaczyna zginął na miejscu. Żona zakopała go bez trumny zaraz za domem, gdzie leży pewnie do dziś, bo ich syn był upośledzony umysłowo i nie zdawał sobie sprawy z tego, co się działo. Kobieta ta była tak zdesperowana, że odtąd od razu szła dobrowolnie, kiedy pojawiali się gwałciciele – a było ich niemało. Szczerze mówiąc, to więcej chodziła bez majtek niż w majtkach. Do tego tak sobie przeziębiła pęcherz, że podczas każdej przerwy musiała stawać okrakiem nad małym żeliwnym piecykiem – każdy może sobie chyba wyobrazić, jak to pachniało. Dzięki niej mama i cztery inne kobiety, które tam mieszkały razem z dziećmi, uniknęły podobnego losu. Kiedy tylko pojawiali się rosyjscy gwałciciele, ta pani mówiła „Zabierzcie stąd dzieciaczki!”. Czasami Rosjanie jednak nie czekali i natychmiast przystępowali do dzieła.

Na osiedlu miała siedzibę również rosyjska komendantura wojenna. Komendant (miał na imię Sasza) formował tam codziennie brygady robocze. W tym samym miejscu przeprowadzał również przesłuchania, podczas których co rusz wyjmował pistolet i strzelał w powietrze. Nie raz widziałem, jak kopał starców. Mama też miała tę wątpliwą przyjemność i była przesłuchiwana bite trzy dni. Po przesłuchaniach ludzi zamykano na noc w kurniku. W środku było tak ciasno, że mogli jedynie stać. Odwiedzałem tam mamę i stojąc przy oknie radziłem się jej, co robić. Bardzo się bałem, że już stamtąd nie wróci, ale po trzech dniach było na szczęście po sprawie.

Żeby mamie było raźniej, chodziłem z nią za każdym razem, kiedy razem z innymi kobietami, starcami i inwalidami musiała w zbiorowych mogiłach grzebać trupy. Jedną z większych mogił mógłbym wskazać jeszcze dziś, chyba że kto inny zatroszczył się już o ekshumację zwłok. Znajdowała się w pobliżu mostu Kopernika przy drodze do Olsztyna. Była tak duża, że bez trudu zmieściłby się w niej duży dom. Od czasu do czasu wciąż pojawia mi się przed oczyma widok tych kobiet i inwalidów, ciągnących za pomocą długich lin martwe konie i zabitych żołnierzy do wielkiego dołu – mimo że minęło już ponad 60 lat.

do góry…
wspomnienia…

Życie w zgliszczach

Niekiedy mama musiała pracować również w lazarecie. Prała tam materiały opatrunkowe, prasowała i zwijała z nich ponownie bandaże. To właśnie tam Rosjanie nauczyli mnie palenia. Im bardziej mama się denerwowała, tym bardziej oni się cieszyli. Dawali mi nawet papierosy ze sklepu, podczas gdy sami palili machorkę zawiniętą w kawałek gazety.

Mimo pracy razem z kolegami mieliśmy czas na szwendanie się po okolicy. Któregoś razu w pobliżu mostu Kopernika zobaczyliśmy stertę książek. Coś takiego przyciąga jak magnes. Książki pochodziły pewnie z biblioteki miejskiej po drugiej stronie ulicy. Poddałem całą tę kupę dogłębnej inspekcji. A że skarby ukryte są zazwyczaj głęboko, wetknąłem rękę do samego środka. I nagle poczułem w niej duży, zimny przedmiot. Kosztowało mnie to trochę wysiłku, zanim udało się to coś wyciągnąć. Niemal skamieniałem, gdy w ręku ujrzałem amputowaną ludzką nogę, od palców po kolano. Zrobiło mi się niedobrze. Wcześniej nie raz widywałem fragmenty zwłok, ale trzymać coś takiego w ręku, tego już było za wiele.

Innego razu natknęliśmy się na bazę wojenną Wehrmachtu. Było to dość wysokie wzgórze, wokół którego wykopano rowy o głębokości od 50 do 80 metrów. Rowy te miały zapewne powstrzymać rosyjskie czołgi. Na górę prowadziło tylko jedno dojście. Kiedy wreszcie udało nam się tam dotrzeć, rozejrzeliśmy się wokół. W głębokim rowie przeciwpancernym nie było rosyjskich czołgów, leżało tam za to niemieckie uzbrojenie, polegli żołnierze i końskie trupy. Na wzgórzu stało kilka dział. Amunicji było pod dostatkiem i w ogóle wszystkiego, czego potrzeba do odpalenia kartuszy. Ich zawartość przypominała makaron kolanka. Wysypaliśmy te kolanka na kupę i spróbowaliśmy zapalić je za pomocą lupy. Udało się dopiero za którymś z kolei razem – i to za jaką cenę! Waldemar Konrad obsługiwał lupę pochylony nad kupką prochu. Kiedy rozległ się charakterystyczny syk, było już za późno. Przypalił sobie całą twarz! Było niewesoło, bo służba zdrowia w tamtym czasie nie istniała. Mimo to jakoś się z tego wykaraskał.

Trudno było też przejść obojętnie obok większej ilości amunicji do pistoletów, więc ją ze sobą zabraliśmy. Oczywiście nikt nie miał zamiaru strzelać, mimo iż po okolicy walało się sporo pistoletów. Dla nabojów mieliśmy zupełnie inne przeznaczenie. Ustawiliśmy je pionowo na dużym, płaskim kamieniu i rzuciliśmy w nie z góry drugim kamieniem. Nieźle stukało!

Korciło nas również, żeby wdrapać się do tygrysa stojącego na skraju jezdni przed szpitalem. Niestety, Rosjanie akurat tam musieli umiejscowić swą komendanturę wojenną! Stały tam rosyjskie wartowniczki z kałasznikowem pod pachą. W komendanturze zawsze był rejwach, głośna muzyka, śpiewy i tańce, a wódka płynęła chyba strumieniami. Drugi czołg stał przy szosie do Dobrego Miasta, ale tam też nie mogliśmy wejść, bo z wieżyczki zwisał głową do dołu niemiecki żołnierz.

Oprócz tych wybryków robiliśmy także rozsądne rzeczy. Za pomocą cepa młóciłem na przykład pszenicę i żyto. Z ziaren prażyliśmy między innymi kawę, dodając jeszczę cykorii, którą znaleźć można było na mieście. Była to chyba najprawdziwsza kawa zbożowa, jaka tylko istnieje. Oprócz tego w młynku do kawy mieliliśmy zboże na mąkę do pieczenia chleba. Można z niej było ugotować również zacierki z łobodą. Łobodę, zwaną u nas również „hiszpańskim szpinakiem”, zbieraliśmy za domem – nadawała zacierkom charakterystyczny smak, a i witamin też z pewnością trochę miała. Brakowało tylko soli – bez niej wszystko smakowało dość mdło, ale głód jest, jak wiadomo, najlepszym kucharzem.

