Prusy Wschodnie - Block

Rodzina z wschodniopruskiej wsi

„Nie potępiam Polaków”

Josef Block

Życie na wsi jest proste i niewyszukane – i zawsze jest coś do roboty, świątek, piątek czy niedziela. Nikt za to nie musi się martwić, co jutro włoży do garnka. Kartki żywnościowe i puste półki to problemy „mieszczuchów”. W Smolajnach mało co przypomina o tym, że toczy się właśnie największa wojna stulecia. Pozory jednak mylą, już niebawem wojenna pożoga dotrze do granic kraju, z którego wyszła. Armia Czerwona zajmuje Prusy Wschodnie popełniając liczne zbrodnie na ludności cywilnej. Ziarno nienawiści zasiane przez niemieckiego okupanta w Związku Radzieckim wydaje obfity plon. Wielu Warmiaków trafia podobnie jak ojciec naszego bohatera na Sybir. Kobiety są gwałcone na oczach własnych dzieci. Najmłodsze dziecko rodziny, niemowlę, umiera z głodu, bo Rosjanie zabili kozę dającą mu mleko. Pozostali członkowie rodziny walczą o przetrwanie – Josef z dużym sprytem „organizuje“ żywność z zasobów Armi Czerwonej, a z braku konia sam zaprzęga się do pługa, gdy trzeba posadzić ziemniaki. Powoli do Smolajn napływają polscy pionierzy. Nowi i starzy mieszkańcy wsi nie darzą się sympatią, stale dochodzi do konfliktów i tylko z rzadka zdarzają się przyjaźnie. Wiosną 1947 roku Blockowie opuszczają Prusy Wschodnie. Jako przesiedleńcy trafiają do radzieckiej strefy okupacyjnej Niemiec, późniejszej NRD. Hasło pokoju między narodami, jakim szermują tamtejsze władze, podoba się naszemu bohaterowi, który przez wojnę doznał tyle zła – Josef Block wstępuje do młodzieżówki socjalistycznej FDJ. Z czasem dostrzega jednak zakłamanie wschodnioniemieckich pomazańców Moskwy i ucieka na Zachód.


Życie na wsi

Plan wsi Smolajny (gospodarstwo rodziny Block zaznaczone na czerwono)
Niemiecki plan wsi Smolajny – gospodarstwo rodziny Block zaznaczono na czerwono.

Urodziłem się 19. marca 1933 roku. Moi rodzice byli rolnikami, miałem dwanaścioro rodzeństwa. Nasze życie toczyło sie normalnie – jak to na wsi. Każdy miał swoją pracę, którą trzeba było wykonać. Nasza rodzina składała się z piętnastu osób: ojca, matki, matki ojca, jego siostry Marty i jedenaściorga dzieci (Maria i Bruno zmarli w wieku niemowlęcym). Imiona tych dzieci to według wieku: Franz, Josef, Paul, Gretel, Hubert, Theresia, Alois, Anna, Luzia, Leo i Monika. Nasze gospodarstwo liczyło 60 mórg ziemi [15 hektarów, red.]. Oprócz tego tata transportował drewno z lasu do tartaku w Dobrym Mieście. Wieś Smolajny liczyła jakieś 700 dusz, jak to się wtedy mówiło, i prawie wszyscy byli wyznania katolickiego. Tylko jedna rodzina była ewangelicka. W naszej niewielkiej wsi była też szkoła, do której i ja chodziłem. Mała szkółka z dwiema salami, w których uczyły się po cztery roczniki na raz – klasy 1-4 przed południem, klasy 5-8 po południu.

Ludzie byli u nas szczęśliwi, mimo że nie posiadali szczególnych bogactw. Po prostu niczego innego nie znali. Zresztą w tamtych czasach rzadko kiedy opuszczało się rodzinną wieś, co najwyżej żeby odwiedzić krewnych. Te podróże były najczęściej bardzo krótkie, bo większość rodziny mieszkała w pobliskich miejscowościach: Kochanówce, Miłogórzu, Lidzbarku Warmińskim, Praslitach, Zagonach, Dobrym Mieście, Wilczkowie. Tylko jedna kuzynka ojca mieszkała w Berlinie i przyjeżdżała co roku z rodziną na wakacje. W ten sposób ci „miastowi” mogli poznać życie na wsi – przy czym my wiejskie dzieci nieraz mogliśmy się z nich pośmiać. Raz na przykład wyjaśniliśmy im, że ze zboża rosnącego na naszych polach piecze się chleb – byli bardzo zdziwieni: „Nie, u nas chleb jest z piekarni!”.

My, starsze dzieci, jeździliśmy czasem do cioci Hani na wakacje do Zagonów. Całe 15 km drogi pokonywaliśmy oczywiście pieszo, ale nie przeszkadzało nam to zupełnie. Cieszyliśmy się na myśl o suto zastawionym stole u cioci, z wieloma ciastami. W jej gospodarstwie pracował w tamtym czasie Francuz, którego nazywaliśmy Maxl – w rzeczywistości nazywał się chyba Marcell. Był zawsze wesoły i dużo się z nami bawił. Zaraz na początku woy dostał się w niewolę i pracował od tamtej pory u cioci. Miał tam bardzo dobrze, mógł się swobodnie poruszać i, jeśli nie było akurat jakiejś kontroli, jadł razem z rodziną przy wspólnym stole, co było surowo zabronione.

Polityka nazistowska nie odgrywała w naszej wsi zbyt dużej roli. Nasz nauczyciel był w NSDAP i pokazywał się od czasu do czasu w mundurze partyjnym. Wymagał od nas pozdrowienia „Heil Hitler” zamiast „dzień dobry”; i obowiązywało to nawet wtedy, gdy spotykaliśmy go poza szkołą na ulicy. Przypuszczam ponadto, że również nasz sołtys i tzw. „Ortsbauernführer” – miejscowy naczelnik rolniczy – też byli w partii; ale nie obnosili się z tym brunatnym blichtrem. Obaj byli zwykłymi, szanowanymi rolnikami i chodzili do kościoła. Kiedy podczas nocy kryształowej niszczono żydowskie synagogi, mój ojciec powiedział: „Wzięli się teraz za Pana Boga, nie przejdzie im to na sucho, to ich koniec!”. Nie byliśmy w Hitlerjugend, z pewnością jednak byłą tam starsza młodzież ze wsi.

do góry...
wspomnienia...

Jedzenie – proste i kaloryczne

Stoły uginały się szczególnie przy różnych uroczystościach jak chrzciny, pierwsza komunia czy bierzmowanie. Było to proste, niewykwintne i tłuste jedzenie – obecnie raczej unikane. Ale w tamtych czasach ludzie musieli cieżko pracować fizycznie, tak że organizm mógł cały ten tłuszcz przetworzyć – spalić, jak to się obecnie mówi. Z powodu złego odżywiania nikt więc nie chorował. Zresztą nie mieliśmy we wsi lekarza. Poza tym za poradę trzeba by było zapłacić w gotówce, bo większość rolników nie była ubezpieczona w kasie chorych – a pieniędzy nigdy nie było za wiele. Stosowano zamiast tego medycynę naturalną. Kobiety i matki znały różne sposoby przekazywane z pokolenia na pokolenie. Pamiętam jak dziś – któregoś razu wszyscy mieliśmy ostre przeziębienie, kaszel i katar. Mama zagotowała garnek wody, a w nim wiązkę owsa. Wywar osłodziła brązowym kandyzowanym cukrem, a my piliśmy to jak herbatę. I pomogło!

W zwykłe dni robocze na śniadanie jedliśmy chleb pieczony z zakwasu i mąki żytniej – pszenną mąkę brało się tylko do ciast. Do tego chleba było masło, kiełbasa, ser, dżem własnej roboty, miód (mieliśmy kilka uli) i mleko. Początkowo sami robiliśmy masło, ale podczas wojny musieliśmy mleko zdawać. Dostawaliśmy jednak z powrotem tyle masła i odtłuszczonego mleka, że całkowicie nam to starczało. Na obiad zawsze były ziemniaki i gotowane albo pieczone mięso, najczęściej wieprzowe. Do tego sosy, zupy i warzywa. Sami biliśmy zwierzęta. Podczas wojny był na to pewien limit, dla naszej piętnastoosobowej rodziny były to cztery tuczniki na rok. Wagi zwierzęcia nie kontrolowano, więc tuczono je jak tylko się dało, do wagi 250-300 kg. Od czasu do czasu, muszę przyznać zgodnie z prawdą, zdarzał sie oprócz tego ubój „na lewo”. Przy oficjalnym spisie bydła prawie wszyscy rolnicy zatajali prawdziwy stan pogłowia. Bo każdy miał krewnych z miasta, którzy też się cieszyli z dodatkowego „przydziału”.

Na kolację była najczęściej zupa mleczna z zacierkami, płatkami owsianymi albo z makaronem. Prawdziwym przysmakiem były dla nas dzieci ziemniaki pozostałe z obiadu. Mama podsmażała je wieczorem i podawała do zupy mlecznej. W niedzielę jedzenie było prawie identyczne. Zamiast wieprzowiny była czasem dla urozmaicenia pieczona gęś. Nie zawsze było ciasto, a jeśli już, to najczęściej zwykła strucla. Za to w święta i inne uroczystości piekło się dużo ciast i tortów. Nasza kuchnia zamieniała się wtedy w prawdziwą cukiernię.

W związku z jedzeniem przypomina mi się jedno sympatyczne zdarzenie. Mieliśmy nauki przed pierwszą komunią świętą. Prowadził je ksiądz z Dobrego Miasta w świetlicy naszej wiejskiej gospody. Na zakończenie ksiądz z grzeczności pyta kilkoro dzieci, co mają dziś na obiad. Padło kilka nazw potraw. Ja powiedziałem, że mamy czerninę. Ksiądz powtórzył przeciągając „Czerniiiinęęę! Moja ulubiona potrawa! Chyba do was wpadnę”. W progu naszego domu ksiądz powiedział do mamy: „Przepraszam za najście, pani Block, ale wasz chłopiec powiedział, że robi pani dziś czerninę, i nie mogłem się oprzeć pokusie.” Mama ucieszyła się z tych niezapowiedzianych odwiedzin. Chciała nakryć do stołu w dużym pokoju. Nie pozwolił na to jednak ksiądz, który wolał jeść z nami przy nakrytym już stole w kuchni. Gdy tata po przyjściu z pola chciał sie przebrać, widząc tak dostojnego gościa, też na to nie pozwolił. Ubranie robocze to najpiękniejszy strój, powiedział kapłan. Po krótkiej modlitwie wszyscyśmy ruszyli do boju i bardzo nam smakowało. Myślę że nasz ksiądz miał z tego prostego dania więcej radości, niż gdyby dostał kawior i szampana.

do góry...
wspomnienia...

Dziecięce zabawy

Smolajny przed wojną: Z berlińczykami na wozie drabiniastym w czasie żniw
Smolajny w czasie żniw: dla kuzynów z Berlina jazda wozem drabiniastym była wspaniałą rozrywką, dla dzieci ze Smolajn – codziennością.

Pomagaliśmy oczywiście rodzicom dużo przy pracy na gospodarstwie – nie tylko w okresie żniw. Po przyjściu ze szkoły musieliśmy sie zawsze najpierw przebrać, wykonać powierzone nam prace, a potem odrobić lekcje. Dopiero wtedy zaczynał się dla nas czas wolny. Także w niedzielę zawsze było coś do roboty – trudno zostawić zwierzęta na pastwę losu, tak więc niedziela też nie była całkiem wolna od pracy. Od czasu do czasu dostawaliśmy od rodziców 10 fenigów na słodycze. Nie było to wtedy wcale tak mało, można było za te pieniądze kupić ładną porcję cukierków dla wszystkich dzieci.

Co się tyczy zabaw, to dziewczynki miały w tym względzie łatwiej. Śpiewały i tańczyły w kółku albo bawiły się lalkami. My chłopcy mieliśmy inne zabawy. Popularną zabawką był bączek nakręcany sznurkiem. W naszej zagrodzie mieliśmy też 100 metrów kwadratowych usypanych drobnym, jasnym piaskiem. Bawiliśmy się tam często z kolegami z sąsiedztwa. Małe dzieci bawiły się foremkami, my, większe, budowaliśmy czasem piaskowe bunkry. Oprócz tego chodziliśmy często do lasu, gdzie budowaliśmy sobie domek na drzewie albo bunkier ziemny. Leśniczy oczywiście nie był z tego zadowolony i czasami udawało mu się nas złapać. Musieliśmy wtedy wszystko wyburzyć i doprowadzić do pierwotnego stanu. Często chodziliśmy też na grzyby, najchętniej z naszym ojcem. On znał najlepsze miejsca, a my byliśmy ekspertami w zbieraniu kurek i innych grzybów jadalnych.