W Lidzbarku Warmińskim był też duży, państwowy majątek rolny. W ogromnej stodole składowano tam mak. Była to dla nas nie lada gratka. Braliśmy go do ciast, które robiliśmy bez cukru, a także do pieczenia chleba. Przynosiliśmy również chleb z rosyjskiej piekarni wojskowej, gdzie pracowała mama Fritza. W tej piekarni miałem okazję przekonać się na własne oczy, że Rosjanie to prawdziwe świntuchy. Któregoś dnia razem z Fritzem weszliśmy do środka i zobaczyliśmy jego matkę nagą, jak ją Pan Bóg stworzył, pomiędzy dwoma Rosjanami. Złapali Fritza i posadzili go na nią! Kobieta błagała, żeby przestali, przecież to jej rodzony syn! Więc zamiast niego posadzili na niej mnie. Doskonale zdawałem sobie sprawę, co takiego robią, bo w ciągu ostatnich dwóch miesięcy nie raz musiałem przyglądać się podobnym scenom. Strasznie się bałem i było mi niesamowicie wstyd. Zauważyli to i dali mi w końcu spokój. Mama kolegi na drugi dzień przytuliła mnie do siebie i powiedziała, że to były tylko takie żarty i żebym nikomu o tym nie mówił, bo Rosjanie często się tak wygłupiają. Nigdy nie dowiedziałem się, co wtedy myślał i odczuwał Fritz, ponieważ nigdy ze sobą na ten temat nie rozmawialiśmy.

Z Fritzem często szwendałem się po okolicy, jeśli mama nie musiała akurat pracować. Któregoś razu wytropiliśmy składzik pełen płatków owsianych, a że płatki ze wcześniejszego szabru już się skończyły, było jak znalazł. U jakiegoś ogrodnika wytrzasnęliśmy większą ilość marchwi, świeżej, jakby ją dopiero z ziemi wyrwał. Często takie wędrówki odbywałem również sam. Pewnego razu obok Inspektoratu Zdrowia, obok którego przechodziłem za każdym razem, wracając z miasta na osiedle, zauważyłem duży stos dobytku. Z doświadczenia wiedziałem, że Rosjanie niedługo go podpalą – pozbywali się w ten sposób wszystkich rzeczy, na które nie mieli zapotrzebowania. Podszedłem więc bliżej, ale odgonił mnie rosyjski żołnierz. Po jakimś czasie spróbowałem jeszcze raz – panująca wówczas bieda nauczyła mnie zapominać o strachu. Leżały tam głównie lekarstwa, prawdopodobnie z zasobów Inspektoratu Zdrowia, między innymi małe rureczki z panflavinem, lekarstwem na kaszel i grypę, które w smaku przypominało kakao i od którego drętwiał język. Zauważyłem również małe, brązowe fiolki, których widok wydawał mi się znajomy. Był to vigantol – oleisty, neutralny w smaku preparat, który mama dawniej dostawała na receptę dla młodszego rodzeństwa. Pozbierałem wszystkie fiolki, a było ich kilkadziesiąt. Braliśmy to później do podsmażania ziemniaków. Wcześniej „smażyliśmy” je na kawie zbożowej własnej roboty – w ten sposób nabierały choć trochę koloru i nie przypalały się na patelni.

Tak minęły jakieś cztery miesiące. Sprzątanie miasta dobiegło końca, ale na ulicach nadal można było natknąć się na bezpańskie, ranne konie. Starcy je łapali i zarzynali. Wówczas przez jakiś czas dzień w dzień była konina. Oprócz tego Rosjanie często „łowili” ryby za pomocą granatów lub dynamitu. Łyna przepływała bezpośrednio obok naszego osiedla, więc kiedy tylko słyszeliśmy stamtąd wybuchy, biegliśmy nad wodę. Zawsze coś dla nas zostało, bo Rosjanie nie byli w stanie zebrać wszystkich ryb pływających do góry brzuchem.

Razem z kolegami próbowałem też zdobyć rower z zasobów rosyjskich. Rosjanie rekwirowali wszystkie rowery, które wpadły im w ręce, rozkładali na części i pakowali w drewniane skrzynie. My je siłą otwieraliśmy i z zawartości składaliśmy sobie własne metalowe rumaki. Tylko opon i dętek za nic w świecie nie można było zdobyć. Mimo to spróbowałem się takim rowerem przejechać – na samych felgach po głębokim piachu. Ale ledwo wsiadłem, a już leżałem na ziemi. Upadając, strasznie sobie rozwaliłem kolano i łokieć, w związku z czym dalsze kolarskie eksperymenty przełożyłem na później.

do góry…
wspomnienia…

Nowi gospodarze

Matka Helmuta Steinke z synami
Pani Steinke z Helmutem i Walterem. Latem 1945 r. musiała opuścić rodzinne strony na zawsze.

Kiedy już przyzwyczailiśmy się do takiego trybu życia, Rosjanie przekazali władzę w ręce Polaków. A ci latem 1945 roku wygnali nas za miasto. Była to bardzo męcząca dreptanina. Po jakichś 15 kilometrach dotarliśmy do większego majątku ziemskiego. Czekała tam na nas ciężka praca przy żniwach. Majątek znajdował się w dziurze o nazwie Krekole. Na szczęście na maleńkiej gospodarce mieszkała tam mamy koleżanka, razem z dwójką dzieci i mężem inwalidą, niezdatnym do służby w wojsku.

W środku nocy – Polacy niczego jeszcze nie zdążyli przygotować, nie było nawet straży – opuściliśmy majątek i uciekliśmy do mamy koleżanki. Nowe otoczenie należało oczywiście poddać dokładnej inspekcji, podczas której wylądowałem w stodole. Ale ledwie otworzyłem drzwi, a już byłem z powrotem na zewnątrz – ze strachu, rozumie się. Rosjanie powiesili tam jakiegoś Polaka i rozkładające się zwłoki bestialsko śmierdziały.

U koleżanki mamy jedzenia było pod dostatkiem. Wszystko trafiało na stół świeże, prosto z ogrodu lub pola. Oprócz tego bardzo często chadzaliśmy do lasu na grzyby, bo był akurat na nie sezon. Na miejscu był też spory staw, w którym można było złowić parę ryb. Jedynym zmartwieniem była choroba Waltera, który cierpiał na coś w rodzaju reumatyzmu i ledwie chodził. Próbowaliśmy kąpieli trzcinowych, które podobno pomagały w takich wypadkach, jednak bez rezultatu.

Mimo że pod względem materialnym żyło nam się tam dobrze, mama chciała koniecznie iść dalej do Pieniężna w nadziei, że zastanie tam krewnych. Przy pomocy gospodarza złożyliśmy dwa wózki ręczne. Mieliśmy już wózek dziecięcy, ale żeby pomieścić resztę dobytku potrzebne nam były jeszcze te dwa wózki. Nie było tego co prawda wiele, ale i nie na tyle mało, żeby unieść wszystko w rękach. Jesienią wyruszyliśmy w drogę. Pokonanie 52 kilometrów drogi do Pieniężna zajęło nam około dwóch tygodni. Po drodze czyhało na nas oczywiście niejedno niebezpieczeństwo. Podczas odpoczynku w przydrożnym rowie zostaliśmy na przykład napadnięci przez jakiegoś Polaka. Jedną ręką wyrwał nam małą walizkę, a drugą zerwał mi z głowy czapkę. Najgorzej było jednak z jedzeniem. Któregoś razu musieliśmy nawet skosztować żab. W moim wypadku na kosztowaniu się ostało i po dziś dzień brzydzę się takimi „przysmakami”.