Malin i jagód szukaliśmy raczej z polecenia mamy. Inną rzeczą, którą lubiłem, było chodzenie na ryby. Niewielka rzeka Łyna była tak rybna, że wystarczał nam haczyk, kawałek sznurka i kij. Tak uzbrojeni łowiliśmy od szczupaka począwszy wszystkie ryby, jakie były w rzece. Szczególnym smakołykiem były raki. Wyciągaliśmy je na brzegu gołymi rękami. Było to czasem bolesne, ale na myśl o tak pysznym jedzeniu zapominało się o bólu. Mieliśmy też miejsce, w które stale chodziliśmy się kąpać. Rzeka płynęła w tam zakolem, a brzeg był piaszczysty i dosyć płaski. Nieraz zniosło kogoś na środek, dla nie umiejących pływać było to niebezpieczne. Mój kolega Hansi niemalże by się utopił – uratował go jednak nasz kolega Erich.

Przypominam sobie jeszcze inne wydarzenie. Pewnego razu w Dobrym Mieście gościł duży cyrk. Rodzice pozwolili nam tam pójść. Większe dzieci zabrały za rękę mniejsze. Szliśmy oczywiście pieszo. Mama dała nam pieniądze na bilet i przeżyliśmy coś niesamowitego – trudno to sobie wyobrazić! Cyrk i wszystkie te zwierzęta, które znaliśmy tylko z ilustracji, to było fantastyczne. Tak samo było podczas naszej pierwszej – i na długi czas ostatniej – wyprawy do kina. Znaliśmy co prawda filmy ze szkoły, ale były to filmy nieme. Oglądać prawdziwy film, w którym ludzie rozmawiali, to było zupełnie co innego.

do góry...
wspomnienia...

Święta

Sylwestra i Nowego Roku nie obchodzono wówczas w jakiś szczególny sposób. Inaczej było w naszej rodzinie, ponieważ urodziny mojego ojca przypadały na Nowy Rok. Jego rok urodzenia też zresztą był szczególny: 1 styczeń 1900 roku! Świętem o bardzo religijnym charakterze była Wielkanoc. Regularne wizyty w kościele odbywały się oczywiście pieszo. Koni nie zaprzęgano, by dać im w te śwąteczne dni okazję do odpoczynku od codziennych trudów. Dla starszych ode mnie dzieci dużym wydarzeniem był zwyczaj nazywany „Wielkanoc-Chłostanoc”. Ci, którzy za długo wylegiwali się w łóżku, dostawali symboliczną chłostę rózgami z brzozy. Mówiło się przy tym rymowankę: „Wielkanoc-Chłostanoc! Daj dobrą rzecz, to pójdę precz!” Następnie każdy otrzymywał podarunek. Ja osobiście znam ten zwyczaj tylko z opowiadań. Starsi znajomi opowiadali mi, że Hitler go rzekomo zakazał. Bo jakże to – Niemcy przecież nie żebrzą! Znaliśmy natomiast zwyczaj szukania jajek – były to prawdziwe jajka – ugotowane i pomalowane – oraz jajka z cukru, pochowane w najróżniejszych miejscach.

Podwójne wschodniopruskie wesele (prawa para: wuj Anton z żoną)
Wesela na wschodniopruskiej wsi świętowano z rozmachem – czasami nawet dwa naraz (para po prawej: wuj Anton z żoną).

W rodzinie tak dużej jak nasza zawsze były też jakieś uroczystości rodzinne – chrzciny, komunia czy bierzmowanie – na których zbierali sie krewni. Najczęściej odbywały się one w ciepłej połowie roku. Oczywiście krewni ci przychodzili w odwiedziny i bez specjalnej okazji, zawsze przed południem, tak że mogli u nas zjeść obiad. Po obiedzie szło się na spacer po polach. To był miód na serce naszego ojca, gdy widział swe zboża i inne ziemiopłody – rodzice byli naprawdę dumni ze swojej pracy. Zboże czy kartofle dobrze obrodziły – takie wtedy były tematy rozmów dorosłych. My też szliśmy na ten spacer, ale interesowały nas zupełnie inne rzeczy, np. gonienie żaby skaczącej po łące i inne dziecinady. Po spacerze mama podawała kawę i ciasto. Po kawie my szliśmy się bawić, a dorośli grali najczęściej w karty, przede wszystkim w skata.

Boże Narodzenie! Do dziś nie mogę zapomnieć tych wspaniałych świąt w Prusach Wschodnich. Były to proste, a mimo to bardzo piękne świeta. Zaczynało się od przedświątecznych wypieków w kuchni u mamy. Pierniki, marcepany, kruche ciasteczka! Wszystko własnej roboty. Fakt, że z radością przy tym pomagaliśmy, jest chyba oczywisty. Typowym bożonarodzeniowym jedzeniem był pieczony drób – gęś – i najróżniejsze ciasta: makowiec, rolada, ciasto z kruszonką. Choinka zawsze była pięknie przystrojona, paliły się na niej świece – nie jakieś tam elektryczne światełka, tylko prawdziwe świeczki. My siedzieliśmy zazwyczaj w pokoiku babci, odmawialiśmy z nią różaniec i czekaliśmy w napięciu na jasny dźwięk bożonarodzeniowych dzwonków. Oznaczał on, że Dzieciątko Jezus przyniosło prezenty. Nie wolno nam był jednak tak po prostu wbiec do pokoju z choinką, babcia tego pilnowała. Musieliśmy iść parami grzecznie trzymając się za ręce. Już na sam widok przystrojonego drzewka robiliśmy wielkie oczy, szczególnie najmłodsze z nas. A prezenty – cóż to takiego było? Lalki dziewczynek miały nową sukienke albo czapeczkę – wszystko uszyte lub udziane przez mamę. I naszte siostry naprawdę bardzo się cieszyły. My chłopcy z kolei, mieliśmy np. drewniany powóz z koniem, do którego jako prezent dostawaliśmy zawsze jakiś nowy drobiazg, np. jakiś ładunek. W porównaniu z dzisiejszymi prezentami było tego bardzo mało. Ale cieszyliśmy się bardziej niż dzisiejsze dzieci, które są wszystkim przesycone.

Albo weźmy taki bożonarodzeniowy talerz. Były w nim nasze własne wypieki i dla urozmaicenia trochę dokupionej czekolady i pralin oraz owoce z własnego ogrodu. Mimo to radość była ogromna. Oprócz tego każdy dostał przynajmniej jedno szczególnie dorodne jabłko, takie, jakich we własnym sadzie nie mieliśmy – też pewnie kupione przez mamę. Tych kilka pomarańczy, które w tamtych czasach były rzadkością, dostawaliśmy także w Boże Narodzenie. Po tych wszystkich wspaniałościach śpiewaliśmy kolędy i kończyliśmy wieczór z radością w sercu.

Na pasterkę, i w drugi dzień świąt, ojciec zaprzęgał przed sanki obydwa konie i jechał z nami przy dźwięku dzwonków na mszę do Dobrego Miasta. Ojciec siedział na z przodu delektując się cygarem. Dla koni była to dobra terapia ruchowa w leniwe dla nich zimowe dni.

do góry...
wspomnienia...

Nadejście frontu

Taty po wybuchu wojny nie wzięli do wojska, bo mieł już wtedy prawie czterdzieści lat. Dopiero w listopadzie lub grudniu 1944 roku został wcielony do Volkssturmu, pospolitego ruszenia. Składało sie ono w całości z podstarzałych lub całkiem starych mężczyzn. Nie byli oni uzbrojeni, lecz musieli budować umocnienia i tym podobne rzeczy. Ale front nadchodził coraz bliżej. W połowie stycznia 1945 roku ojciec wrócił do domu. Ich oficer powiedział: „To bez sensu, nic tu po was! Idźcie do domu, do waszych rodzin i zatroszczcie się o ich bezpieczeństwo.” Ojciec wrócił do domu, przebudował nasz wóz i chciał z nami uciekać na zachód. Jego matka i ciotka Marta, która była jeszcze niezamężna, zostały na gospodarstwie. Babcia powiedziała: „Nie, Józef, jedź sam i zabierz rodzinę”. Rano wyjechaliśmy, a już wieczorem z powrotem byliśmy w domu. Nie dało rady przejechać. Drogi były tak zatłoczone, że nie sposób było posunąć sie nawet o metr do przodu. Na dodatek było bardzo zimno, jakieś 20-30 stopni na minusie. Ojciec stwierdził „Wracamy, bo zamarźniem”.

Po paru dniach, przyszli nasi żołnierze. Meldunkowy powiedział, żebyśmy przynajmniej nie byli w pobliżu głównej drogi. Nasza wieś leżała przy ważnej trasie i mogła znaleźć się w polu walki. No więc pojechaliśmy do Sternberg, wsi położonej bardziej na uboczu. Znajomy ojca, też rolnik, wziął nas do siebie. Babcia i ciotka Marta znów zostały na gospodarstwie. Ze Smolajn było to tylko jakieś 6-7 kilometrów, może nawet mniej, ale droga szła cały czas przez las. A tamto gospodarstwo leżało też trochę poza wsią.

4 lutego 1945 przyszli czerwonoarmiści. Pierwsze spotkanie z nimi było bardzo złe. Zobaczyliśmy ich zawczasu, bo akurat bawiliśmy się na dworzu a oni nas ostrzelali – słyszeliśmy jak gwiżdżą kule. W te pędy pobiegliśmy do domu. Trzej mężczyźni, którzy byli wtedy w gospodarstwie, wśród nich jego właściciel G. i mój ojciec, schowali sie w sianie. Tylko dzieci i kobiety zostały w domu. Na raz, łomot! Otworzyli drzwi kopniakiem. Najpierw pokazała sie w nich lufa karabinu, dopiero potem głowa żołnierza patyjącego „Deutsch Soldat ist?”. Gdy tylko się przekonali, że w domu ne ma ż o łnierzy, weszli do środka i od razu zabrali nam zegarki i inne przedmioty wartościowe. Następnie zaczęli szukać napojów alkoholowych, a na końcu zabrali się za dzewczęta i kobiety. Szesnastoletnia córka pana G. była pierwszą ofiarą brutalnych czerwonoarmiejców. Ponieważ było juź późne popołudnie, a ta około piętnastoosobowa jednostka nie chciała iść dalej, zostali u nas na kwaterze. Jak chcieli iść po siano dla swoich koni, zgłosiliśmy się na ochotnika i zrobiliśmy to za nich. Baliśmy się oczywiście, że znajdą ukrytych tam mężczyzn.

Z czasem, dużo później, my dzieci zaczęliśmy wychodzić na zewnątrz i próbowaliśmy z tymi Rosjanami porozmawiać. Jakoś dało radę! Byli nawet tacy, którzy mówili po niemiecku. Przekonaliśmy się wtedy, że byli wśród nich także porządni ludzie, którzy nie tknęli żadnej kobiety czy dziewczyny. Najgorsi w zasadzie byli ci wyszkoleni politycznie, nie byli to normalnie myślący ludzie. Jednostki walczące szły dalej z frontem, ale w komendanturach zostawali wszędzie ci polityczni. Także obozy i lazarety, które zakładali Rosjanie, miały swoją stałą ekipę. Tam byli niektórzy spod ciemnej gwiazdy, tacy co zawsze chodzili w teren.

do góry...
wspomnienia...

Obozowisko w lesie

Następnego dnia wszyscy musieliśmy opuścić gospodarstwo, bo znajdowało się rzekomo w rejonie walk. Później od ojca dowiedzieliśmy się, że Rosjanie ustawili tam działa dalekosiężne i dużo z nich strzelali. Ukryci w sianie mężczyźni pozostali w swojej kryjówce. Wieczorami wkradali się do obory, żeby napić się trochę krowiego mleka. A my, nie pamiętam już dokładnie, ile to było rodzin, poszliśmy głęboko w las. W grupie tej było tylko dwóch starych mężczyzn, reszta to same kobiety z dziećmi. Na dodatek było to w lutym, w samym środku zimy, w najgorszy mróz i śnieg. W lesie nocowaliśmy pod gołym niebem rozpalając kilka ognisk. Ogień rozpalaliśmy też od tyłu, żeby zimno mniej nam dokuczało.

Mój brat bliźniak Paul, nasz najstarszy brat Franz i ja oddaliliśmy się od obozowiska, bo wiedzieliśmy, że w pobliżu jest leśniczówka. Chcieliśmy ją znaleźć, w nadziei, że znajdziemy tam coś do jedzenia. Było nas w końcu kupa ludzi w tym lesie, a jedzenia nie za wiele. Opuszczając dom nie mogliśmy zbyt wiele ze sobą zabrać. Troche boczku i chleba, ale na długo by to nie wystarczyło. Znaleźliśmy leśniczówkę i przeszukaliśmy wszystkie kąty. Po dworzu biegał prosiak, jakieś dwa cetnary wagi [100 kg, red.]. Złapaliśmy je i ubiliśmy na miejscu. Nie było to wcale takie łatwe, ale udało się. My, więksi chłopcy, zawsze byliśmy przy świniobiciu we własnym gospodarstwie, więc wiedzieliśmy, jak się to robi. Tyle tylko, że nie mieliśmy potrzebnych do tego narzędzi. Nie było tam ostrego noża, a jedynie siekiera. Tak czy owak udało nam się to prosię zabić. Oprócz tego znaleźliśmy worek mąki, ziemniaki i różne inne rzeczy: sól, trochę cukru, to, co zazwyczaj jest po prostu w domu. Załadowaliśmy to wszystko na taczkę i zawieźliśmy do obozowiska. Było to około dwóch kilometrów drogi i wiązało się dla nas trzech z ogromnym wysiłkiem z powodu głębokiego śniegu. Na zmianę ciągneliśmy i pchaliśmy taczkę – dwóch z przodu za sznurek, jeden z tyłu za uchwyt. Wspomniani dwaj mężczyźni sprawili mięso, jak tylko dotarliśmy na miejsce i od razu ugotowano jedzenie.