Byliśmy z mamą na skraju sił. Oboje mieliśmy do ciągnięcia wózek ręczny, a oprócz tego na zmianę pchaliśmy wózek dziecięcy z Walterem, który z powodu reumatyzmu nie był w stanie nam pomóc. Także moje siostry przez większą część drogi siedziały obie na wózku. Na rękach pojawiły mi się pęcherze, a potem grube odciski. Nasze buty, i tak nie najlepsze, po drodze całkiem się rozleciały.

Po dotarciu na miejsce spotkało nas olbrzymie rozczarowanie, bo w gruncie rzeczy cała ta męczarnia była na darmo. Nie zastaliśmy tam ani babci, ani braci i sióstr mamy, za którymi tak bardzo tęskniła, nikt też nie był w stanie powiedzieć, gdzie się teraz znajdują. Zimę musieliśmy więc spędzić w Pieniężnie sami. Tylko mama taty i jego siostra Frosina z dwójką dzieci, Brunonem i Lisbeth, były na miejscu. Z Brunonem szwendałem się trochę po mieście, ale wszystko leżało w gruzach. W miejscowym kościele Rosjanie zdewastowali organy, z których wyciągnęliśmy parę piszczałek – tych mniejszych, bo nie starczało nam powietrza w płucach, żeby wydobyć jakikolwiek dźwięk z tych większych.

Kto mógł, próbował przygruchać sobie „swojego” Polaka, bo Polacy mieli przynajmniej co jeść. Postąpiła tak również młoda kobieta, u której mieszkaliśmy. W ten sposób i nam coś się od czasu do czasu dostało. Ogólnie rzecz biorąc, z jedzeniem było jednak kiepsko.

do góry…
wspomnienia…

Chłód, głód i ubóstwo

W marcu spędzono nas do szkoły na skraju miasta. Pewien starzec pod siedemdziesiątkę próbował sprzedać Polakom podrabiane masło, składające się w rzeczywistości z ubitych ziemniaków. Otoczyli go i zaczęli bić. Gdzie nie poleciał, dostawał pięścią w twarz. Chyba tego nie przyżył, bo gdy popędzono nas dalej do Braniewa, już go z nami nie było.

Podczas tego marszu szliśmy razem z babcią, kuzynką i dwoma kuzynami. Gdzieś w połowie marca zapakowano nas w wagony bydlęce. Jechaliśmy to w te, to we wte. Czasami pociąg stał całymi dniami w miejscu, bo nie było węgla do lokomotywy. Pamiętam, jak zimno było w wagonach. W podłodze, wyłożonej cieniutko sianem, były ogromne szpary. Kiedy podczas kolejnego postoju koczowaliśmy w zimnie na dworcu, polski sprzedawca papierosów i zapałek, chodzący tam i z powrotem po peronie, ukradł mi w mgnieniu oka ostatnią poduszkę. Wagony opuściliśmy ostatecznie dopiero w grudniu 1946 roku w mieście Parchim w Meklemburgii. Ciągły głód i pragnienie dobiegły końca.

Boże Narodzenie 1946 roku spędziliśmy w dużym dworku w Karow. Po raz pierwszy od dłuższego czasu mogliśmy trochę ochłonąć. Mieliśmy nareszcie czas na higienę osobistą. Zżerały nas wszy i pchły. Rozgniataliśmy te cholerstwa między paznokciami kciuków albo na drogich, marmurowych parapetach dworku. Pomieszczeń, w których można było oddawać się temu zajęciu, było bez liku, bo Rosjanie i tutaj wykonali „dobrą robotę” i pozostawili po sobie pokoje doszczętnie wyczyszczone z mebli.

Mężczyźni wykrawający mięso z martwego konia
Mężczyźni wykrawający mięso z martwego konia – powszechny widok na ulicach Niemiec w pierwszych miesiącach po przejściu frontu. Zdjęcie ze zbiorów Archiwum Federalnego (Nr. 183-R77871).

Ten ogromny dworek miał jednak pewną wielką wadę – po pustych pomieszczeniach każdy dźwięk niósł się tak, że niewielki nawet odgłos stawał się niemal hukiem. Pewien towarzysz niedoli, mężczyzna koło pięćdziesiątki z protezą u nogi, był tak wygłodzony, że bez przerwy zwlekał wszystko, co choćby trochę tylko przypominało jedzenie. Któregoś razu przytaszczył zdechłego konia, śmierdzącego z daleka. Jemu jednak fetor nie przeszkadzał. Mężczyzna ugotował mięso w dużej puszce po konserwie, bez soli i przypraw. Po zjedzeniu dostał takiej biegunki, że parę dni i nocy z rzędu biegał co chwilę za potrzebą. Pech chciał, że jego proteza wymagała akurat pilnie naoliwienia. Tylko skąd tu wziąć smar? Proteza skrzypiała tak, że nie mogliśmy spać po nocach. Ze względu na mróz Juliusz swe „miny” kładł wprost pod drzwiami wejściowymi, wystawiając z nich tylko tyłek. Było to zadziwiające, jak daleko był w stanie „strzelać”, co więcej – miny tworzyły miarowy półokrąg wokół drzwi. Mróz sprawił jednak, że zaporę tą można było pokonać o suchej stopie, nie patrząc stale pod nogi.

Przejadać się tam nie przejadaliśmy. Moja siostrzyczka po obudzeniu wołała od razu: „Mamusiu, chlebka!”. Przez większość czasu zajmowałem się od rana do wieczora żebraniem. Często chodziłem na piechotę 15 kilometrów do Plau, największej miejscowości w okolicy. Czasami miałem szczęście i trafiałem na Rosjan, którzy podwozili mnie wozem konnym. Lubili dzieci, to im trzeba przyznać. Czasami do Plau lub z powrotem można było dostać się pociągiem, bilet kosztował 50 fenigów – pociągi, o dziwo, już jeździły. Pamiętam, że w Plau poczęstowano mnie kiedyś gorącym obiadem. Były smażone ziemniaki z wędzonym lisem, to była prawdziwa uczta!

Czasami całymi dniami szwendałem się bez celu po okolicy w nadziei, że dostanę coś do jedzenia. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, jakie to było niebezpiecznie chodzić na przełaj przez zaśnieżone pola i zaspy, by znaleźć jakąś zagrodę. Po horyzont wszystko tonęło w bieli. Na tym odludziu mogłem się zgubić i zamarznąć, bo zupełnie nie znałem okolicy.

Szaber i drobne kradzieże były na porządku dziennym. Dozwolone było wszystko, co służyło przetrwaniu. W ten sposób zdarzyło mi się zrobić coś, co do dziś nie daje mi spokoju. Nie dowierzałem własnym oczom, kiedy na parapecie domku jednorodzinnego ujrzałem studzące się ciasto – co prawda za kratami, ale ciasto było podłużne i dało się stamtąd wyciągnąć. Jego prawowici właściciele z pewnością bardzo się cieszyli na myśl o tym smakołyku i jeszcze po tylu latach jest mi ich żal. Później, za czasów NRD, będąc dumnym posiadaczem samochodu osobowego, próbowałem tych ludzi odnaleźć, niestety bezskutecznie.

„Organizowanie”, jak my to nazywaliśmy, było wówczas sztuką samą w sobie. Nie każdemu, kto chciał, się udawało. Pamiętam zdarzenie, które to doskonale obrazuje. Chodząc po żebrach w grudniu 1946 roku, spróbowałem szczęścia w dużej kuchni, gdzie gotowano posiłki dla nas, uchodźców. Nie chcieli, czy też nie mieli mi co dać, ale ja nie dałem odprawić się z kwitkiem. Tym bardziej, że personel kuchenny w swej lekkomyślności pozostawił mnie samego na korytarzu, w którym poupychane były różne zapasy, między innymi najprzeróżniejsze konserwy. A że byłem głodny, nie zastanawiałem się nawet przez chwilę i zwinąłem, co tylko wpadło mi w rękę i dało się unieść – a głód dodaje człowiekowi sił. Z ukradzionych rzeczy mama ugotowała dla nas suty posiłek. Ponieważ poszło mi tak gładko, brat Walter z siostrą Lisą postanowili również spróbować szczęścia. Czekaliśmy na nich całą wieczność i w końcu wrócili, ale w towarzystwie policjantów. Biorąc pod uwagę, że policja w tamtych latach była jeszcze bardzo źle zorganizowana, można dojść jedynie do wniosku, że musieli się zabrać się do rzeczy wyjątkowo nieudolnie. Że nie uda mi się nic zwinąć, z tym i ja musiałem się liczyć. Ale że mnie złapią – przenigdy!

Szukając jedzenia, wystawiałem się również na dużo bardziej niebezpieczne sytuacje. W pobliżu majątku znajdował się ogromny kopiec z ziemniakami, rozgrzebany już przez innych ludzi nękanych głodem. Ze strachu każdy brał tylko tyle ziemniaków, ile mógł unieść, i w pośpiechu kopiec często pozostawał otwarty. Było to głupie, bo ziemniaki prawie wszystkie przemarzły. Skutek był taki, że Rosjanie ustawili tam w końcu wartownika. Mimo to chodziłem tam dalej, bo byłem głodny. Wartownik kilka razy mnie zauważył i bez skrupułów skorzystał z broni palnej, tak że kule świstały mi koło uszu. Nie wiem czy celowo nie trafiał, czy tylko miałem szczęście. Ziemniaki były tak zmarznięte, że miąższ wyglądał obrzydliwie – zrobił się niebieskawy, a nawet fioletowy, i tak samo jak wyglądały, tak samo obrzydliwe te ziemniaki smakowały. Innymi słowy, nie były tego nawet warte, żeby z ich powodu ryzykować życie. Z czasem opracowaliśmy metodę ich obróbki – kroiliśmy je na plasterki i prażyliśmy na długiej rurze od pieca. Były tak zmarznięte, że kiedy wyleciała z nich woda, prawie nie było co prażyć. Czasami wydaje mi się, że był to prototyp dzisiejszych czipsów ziemniaczanych.

Rosjanie zupełnie nie byli w stanie nas wyżywić. Robili za to coś, czemu nie tylko wówczas nie mogłem się nadziwić – szczepili młode kobiety, wykonując niewielkie nacięcie na klatce piersiowej. Pamiętam jeszcze, jak Lisa beczała, bo pierś była cała spuchnięta i do tego czerwona. Ludzie przymierali głodem, ale szczepionki były! A szczepionki nie są przecież tanie!

do góry…
wspomnienia…

Nowa ojczyzna

Okładka dowodu osobistego wydanego przez brytyjskie władze okupacyjne
Dowód osobisty wystawiony dla Helmuta przez brytyjskie władze okupacyjne.

Któregoś dnia podano do wiadomości, że osoby posiadające krewnych w brytyjskiej lub amerykańskiej strefie okupacyjnej, mogą wyjechać na zachód. Mama wpierw dopytała się, gdzie jest ta brytyjska i amerykańska strefa, i dowiedziała się, że Brema leży w brytyjskiej. A ponieważ nigdy nie porzuciła nadziei, że cała nasza rodzina ewakuowała się w kierunku Bremy, zgłosiła się do przesiedlenia. Dzieci jechały ciężarówką, a dorośli musieli iść na piechotę. Nie było to smutne pożegnanie – po tym wszystkim, co przeszliśmy na obczyźnie, mogło być już tylko lepiej.

W obozie przejściowym w miejscowości Friedland zakwaterowano nas w barakach z blachy falistej. Na powitanie było też ciepłe jedzenie. Jednak całą moją radość zniweczył fakt, że nigdzie nie mogłem znaleźć mamy. Szukałem i biegałem po całym obozie, ale mamy ani widu, ani słychu! Nawet administracja obozowa nie była w stanie mi pomóc, taki tam panował chaos. Ogarnął mnie paniczny strach. Szukałem jej już co najmniej pół dnia, kiedy nagle się pojawiła. Wystraszyła się tak samo jak ja i biegała za mną po całym obozie – pewnie się parę razy minęliśmy.

Jedzenie było w obozie tak dobre, że najchętniej zostalibyśmy tam dłużej, lecz po dwóch dniach zawieziono nas do Kalkkuhle. Sołtys wręczył nam kartki żywnościowe i trochę pieniędzy, mimo iż mamie udało się przez całą tę zawieruchę uratować nieco gotówki. U wiejskiego sklepikarza zrobiła pierwsze zakupy. Było wszystko, czego tylko serce zapragnie – rzeczy, o których nam się nawet nie śniło, które już prawie zdążyliśmy zapomnieć. To był raj na ziemi! Tego dnia, 7 lutego 1947 roku, nigdy nie zapomnę. Stał się dla mnie miarą na całe późniejsze życie, bo od tego dnia wiedziałem dokładnie, że już nigdy więcej nie chcę cierpieć głodu.

Kalkkuhle było niewielką dziurą, należącą do gminy Sirksfelde. Na wieś składało się gospodarstwo rolne średniej wielkości, do tego dwie chałupki dla starych gospodarzy na dochowku, zagrody dwóch małorolnych i warsztat samochodowy. Tu przyszło nam się zadomowić, co w takiej dziurze nie trwało zbyt długo. Mieszkaliśmy u Gottfrieda Wehla, jednego z dwóch wspomnianych chłopów małorolnych. Jego gospodarstwo starczało akurat, żeby wyżywić rodzinę – miał trzy krowy, dwa świniaki, trochę drobiu i parę mórg ziemi. Nasze mieszkanie składało się tylko z jednego pokoju, ale po wszystkich dotychczasowych przejściach czuliśmy się tam jak u Pana Boga za piecem.