Spędziliśmy tak trzy noce. Czwartego dnia, ku naszej ogólnej radości, przyjechał ojciec saniami z dwoma koniami i zabrał nas z powrotem. Dowiedział się od kogoś, gdzie jesteśmy. A że znał las jak własną kieszeń, nie musiał nas długo szukać. Pojechaliśmy znowu do Sternberg do wspomnianego już gospodarza G. Rosyjskie stanowisko bojowe było już zlikwidowane. Spędziliśmy tam jeszcze dwa dni razem, trzeciego dnia przyszli czerwonoarmiści i zabrali tatę. To był nasz najgorszy dzień.

do góry...
wspomnienia...

Deportacja ojca

Ci czerwonoarmiści zabierali kobiety i mężczyzn do pracy przymusowej na Sybir – zabrali gospodarza G., siostrę ojca ciocię Marię i tatę. Tata chyba przeczuwał, co go czeka. Pożegnał się po kolei z każdym z nas, głaskał nas po głowie, rozmawiał z nami. Rosjanie stali cały czas za nim i powtarzali ciągle: „Dawaj, dawaj!” Nie wiedzieliśmy wówczas, co to słowo znaczy. Na końcu tata podszedł do nas, starszych dzieci, i pożegnał nas słowami „Pomagajcie mamie”. Potem podszedł do mamy, objął ją i powiedział: „Uważaj na nasze dzieciaczki”. Iwan przyłożył mu do pleców karabin – „dawaj, dawaj!”. Ale tata zachował spokój. Mama dała mu plecak, który dla niego spakowała. Wtedy on jeszcze raz ją objął i powiedział: „Pewnie już się nigdy nie zobaczymy”. Tych słów nie zapomnę do końca życia! Potem zabrali go Rosjanie. Nikt nie był w stanie wykrztusić nawet słowa; byliśmy całkowicie załamani. Mama została nagle sama z dziesięciorgiem dzieci. Ale obowiązki matki nie pozwoliły jej się załamać. Bo niemowlę przecież trzeba było nakarmić, pozostałe maluchy, Leo i Luzie, też: ,,Mama, jeść mi się chce”, „Mama, pić!”. Nie pozostawało jej nic innego, jak oddać się tym obowiązkom i zająć się dziećmi. Tylko w nocy płakała, raz się obudziłem i to widziałem.

Po tym tragicznym wydarzeniu żona gospodarza G. dała się poznać jako prawdziwa wiedźma. Szykanowała nas, gdzie tylko mogła. Mama nie dała sie wprawdzie tak łatwo zastraszyć, ale mimo to nie sposób było dalej razem mieszkać. Dlatego poszliśmy z Paulem do Smolajn zobaczyć, co się dzieje z naszym własnym gospodarstwem. Wszystko było w porządku. Babcia i ciocia Marta były na miejscu i powiedziały „Możecie wracać”. W drodze powrotnej do Sternberg złapali nas czerwonoarmiści. Mieliśmy pracować z dwoma innymi chłopcami – zbierać rupiecie i sprzęt wojskowy walający się po drogach i utrudniający przejazd. Była śliczna pogoda, na niebie świeciło słońce. Naraz przejeżdża kolumna ciężarówek, auta pełne ludzi, mężczyzn i kobiet. Z jednego z nich macha do nas ręką mężczyzna. Był wysoki i machał do nas. Słońce było po przeciwnej stronie, ale mimo to pod plandeką nie było zbyt widno. Ten mę& # 380;czyzna, jestem o tym o dziś dzień święcie przekonany, to był nasz ojciec. Pilnujący nas żołnierz zapytał: „Co za człowiek?” Ja mu powiedziałem: „To nasz ojciec!”. On na to: „Człowiek na Sybir, człowiek kaputt!”. Po pracy Rosjanie zabrali nas do nadleśniczówki w pobliżu Smolajn, skąd następnego dnia mieli nas znów zabrać do pracy. Paul i ja spędziliśmy tam wprawdzie noc, ale uciekliśmy nad ranem do Sternberg, zanim Rosjanie zdążyli po nas przyjść.

Powiedzieliśmy mamie, że możemy wracać do domu. Następnego dnia spakowaliśmy nasze rzeczy. Pani G. skontrolowała prawie każdą sztukę naszej pościeli – czyśmy aby czego nie ukradli! Co nam nigdy nie przyszło by do głowy. Wręcz odwrotnie! Pani G. chciała nam zabrać część naszych rzeczy. Ale nie miała szczęścia, bo nasza mama całą bieliznę sama tkała. Taki był kiedyś zwyczaj. Dziewczęta same produkowały swoją posagową pościel. Spakowaliśmy dobytek na sanie i pojechaliśmy do domu. Babcia i ciocia Matra przetrwały cała zawieruchę bez najmniejszego uszczerbku.

Po powrocie w domu wydarzyło się coś nadzwyczajnego. Mama od razu powiedziała „To znak od taty”. Niestety nie pamiętam, co to dokładnie było. Napewno jednak sprawcą tego wydarzenia nie mógł być nikt obcy. Mama była przekonana, że było to ostatnie pozdrowienie. Po latach otrzymała przez znajomego z urzędu stanu cywilnego w Berlinie Zachodnim wiadomość, że tata nasz zmarł podczas transportu między 10 a 15 marcem 1945 roku, gdzieś między Moskwą a Uralem.

do góry...
wspomnienia...

„Matka chodź!”

Rodzina Wiezorreck około 1949 r. (z przodu Helga i Lotar)
Uciekając przed nacierającą Armią Czerwoną trafili do Smolajn: rodzina Wiezorreck z Węgorzewa (z przodu dzieci Helga i Lotar).