Największy gospodarz ze wsi, Erhard Schumann, był prawdziwym unikatem. Pochodził z Bawarii, miał siłę jak koń i ręce jak klapy sedesowe. Jego jednostkę pod koniec wojny los rzucił do lasu w pobliżu Kalkkuhle, a on po prostu rzucił karabin w krzaki, zapukał do drzwi gospodarstwa i ożenił się z jego właścicielką, bo ta była wdową i potrzebowała chłopa na zagrodzie. Decyzję ułatwił jej fakt, że Erhard był z wykształcenia rolnikiem. Wiele się od niego nauczyliśmy – i roboty, i głupoty. Pokazał nam na przykład, jak się nadmuchuje żaby: „Zobacz, bierzesz słomkę, wkładasz żabie w dupę i dmiesz ile sił w płucach. Tylko uważaj, żeby ci żaba nie pękła, bo całe gówno będziesz miał na buzi”.

Miejscowi, to był szczególny typ człowieka. Choćbyś stanął na głowie, nie sposób im było dogodzić. Byliśmy dla nich zawsze obcymi i do tego uchodźcami. Jednak z czasem i z tym problemem jakoś się uporaliśmy.

do góry…
wspomnienia…

Swoi i obcy

W kwietniu 1947 roku upomniała się o mnie szkoła. Mimo iż w rodzinnych stronach nie zdążyłem ukończyć trzeciej klasy, na próbę rozpocząłem naukę w klasie czwartej. Po przezwyciężeniu początkowych problemów szło mi jak z płatka, widać wymagania w wiejskiej szkółce w Sirksfelde nie były zbyt wysokie. Wszystkie dzieci uczyły się w jednym pomieszczeniu, podzielone na maluchów i starszaków. Według kroniki szkolnej było nas 56 uczniów, 18 miejscowych i 38 wypędzonych, a zajmował się nami tylko jeden nauczyciel.

Kiedy zaczynałem naukę w 1947 roku, uczył nas pan Wulf. Kilka miesięcy później na jego miejsce przyszedł pan Eisenblätter, będący już na emeryturze. Od 1948 roku uczył nas Ernst Möller. Mimo iż był sam, nauczył nas dużo. Później miałem okazję przekonać się, że nauczyliśmy się u niego więcej, niż moje młodsze rodzeństwo po wyjeździe do dużego miasta Leverkusen. A wówczas nie było prawie w ogóle podręczników ani zeszytów! Pisaliśmy na marginesach gazet, tylko do kaligrafii były zeszyty z linijkami.

Nasz nauczyciel był zagorzałym lokalnym patriotą, dlatego było prawie oczywiste, że większości piosenek i wierszy musieliśmy uczyć się w miejscowym dolnoniemieckim dialekcie. Szybko się również przekonałem, że nie cierpiał uchodźców, a mnie w szczególności – miałem wszak dar skupiania wokół siebie innych uczniów, a to mu zupełnie nie pasowało. Od razu krzyczał: „Znów opowiadasz historyjki o rozbójnikach?” Przerwa tym samym się dla mnie kończyła, bo pan Möller za każdym razem kazał mi wracać do klasy. Wiedział, że zrobiliśmy sobie pistolety z drewna i na skraju wsi bawiliśmy się w strzelaninę, a ja robiłem tam za szeryfa. Nie mogłem w niczym mu dogodzić, tylko dlatego, że nie byłem miejscowy. Nie mógł mnie jednak całkiem usadzić, bo z wyjątkiem rachunków i geometrii nie byłem złym uczniem. Śpiew, przyroda, geografia i niemiecki były moimi ulubionymi przedmiotami. Dzieci gospodarzy, które podtykały belfrowi od czasu do czasu pęto kiełbasy albo tłustą szynkę, miały łatwiej i mogły sobie na wszystko pozwolić. Przy najmniejszej kłótni z takim miejscowym wieśniakiem przez resztę przerwy musiałem siedzieć w klasie. Raz któryś z tych chłopaków tak mnie kopnął na boisku, że niemal straciłem pół pięty, a miał na nogach buciory, w których dzień wcześniej chodził po gnojowisku. Mimo że to ja byłem stroną poszkodowaną, nauczyciel znów mnie wysłał do klasy, tylko dlatego, że walnąłem temu wieśniakowi porządnie w łeb. „Za byle co nikogo się nie bije”, powiedział pan Möller. Taki pacan robi z człowieka niemalże inwalidę, a ten mówi, że to byle co!

Helmut Steinke w młodych latach
W nowym miejscu zamieszkania Helmut Steinke nie raz odczuł na własnej skórze niechęć miejscowych wobec uchodźców z Prus Wschodnich.

Zupełnie inaczej byłem jednak traktowany, kiedy zbliżał się szkolny festyn sportowy, bo w biegach, skoku w dal i skoku o tyczce byłem prawdziwym asem. Wtedy to było ciągle „Helmucik, Helmucik”. Na festynie w Lüchow latem 1950 roku nieumyślnie popsułem Möllerowi wyniki, i to akurat wtedy, kiedy byłem w lekkiej atletyce tak dobry jak nigdy wcześniej. Pierwszą dyscypliną był skok w dal, a że nie miałem obuwia sportowego, skakałem boso. Jeszcze podczas skoków próbnych rozciąłem sobie prawą stopę o ostry kawałek krzemienia, który leżał w piasku. Rana była głęboka i festyn tym samym dobiegł dla mnie końca. Z wszystkich poprzednich zawodów przywoziłem dyplomy i medale – tym razem miałem wypaść szczególnie dobrze, bo był to mój ostatni rok w szkole.

Kiedy dla zabicia czasu, kulejąc, szwendałem się po stadionie, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Przechodząc obok jury, usłyszałem nazwisko, które nie było mi zupełnie obce: Sophie Gehrmann. Zacząłem grzebać w pamięci i w końcu byłem pewien, że znałem z Lidzbarka Warmińskiego dziewczynę o tym nazwisku. Tylko czy to w ogóle możliwe, że była to ona? Wydawało się to bardzo nieprawdopodobne. Jednak parę minut później zobaczyłem ją na własne oczy i rozpoznałem jej charakterystyczne rysy twarzy. To musiała być ta dziewczyna z Prus Wschodnich. I rzeczywiście! Ona też mnie poznała. Mieszkała zaraz obok stadionu, oddaliłem się więc na chwilę i złożyłem wizytę jej matce. Musieliśmy uważać, żeby pan Möller się o niczym nie dowiedział, bo byłaby afera na całego.

Na zjeździe klasy 47 lat po ukończeniu szkoły stwierdziłem, tak nawiasem, że ci tak bardzo nielubiani uchodźcy wszyscy bez wyjątku osiągnęli w życiu więcej niż miejscowi.

do góry…
wspomnienia…

Ziemniaki, owsianka i brukiew

Do szkoły w Sirksfelde mieliśmy trzy kilometry drogi. Zimą były takie zaspy, że drewniak w mig potrafił w takiej zaspie zniknąć. Ta długa droga miała jednak również dobre strony. Mniej więcej dwie trzecie drogi prowadziły przez pola i łąki. Na polach rosły świeże witaminy w postaci brukwi. Jesienią wykopywaliśmy ją prosto z pola, a zimą wyciągaliśmy z kopców. Nie potrzeba było nawet noża, bo ogrodzenia na polach były sklecone z tanich sztachet o ostrych krawędziach, które były lepsze niż każdy nóż. Brukiew brało się w obydwie ręce i waliło nią o sztachetę. Mieliśmy taką wprawę, że bez trudu kroiliśmy ją w ten sposób na czyściutkie plasterki, które od razu można było schrupać. Faktycznie, jeśli chodzi o brukiew, naprawdę znaliśmy się na rzeczy – również w zakresie smaku. Biała brukiew była ostrzejsza i miała delikatniejszy miąższ, a żółta była słodsza i nieco twardsza. Jeden gatunek miał zieloną skórkę, a drugi niebieskofioletową. Przez cztery lata szkoły człowiek miał czas, żeby odkryć wszystkie te finezyjne różnice.

Czasu wolnego mieliśmy mało. Musieliśmy chodzić pracować u gospodarzy, żeby mama mogła wykarmić rodzinę – sadziliśmy ziemniaki, zbieraliśmy stonkę, której wówczas były całe chmary, i pomagaliśmy przy wykopkach. Pasaliśmy krowy, rąbaliśmy drewno itd. itp. Jako jeden z dwojga dzieci z naszej wsi dostawałem w szkole darmowe posiłki. Po dokładnym badaniu lekarz szkolny stwierdził u mnie niedobór żelaza, niedożywienie i jeszcze kilka innych rzeczy i zakwalifikował mnie do dożywiania. Składało się ono głównie z dań na słodko, na przykład owsianki albo kleiku z owocami (głównie kawałkami ananasa i rodzynkami). Czasami była też zupa czekoladowa, którą lubiliśmy oczywiście najbardziej. Składniki pochodziły z Ameryki, a posiłki gotowały na zmianę dwie mamy.

Wiosną na leśnej łące zbieraliśmy pierwiosnki, wiązaliśmy wiązanki i zabieraliśmy się z nimi wozem mleczarskim do Hamburga. Ponieważ przejazd nic nas nie kosztował, na ich sprzedaży można było zarobić parę groszy. Kwiatki schodziły jak ciepłe bułki, mimo że ulice świeciły pustkami, a miasto wyglądało jak jedno wielkie gruzowisko. Jednak spośród nielicznych przechodniów prawie każdy kupował nasze kwiatki. Tym ludziom brakowało w gruzowiskach po prostu natury. Z pewnością niejeden odejmował sobie od ust, żeby kupić kwiaty, które wnosiły trochę barw w ich szare życie.

Oprócz tego podkradaliśmy na polach buraki cukrowe, a po wykopkach zbieraliśmy ziemniaki, które przeoczył właściciel. Zbieranie jak zbieranie, dało się przeżyć, ale zanieść te ziemniaki do domu, to był nie lada wyczyn. Na miejscu zawsze był ktoś, kto pomógł człowiekowi założyć worek na plecy, ale te dwa kilometry do domu, to była droga przez mękę. Odstawienie worka na chwilę nie wchodziło w rachubę, bo już bym go sam nie dźwignął na plecy – szło się więc dalej do upadłego. 30 do 40 kilo wchodziło w taki worek jak nic. Z buraków cukrowych gotowaliśmy syrop, a z ziemniaków można było zrobić mąkę ziemniaczaną, którą latem, po zebraniu bzu, braliśmy do zagęszczania pysznej zupy owocowej. Późnym latem od Fritza Behrendsa, pasierba Erharda Schumanna, można było wyżebrać jabłko: „Fritz, rzuć jabłkiem!”. Jak miał humor, to rzucał.

Jedliśmy wszystko, co zapełniało żołądek, nie mogliśmy być wybredni. Pomyśleliśmy, że aby urozmaicić jadłospis, moglibyśmy trzymać ze trzy, cztery króliki. Króliki są jednak, jak wiadomo, bardzo płodne, więc nie ostało się na trójce czy czwórce. W krótkim czasie mieliśmy już 27 sztuk i gdyby nasza królica nie zaczęła zagryzać potomstwa, byłoby ich pewnie jeszcze więcej. Mieliśmy też bardzo robotnego samca, który cieszył się wzięciem u innych hodowców. Dzięki temu można było od czasu do czasu stawiać warunki, na przykład „z tego miotu dasz mi dwie sztuki”. Ubój nie był dla mnie problemem. Właściciel naszego domu, Gottfried Wehl, pokazał mi raz, jak to się robi – i wystarczyło. Było to bardzo proste: pałką w łeb, nożem po gardle i już można było ściągać skórę.

do góry…
wspomnienia…

Piłka nożna

Razem ze starszym bratem wstąpiłem do klubu piłkarskiego Linauer SV. Odnosiliśmy sporo sukcesów. Jednego meczu nie zapomnę nigdy. Było to zimą 1948 roku w Berkenthin. Gottfried Wehl zawiózł nam tam swoją ciężarówką. Jechałem tam w zasadzie tylko w roli kibica, ale na miejscu sytuacja błyskawicznie uległa zmianie. Kiedy jeden z zawodników odniósł kontuzję, trener zaczął rozglądać się w koło i jego wzrok padł na mnie. Miałem zastąpić kolegę, ale jak? Nie miałem ani butów, ani koszulki, nie miałem niczego. Czasy wówczas były jeszcze ciężkie. Zagrałem w normalnych ciuchach, które miałem na sobie: bryczesach i gumiakach za dużych o co najmniej dwa numery. Kadra oglądała mecz i była zachwycona – nie moim wyglądem, ale moją grą. Po meczu dostałem w prezencie parę piłkarskich butów, ale i one były za duże, bo nosił je przedtem dorosły mężczyzna, który grał w pierwszoligowym klubie VfB Lübeck.

Graliśmy też w Sirksfelde. Rozgrywaliśmy nawet mecze towarzyskie z sąsiednimi wsiami, mimo iż nie udało nam się oficjalnie założyć klubu piłkarskiego – chociaż mieliśmy nawet łąkę pod boisko, udostępnioną przez miejscowego rolnika, i nawet bramki już stały. Mieliśmy też coś w rodzaju trenera. Nazywał się Hans Meyer i był garbaty. Jego największym atutem było to, że posiadał skórzaną piłkę – takie staroświeckie, sznurowane monstrum, jakie już dawno wyszły z użytku. Wtedy takie piłki były jednak rzadkością, miały je tylko prawdziwe drużyny piłkarskie. W szkole graliśmy małymi piłkami gumowymi albo piłkami wypchanymi szmatami, które szyłem ze starych plandek. Czasami taka piłka rozlatywała się już po pierwszej grze, szwy były porozrywane, a ze środka wyłaziły szmaty. Nie była to kwestia nici, bo nici były woskowane i smołowane tak samo jak u szewca. Kiedy graliśmy w deszcz, piłki te robiły się tak ciężkie, że prawie trudno było je ruszyć z miejsca, a jak już się udało kopnąć taką piłką o ścianę (bo za bramkę służyła nam ściana z obwódką namalowaną gaszonym wapnem), to strasznie dudniło, a woda pryskała na wszystkie strony.