Niestety, nie pobyliśmy w domu zbyt długo. Gdzieś w połowie marca przyszli inni Rosjanie i przepędzili nas z naszego gospodarstwa. Miała tam powstać komendantura wojenna. Tym razem także babcia i ciocia Marta nie mogły zostać na miejscu. Jeden z tych Rosjan, mówiący dość dobrze po niemiecku, powiedział do mamy: „Uciekajcie stąd, zakładają tu lazaret, to źle dla dziewcząt i kobiet. Uciekajcie!” Poszliśmy wtedy z powrotem do Sternberg, ale tym razem nie do pani G., ale na inne gospodarstwo. Tam także pozostała tylko sama matka z dziećmi. Miała duży dom, w którym było wystarczająco miejsca dla wszystkich, więc przyjęła nas pod swój dach. Ta rodzina nazywała się Lingnau. Dostaliśmy dwa duże pomieszczenia na dole domu. Jedno wykorzystywaliśmy jako sypialnię, drugie jako kuchnię i pokój mieszkalny. Mama i babcia dostały każda własne łóżko. Reszta spała na podłodze. Razem z nami wprowadziła się tam też rodzina Wiezorreck. Pochodzili z Węgorzewa i już przedtem byli cały czas z nami. Uciekając przed frontem zatrzymali się u nas na postój, ale tak samo jak my nie byli w stanie przebić się przez zapchane drogi. Spaliśmy na sianie od ściany do ściany, jeden obok drugiego. Obok mnie leżała Helga Wiezorreck, piętnastoletnia córka pani Wiezorreck.

Przeprowadzka na nic się jednak nie zdała! Rosjanie przychodzili do nas przez las. My, starsze dzieci, doskonale wiedzieliśmy, o co im chodzi, gdy mówili „Matka chodź!”. Raz przyszedł jeden Iwan sam i mówi do pani Wiezorreck: „Matka chodź!”. Ona się podniosła, żeby z nim iść, a mój brat bliźniak Paul złapał ją za rękę mówiąc „Nie idź!”. Rusek tak brutalnie go za to kopnął, że Paul peleciał przez pół izby! Opór nie miał najmniejszego sensu. Najczęściej przychodzili w dzień. Również mamę wtedy pierwszy raz zgwałcili. Było ich znowu kilku. Jeden wziął Paula i mnie na strych stodoły. Kazał nam szukać w sianie ukrytych przedmiotów: „Szukać rupieć”. W tym samym czasie drugi Rosjanin był z mamą na dole w stodole. Naraz słyszymy głosy mówiące po rosyjsku i głośne słowa naszej matki: „Nie, tego nie zrobię!”. Zaraz po tym padł strzał, a kula otarła się dosłownie o pilnującego nas na górze żołnierza. Kazał nam zejść na dół i iść z powrotem do domu. Po tym, jak wszyscy Rosjanie się oddalili, a mama wciąż nie wracała, pobiegliśmy do stodoły. Mama siedziała płacząc w sianie. W tej chwili zdałem sobie sprawę, jak mało dla tych mężczyzn znaczyło życie ludzkie, jeśli stawiało się im opór.

Gdy Rosjanie po raz pierwszy przyszli w nocy, otworzyli zaryglowane drzwi, tak brutalnie waląc w nie kolbami karabinów, że aż się rozsypały. Przez ten chałas wszyscy się oczywiście obudzili, a małe dzieci zaczęły płakać. Od tego czasu kobiety nie zamykały już drzwi. Pani Lingnau została pewnego razu zgwałcona przez dwunastu Rosjan pod rząd. Innym razem widziałem to sam z niewielkiej odległości. Nocą przyszedł Rosjanin i świecąc latarką wypatrywał kobiet. Zdecydował się na panią Wiezorreck, ktora leżała obok Helgi. Odłożył latarkę i zaczął zdejmować marynarkę. W tej chwili Helga szybko przekulkała się nade mną, żeby być jak najdalej od tego Rosjanina i własnej matki. Bała się, że i jej to zrobi.

Nie mieli najmniejszych skrupułów! Czy widziały to dzieci, czy nie, było im zupełnie obojętne. Te nocne wizyty ciągnęły się przez długi czas, jeszcze po naszym ponownym powrocie do Smolajn. Przychodzili często wieczorami, mama musiała im robić jedzenie, a potem ją gwałcili. My leżeliśmy w łóżkach i spaliśmy. Pewnego razu została zgwałcona przez dwóch Rosjan bezpośrednio obok mojego łóżka. Wszyscy spali, tylko ja nie. Siedzieliśmy w takich sytuacjach zawsze cicho, bo wiedzieliśmy, co się stanie, jak zobaczą, że się ruszamy. Opór kobiet i matek był złamany, bo musiały żyć dalej dla dzieci, tak że znosiły ten ciężki los.

do góry...
wspomnienia...

Śmierć sióstr

Rok 1945 przyniósł jeszcze inne tragiczne wydarzenia: śmierć moich sióstr Moniki i Anny oraz śmierć babci. Pierwsza umarła Monika – była jeszcze oseskiem! Nie tylko nasza mama miała niemowlę, ale też pewna pani z sąsiedztwa. Głód doprowadził do tego, że kobiety nie miały wystarczającej ilości mleka, by karmić dzieci piersią. Trzeba było te maluchy dokarmiać. Na szczęście uratowaliśmy kozę, która dawała mleko dla obydwu maluchów. Wspomniana pani przychodziła codziennie po mleko dla swojego dziecka. Do czasu.

Któregoś dnia przyszło znowu kilku Rosjan. Przeszukali wszystko – nie ostało się żadne miejsce, do którego by nie zajrzeli. Niestety odkryli też naszą kozę i wyprowadzili ją z obory. Mama od razu pobiegła na dwór i żebrała niemalże na kolanach, żeby nam ją zostawili, bo ma małe dziecko i jest jeszcze inna kobieta, więc bardzo potrzebujemy tego mleka! Nie zdało się to zupełnie na nic. Rosjanie zabili kozę, rozpalili ogień i upiekli sobie na nim kawałek mięsa. Gdy się najedli, zostawili resztę mięsa na miejscu. Zjedliśmy je, ale zwierzę było martwe i tym samym skończyło się mleko utrzymujące nasze maluchy przy życiu. Obydwa wkrótce umarły – moja siostra Monika 17 kwietnia, żyła 137 dni. Sam zrobiłem dla niej trumnę, pochowaliśmy ją z całą rodziną na skraju lasu. To drugie maleństwo przeżyło moją Monikę, jeśli dobrze pamiętam, o kilka dni – ale także zmarło. W kilka dni póżniej zmarła także nasza babcia. Miała 80 lat. Razem z Paulem zbudowaliśmy jeszcze raz trumnę z desek jakiejś skrzyni i pochowaliśmy ją obok Moniki na skraju lasu.

Rok 1945 miał się już ku końcowi, gdy zachorowała moja siostra Anna. Miała sześć lat. Byliśmy już wtedy z powrotem w Smolajnach. Nie było żadnego lekarza, żadnych lekarstw, nie było niczego, choroba była po prostu nieuleczalna. Pani Wiezorreck szczególnie lubiła Anię, podobnie zresztą jak cała nasza rodzina. Miała takie duże ciemne oczy i była bardzo ładną dziewczynką, nigdy nie kłóciła się z innymi dziećmi. Także nasz ojciec był zauroczony swoją Anną. I nagle zachorował a.