Doskonale pamiętam też pierwszy po wojnie międzynarodowy mecz piłki nożnej. Niemcy wywalczyły ze Szwajcarią zwycięstwo 1:0 – dzięki rzutowi karnemu Herberta Burdenskiego. Relacji radiowej z tego meczu słuchałem z Walterem u państwa Wehlów, od których wynajmowaliśmy nasz pokój. Robiliśmy to w zasadzie bardzo niechętnie, bo żeńska część tej rodziny była bardzo niegościnna, ale akurat dla tego meczu warto było posłuchać ich zrzędzenia. Najgorsza była córka, miała na imię Emmi. Z zawodu była pielęgniarką dziecięcą i pracowała przez jakiś czas w Hamburgu, ale później z przyczyn zdrowotnych siedziała w domu i zajmowała się – naprawdę wspaniale – drobiem. Jednak największa nawet czujność Emmi nie była w stanie zapobiec zniknięciu dwóch kaczek któregoś pięknego dnia. Kiedy się spostrzegła, długo ich jeszcze szukała. Było już ciemno, gdy poczuła wspaniały zapach dochodzący z chatki, która również należała do zagrody. Mieszkali tam Meyerowie. Emi ostrożnie zbliżyła się do chatki, zajrzała przez okno do jasno oświetlonego wnętrza i zobaczyła rodzinę przy świątecznie zastawionym stole. Emmi wychodziła z siebie ze złości, ale na policję nie doniosła, bo wdowa żołnierza z czwórką małych dzieci naprawdę nie miała lekko. Jej dwóch starszych synów musiało jednak za karę pomagać w polu.

Później Emmi przez jakiś czas znów pracowała w Hamburgu, ale w fabryce cukierków. Trzeba więc było uważać, co się robi i mówi, bo miała szczególnie wartościową walutę: talarki miętowe. W zamian za różne drobne przysługi można było dostać jeden albo i dwa takie łakocie. Emmi przywoziła je ze sobą, kiedy wracała do domu na weekend.

do góry…
wspomnienia…

Rodzina w komplecie

Dowód osobisty wystawiony przez brytyjskie władze okupacyjne
Razem z ojcem Helmut Steinke przeniósł się za chlebem do Leverkusen w Nadrenii. Pieczątka z 1951 r. potwierdza przeprowadzkę w dowodzie osobistym.

Latem 1948 r. tata wrócił z niewoli rosyjskiej – znalazł nas za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Był bardzo osłabiony, całkowicie wychudzony i miał sztywną nogę – ale wrócił i znów byliśmy w komplecie. Kiedy trochę odzyskał siły, okazało się, że nie ma dla niego praktycznie żadnej pracy. Rodzina musiała jednak jeść, więc ojciec wykłócił się u wójta o kawałek działki pod uprawy. Rolnik, którego ta strata dotknęła, był bardzo zły i dał nam wąski trójkąt leżący odłogiem, bo nie dało się tam dotrzeć pługiem. Tam narodziła się moja głęboka niechęć do wszelkich prac ogrodniczych. Takiego zielska w życiu wcześniej nie widziałem! Perz miał ponad metr wysokości! Mimo wszystko, coś tam zawsze w tej dziczy urosło i przynajmniej wiosną i latem mieliśmy warzywa: rzodkiewki i delikatną, ale bardzo ostrą rzodkiew, która doskonale smakowała. Chleb z margaryną, na to rzodkiew w plasterkach i sól – w tamtych latach to był nie lada przysmak.

By podreperować finanse, tata zbierał w lesie maliny na sprzedaż. Rolnikowi z okolicy naprawił też starego forda, który miał na karku jakieś 20-25 lat. Raz na tydzień naszą dziurę nawiedzał sprzedawca ryb, początkowo wozem konnym, a później jeepem z przyczepą. Tego jeepa tata co rusz musiał wskrzeszać do nowego życia – w zamian dostawaliśmy solone śledzie. Na jakiś czas tata dostał pracę jako ślusarz u drobnego przedsiębiorcy. Jednak droga do pracy była bardzo męcząca, 15 kilometrów w jedną stronę. Na początek tata przerobił sobie rower tak, że mógł nim jeździć mimo sztywnej prawej nogi. Później miał skuter.

13 grudnia 1949 r. urodził się mój brat Günther. To wydarzenie jeszcze bardziej zmotywowało tatę do szukania pracy. Latem 1950 r. się udało. Za pośrednictwem Urzędu Pracy w Bad Oldesloe znalazł w Nadrenii posadę z zapewnionym zakwaterowaniem. W ten sposób trafił do firmy Wuppermann w Leverkusen. Jego życie znów nabrało sensu, bo mógł wyżywić rodzinę o własnych siłach.

To wszystko nie pozostało bez skutków dla mnie, bo było z góry przesądzone, że po ukończeniu szkoły przeprowadzę się do Leverkusen i zacznę naukę zawodu ślusarza. Właściwie chciałem iść na szewca albo siodlarza. Jak już wspomniałem, z zapałem szyłem piłki z plandek, a ze starych mundurów torby i kapcie. Moje drewniaki też przerobiłem tak, że wyglądały prawie jak sandały. Dorobiłem do nich rzemyki, tak że można było w nich grać nawet w piłkę bez konieczności szukania buta w trawie po każdym kopniaku. Tata był jednak zdania, że te zawody nie mają przyszłości.

W ten sposób trafiłem do Leverkusen, gdzie spędziłem całe moje zawodowe życie. Kiedy dostaliśmy nowo wybudowane mieszkanie, ściągnęła do nas mama z resztą rodziny. Po ukończeniu nauki zawodu w październiku 1954 r. poznałem moją żonę. Miała na imię Jadwiga i pochodziła z Meklemburgii. Przyjechała akurat w odwiedziny do brata Józefa, który mieszkał w tym samym domu co my. Po prawie trzech latach pieszczot zaszły fakty wymagające podjęcia natychmiastowych działań. A że byliśmy już zaręczeni, przyspieszyliśmy po prostu termin ślubu, który odbył się 30 listopada 1957 roku. 11 maja 1958 r. urodziła nam się córka. Nim na początku 1959 roku dostaliśmy własne mieszkanie, mieszkaliśmy w pokoju u moich rodziców. 20 października 1967 urodził się nam syn.

Przez prawie 19 lat pracowałem jako ślusarz, a żona dorabiała w restauracji. W tym czasie dojrzała jej decyzja, aby samemu otworzyć podobny interes. Latami mnie urabiała i w końcu się zgodziłem. 30 czerwca 1973 roku było otwarcie. Przy restauracji prowadziliśmy hotelik na dwanaście łóżek. Z czasem stałem się całkiem niezłym kucharzem. Często gotowałem na zamówienie dla zorganizowanych grup. Niektórym stałym bywalcom po dziś dzień ślinka cieknie, kiedy wspominają moje kotlety – mówią mi to przy każdej okazji. Była to niezła praca, ale po 13 latach stwierdziłem, że chcę spróbować jeszcze czegoś innego. I kiedy to pragnienie było bardzo silne, wszystko ułożyło się w okamgnieniu. Otrzymałem propozycję podjęcia pracy jako woźny w szkole im. Pestalozziego. Ponieważ wszystko poszło bardzo szybko, żona jeszcze prawie cały rok musiała sama prowadzić interes. Potem została moją zastępczynią.

do góry…
wspomnienia…

Powrót do dzieciństwa

Zamek biskupów warmińskich w Lidzbarku Warmińskim
Musiało minąć pół wieku, zanim Helmutowi Steinke dane było ponownie ujrzeć wizytówkę rodzinnego miasta – zamek biskupów warmińskich w Lidzbarku.

50 lat po przymusowym opuszczeniu rodzinnych stron udało mi się spełnić marzenie, aby odwiedzić ponownie miejsca mojego życia, docierając na końcu w ojczyste strony. Przejechaliśmy przez Odrę, Wisłę, a gdy dotarliśmy nad Łynę, byliśmy na miejscu. Lidzbark Warmiński, kochany, stary Lidzbark! To było naprawdę szczególne uczucie, wrócić tam po tylu latach. Jeszcze tego samego dnia poszliśmy na miasto, mimo że było już ciemno. Odwiedziliśmy między innymi kościół, w którym przystąpiłem do pierwszej komunii świętej. Trafiliśmy akurat na nabożeństwo wieczorne. Dobrze, że było już ciemno, bo inaczej jeszcze bardziej bym się rozkleił – ale nie ze wzruszenia, tylko z rozczarowania, bo na drugi dzień mogłem zobaczyć całą tę tragedię. Co ci Polacy zrobili z moich rodzinnych stron! Kościół, poczta, dworzec, kino, szpital, zamek i brama miejska stały jeszcze na swoim miejscu, ale znajdowały się w opłakanym stanie. Reszta miasta była nie do poznania. Moja dawna szkoła też się ostała, ale zniknęły wszystkie cmentarze i rynek, na którym dawniej stał wspaniały pomnik z jeźdźcem na koniu. Fasady domów na wspomnianym już osiedlu, na którym chłopcy z Hitlerjugend w ostatnich dniach wojny próbowali powstrzymać Rosjan za pomocą armaty przeciwpancernej, oraz rosnące tam stare dęby, lipy i kasztanowce nosiły nadal ślady walk. Przez 50 lat nie naprawiono zupełnie niczego!

W Krekolach też się wszystko rozlatywało. Stodoła, w której kiedyś skleciliśmy nasze wózki, stała jeszcze na swoim miejscu, ale nawet największemu wrogowi nie pozwoliłbym wejść do środka. Tylko kościoły były wszędzie zadbane i przyroda też była ta sama, przepiękna tak jak dawniej. O dziwo, również pola były obsiane i zadbane.

Chcieliśmy nagrać film wideo, ale nie było czego filmować. Zabrałem kasety na cztery i pół godziny, a zużyłem zaledwie 40 minut. W końcu nadszedł moment, kiedy miałem wszystkiego dość i chciałem jak najszybciej wracać do domu – za bardzo się rozczarowałem, nigdy wcześniej w życiu nie byłem tak bardzo rozczarowany. Myślałem sobie: „Trudno, chciałeś jeszcze raz zobaczyć rodzinne strony, to zobaczyłeś. Jeszcze nie znikły z powierzchni ziemi, ale w jakim stanie się znajdują!” Chciałem zobaczyć rodzinną ziemię, a trafiłem w zupełnie obce strony.

Właściwie przyrzekłem sobie po tej pierwszej wizycie, że już nigdy nie wrócę do Prus Wschodnich. Jednak kiedy w roku 2001 przeszedłem na emeryturę, mój syn Bernard stwierdził, że chciałby się rozejrzeć po okolicy. Ja też byłem, szczerze mówiąc, ciekaw zmian, bo od tamtej pierwszej podróży minęło już dziesięć lat. Najbardziej bałem się, że wrócą te straszne wspomnienia. Były dni, że bardzo mnie one dręczyły. Co noc śniły mi się koszmarne sceny i wracał tamten strach. Później to osłabło, ale tak do końca się tego nie pozbyłem do dziś.

Tym razem polecieliśmy samolotem do Gdańska, a stamtąd w dalszą drogę wyruszyliśmy wynajętym samochodem. Okazało się, że Bernard wyszukał dla nas ten sam hotel, w którym razem z żoną mieszkałem dziesięć lat wcześniej. Bernard poszedł zapytać, czy są wolne pokoje. Pokoje mieli, a Bernard z entuzjazmem opowiadał o właścicielu hotelu i jego atmosferze – co wywołało we mnie zdziwienie, bo podczas naszej pierwszej wizyty miałem wrażenie, że to jest taka lepsza budka z piwem.

Po wyjściu na miasto okazało się, że przez te dziesięć lat wiele się zmieniło – ale niekoniecznie na lepsze. Podczas naszego pierwszego pobytu w Lidzbarku kino, w czasie wojny bardzo charakterystyczny punkt w mieście, było jeszcze czynne. Teraz stało puste i znajdowało się w opłakanym stanie. Część poczty zamieniła przeznaczenie, dworzec kolejowy był nieczynny. Tylko toaleta dworcowa pracowała normalnie – było ją czuć na długo, zanim ją ujrzałem. W pobliżu mostu Kopernika, gdzie swego czasu wykopano zbiorowy grób, postawiono pomnik. Wszystko było jakieś dziwne. To oczywiste, że miasto w ciągu kilku dziesięcioleci się zmienia – ale nie w ten sposób! Dworzec zabity dechami, nieczynne kino, cmentarze zrównane z ziemią i park zamiast centralnego placu.

Następnego dnia pojechaliśmy do Krekoli. Tam też wszystko się pozmieniało. Nie było już domu, w którym mieszkaliśmy z mamy koleżanką, ani rozpadającej się stodoły. Z Krekoli pojechaliśmy dalej do Pieniężna, w którym się urodziłem. Tam było jeszcze więcej zmian, ale na gorsze. Plac budowy na rynku, który dziesięć lat wcześniej zidentyfikowaliśmy jako nowo powstający kościół, okazał się być rekonstrukcją starego ratusza. Budowla od ostatniego razu co prawda urosła, ale gotowa bynajmniej jeszcze nie była. Trudno w to uwierzyć: dziesięć lat budowy, a końca ani widu, ani słychu. Chaos panujący w Pieniężnie jest jednak zrozumiały, bo 90 procent miasta uległo pod koniec wojny zniszczeniu, a obcy ludzie, którzy osiedli tam po wojnie, nie mieli pojęcia, jak miasto wyglądało przed wojną – bo i skąd mieliby to wiedzieć? No i stale brakowało pieniędzy. Gdyby w mieście nie było kościoła, można by zupełnie stracić orientację. Moi rodzice pewnie by się rozpłakali, gdyby to ujrzeli. Był to frustrujący widok.

Mimo to, gdyby tylko było mnie na to stać, chętnie spędziłbym tam ostatnie lata życia, aby w końcu spocząć w ojczystej ziemi. Bo jest to piękna ziemia! To nie żadna ckliwość, tam jest po prostu pięknie. Jak pomyśleć, że dziesięć lat wcześniej byłem tak rozczarowany, że nigdy więcej nie chciałem tam wrócić, to naprawdę trudno się nie dziwić. Mimo dewastacji, jakiej dokonali nowi gospodarze Prus Wschodnich, miłość do rodzinnych stron nie znikła. Bo to naprawdę niezwykły kraj.

do góry…
wspomnienia…
Copyright © by Cezary Bazydło, 2009
Wszelkie prawa zastrzeżone