Zaczęło się od nóżek, dokładnie rzecz biorąc od stóp, które raptownie spuchły. Posuwało się to coraz bardziej ku górze, nie sposób było tego zatrzymać. Pewnego późnego wieczora w listopadzie nadeszła ta chwila, był 25 listopad. Mama trzymała ją w ostatnich chwilach na kolanach. Ania powiedziała tylko „Mama, mama, mama” i zasnęła na zawsze. Poszedłem na górę do pani Wiezorreck i powiedziałem jej o tym. Mama wysłala nas wszystkich do łóżka. Nie wiem, jak długo jeszcze siedziała tam ze swoją martwą córeczką. Następnego dnia zaczęliśmy z Paulem znowu budować skrzynię. Ania pozostała jeszcze 2-3 dni w domu. Potem zawieźliśmy ją z Paulem wózkiem ręcznym na cmentarz do Dobrego Miasta. Pochowaliśmy ją tam sami we dwóch, bez księdza i tak dalej. Mama nie chciała iść na pogrzeb, co dziś doskonale rozumiem.

do góry...
wspomnienia...

Powrót do Smolajn

Któregoś dnia bawiliśmy się z Paulem na dworzu. Nie wiem jak i dlaczego, ale po prostu nam odbiło i poszliśmy do Smolajn, nic nie mówiąc mamie! Chcieliśmy zobaczyć, co i jak, czy możemy wracać do domu. Nie było to jeszcze możliwe, w domu nadal była rosyjska komendantura. Ponieważ zima się skończyła, a nasze zapasy zaczęły się kurczyć, postanowiliśmy zorganizować tam coś do jedzenia. Wcześniej co i rusz znajdowaliśmy mięso pozostawione na postojach przez Rosjan, zamarzłe na mrozie i tym samym zdatne do spożycia. Teraz przyszła pora uzupełnić zapasy. Na skraju naszej wsi stał młyn wodny, właściciel nazywał się Werr. Rosjanie mełli tam zboże. Znaliśmy ten młyn jak własną kieszeń i bez problemu udało nam się niepostrzeżenie wejść do środka.

Rosjanie wsypywali na górze zboże, a my na dole łapaliśmy mąkę w worki, dwa worki po około 50 funtów. Udało nam się je niepostrzeżenie wynieść z młyna i ukryć. Obok młyna Rosjanie akurat zabili dwa byki. Odczekaliśmy tam jakiś czas, żeby sprawdzić, czy i dla nas może coś zostanie. Było tam jednak za dużo Rosjan, niebezpieczeństwo, że nas odkryją, było zbyt duże. Ich kucharz wyciął jądra byka i ugotował je w kuchni młyna. Odczekaliśmy, aż zjedzą i wyjdą z kuchni. Wkradliśmy się tam następnie od tyłu i mogliśmy spróbować tego wątpliwego przysmaku. Nie smakowało najgorzej. Zdobyliśmy także głowy obydwu zwierząt i trochę wnętrzności. Na koniec zbudowaliśmy z dostępnych części wózek ręczny, załadowaliśmy na niego mąkę i zdobyte resztki mięsa i pojechaliśmy z powrotem do domu. Wyruszyliśmy jednak dopiero na drugi dzień rano, bo było już ciemno – przenocowaliśmy na miejscu w sianie.

Do Sternberg dotarliśmy na drugi dzień w południe. Mama cieszyła się z naszego powrotu, za to pani Wiezorreck bardzo nas łajała: „Wstydźcie się! Co wasza matka tu przeżyła!”. Ale mama miała do nas zaufanie, powtarzała pani Wiezorreck: „Moi chłopcy wrócą, znam ich!”. Wtedy nie zrobiło to na nas wielkiego wrażenia, dziś widzę to całkiem inaczej. Dla mamy było to napewno niemałe przeżycie. Oddaliliśmy się nic nie mówiąc i zniknęliśmy na całe dwa dni.

Później jeszcze raz poszliśmy do Smolajn, żeby sprawdzić, czy możemy wracać. W końcu Rosjanie rzeczywiście zniknęli, a my wróciliśmy do domu. Nie pamiętam już dokładnej daty, w każdym razie było już dosyć ciepło, mniej więcej koniec kwietnia. Po powrocie zaczęliśmy od razu przygotowywać pola pod uprawę, bo trzeba było jak najszybciaj posadzić ziemniaki. Musieliśmy przeorać ziemię, ale nie mieliśmy koni. Zaprzęgliśmy się sami przed pług i w ten sposób oraliśmy. Dodatkowo przekopaliśmy ziemię szpadlem. Czekały nas dni ciężkiej pracy. Ale zagospodarowaliśmy nasze pola tak dobrze, jak tylko mogliśmy.

W tamtym czasie chodziła plotka, że naczelnik rolników (Ortsbauernführer) Franz Grimm został zabity przez Rosjan i leży martwy w mieszkaniu rodziny Klein. Pan Braun, pan Gehrmann oraz my chłopcy poszliśmy tam razem, żeby sprawdzić, czy to prawda. Razem z Lotharem Wiezorrek wszedłem do piwnicy przez niewielką klapę. Wcześniej musieliśmy odgarnąć kupę gruzu i roztrzaskanych mebli. Rzeczywiście, szybko natknęliśmy się na nagie męskie zwłoki będące już w stanie rozkładu. Wspomniani starsi mężczyźni spuścili na dół sznur, którym obwiązaliśmy nogi trupa, oni zaś wyciągnęli go na górę. Na górze, w świetle dziennym, potwierdzili, że są to zwłoki pana Grimma. Ten biedny człowiek został brutalnie zakatowany, lekarz sądowy mógłby pewnie spisać długi protokół.

Spokój po powrocie do Smolajn potrwał tylko kilka dni, potem znowu przyszli Rosjanie, żeby zabrać starsze dzieci do pracy przymusowej. Zabrali między innymi naszego brata Franza i Helgę Wiezorreck oraz inne dzieci z sąsiedztwa. Zawieźli ich wszystkich do Braniewa, gdzie musieli ciężko pracować razem z niemieckimi jeńcami wojennymi. Franz i Helga wrócili dopiero 24 listopada, jeden dzień po śmierci Anny. Dla matek było to niekończące się czekanie na powrót ich dzieci.

Któregoś dnia Rosjanie gnali przez wieś spore stado koni. Obserwowaliśmy ich kolumnę i zauważyliśmy, że jeden koń został w tyle. Paul i ja natychmiast do niego pobiegliśmy, niestety okazało się, że koń jest ranny. Mieliśmy cichą nadzieję, że uda nam się go wykurować, mielibyśmy znów konia do prac polowych. Z trudem zaprowadziliśmy go do stajni. Mama obejrzała go i doszła do wniosku, że bez weterynarza i lekarstw nie da się nic zrobić. Jedyne co pozostawało, to zabić zwierzę na mięso. Zamieniłem z Paulem spojrzenie – obaj wiedzieliśmy, co trzeba zrobić. Paul poszedł po ostry nóż, a ja po siekierę. Biedne zwierzę położyło się z wyczerpania na ziemię. Mimo iż mieliśmy dopiero po dwanaście lat i nigdy wcześniej nie widzieliśmy, jak się uśmierca konia, przystąpiliśmy z zapałem do pracy. W naszej ciężkiej sytuacji nie mieliśmy innego wyjścia.

Ja ogłuszyłem zwierzę uderzając je tępym końcem siekiery w głowę. Paul podciął mu gardło. Po krótkim czasie koń zaczął się ruszać i próbował wstać. Przestraszyliśmy się i wpadliśmy w popłoch. Błyskawicznie przeskoczyliśmy przez koryto i wspięliśmy się na strych, wykorzystując zbiornik na siano zamiast drabiny. Na górze byliśmy bezpieczni i mogliśmy dalej obserwować sytuację. Koń podniósł się na nogi i trysła z niego krew. Po chwili padł martwy. Nagle jedno z młodszego rodzeństwa poinformowało nas, że zbliża się konno jakiś Rosjanin. Musieliśmy się spieszyć. Marte zwierzę przykryliśmy sianem i gnojem, żeby je ukryć. Mieliśmy szczęście. Jeździec przeszukał najpierw kilka innych budynków, zyskaliśmy więc na czasie. Szukał faktycznie „naszego” konia. Skrytka z siana i gnoju była jednak tak dobra, że nie wzbudziła podejrzeń.

Dopiero gdy Rosjanin oddalił się z pustymi rękoma, mogliśmy kontynuować ubój. Tym razem z pomocą pana Bocha, którego kazała zawołać mama. Wiadomość o naszej akcji aprowizacyjnej rozeszła się po wsi w mgnieniu oka, ludzie zaczęli przychodzić i prosić o trochę koniny. Dla naszej rodziny zapas ten starczyłby na dłuższy czas, ale mama na to nie pozwoliła. Każdy dostał po trochu mięsa.

Gdzieś w czerwcu-sierpniu nadeszły żniwa, musieliśmy zbierać zboże dla Rosjan. Codziennie pracowaliśmy po 12-14 godzin. Nasze wynagrodzenie musieliśmy wykradać, z własnej woli Rosjanie nie dawali nam nic. A sami przecież też pilnie potrzebowaliśmy zboża na nadchodzącą zimę. W tym samym czasie Rosjanie pędzili przez wieś duże stada krów i dwa razy zatrzymali się na postój. Wymiona tych biednych zwierząt prawie pękały, tak iż ryczały one z bólu. Wszyscy mieszkańcy wsi, którzy jeszcze byli przy życiu, zostali spędzeni do dojenia. Z mleka tego Rosjanie zrobili w centryfudze śmietanę i przerobili ją natychmiast na masło. Wszystkie te dobre rzeczy zabrali ze sobą, z pozostałego odtłuszczonego mleka mogliśmy jednak wziąść tyle, ile chcieliśmy.

Zbliżały się też wykopki i mieliśmy pełne ręce roboty ze zbiorem niezbędnych do życia ziemniaków. Wózkiem ręcznym wieźliśmy je do domu i zakopywaliśmy w ziemiance. W tym samym czasie przybyła do nas rodzina uciekająca na zachód. Ich młoda matka była w dziewiątym miesiącu ciąży, na drugi dzień zaczęły się bóle. Mama była za położną. Dziecko to było owocem gwałtu. Mama ochrzciła je wodą święconą, która zawsze była w domu. Ludzie ci pozostali jeszcze około tygodnia, zanim poszli dalej.

Szczęśliwym wydarzeniem był powrót w komplecie dzieci zabranych kilka miesięcy wcześniej na roboty przymusowe. Ledwie jednak Franz, Helga i inni zdążyli wrócić do domu, przyszli znowu Rosjanie i ponownie zabrali starsze dzieci, tym razem także Paula i mnie, do szczególnego rodzaju pracy. Kazali nam odkopywać groby poległych w okolicy czerwonoarmistów i pakować zwłoki w skrzynie. Obojętnie – pojedyńczy grób czy grób masowy, musieliśmy wykopać wszystkich poległych. Smród był przy tym nie do zniesienia, bo trupy te leżały już prawie dziesięć miesięcy w ziemi. O masce ochronnej czy rękawicach nie było mowy. Trwało to kilka ładnych dni, nim wykopaliśmy i przepakowaliśmy wszystkich poległych Rosjan. Heinz, syn sąsiadów, dopiero co wrócił z kilkumiesięcznych robót i także musiał z nami pracować. Krótko po tej akcji spotkało go duże nieszczęście. W krótkich odstępach czasu zmarła jego matka i obie młodsze siostry. Mama przygarnęła Heinza do chwili, gdy odebrali go krewni. Przedtem jeszcze przyszło nam się zmagać z paskudną chorobą – świerzbem. Po wielu środkach, które w ogóle nie pomagały, dostaliśmy od polskiego sołtysa maść z popiołem, która położyła koniec chorobie.

do góry...
wspomnienia...

Pierwsi Polacy

Pierwsi Polacy, którzy się pojawili, to były zorganizowane kolumny szabrowników, mężczyzn i kobiet. Przybyli oni jedynie po to, żeby nas okraść – nie jacyś tam osadnicy, którzy zamierzali w naszej wsi zamieszkać. Początkowo obecność Rosjan, chroniła nas, choć brzmi to paradoksalnie, przed rabunkiem ze strony Polaków. Gdy tylko pojawiali się szabrownicy, któreś z dzieci biegło do komendantury rosyjskiej i prosiło o pomoc. Rosjanie obchodzili się z Polakami bardzo brutalnie, nieraz widzieliśmy, jak bili ich kolbami karabinów.

Potem Rosjanie zaczęli się stopniowo wycofywać, a do nas przybyli pierwsi polscy gospodarze. Szaber ciągnął się jednak dalej. W tym czasie mieliśmy już polskiego sołtysa, był to w zasadzie wspaniały człowiek, był wręcz naszym ulubieńcem. Często szukaliśmy u niego ochrony przed jego własnymi rodakami. Próbował nas bronić, ale nieraz przyszedł za późno lub nie mógł nic zdziałać wobec przytłaczającej większości szabrowników. Dopiero gdy nasze gospodarstwo zarekwirował pewien polski rolnik, kolumny tych rabusiów zniknęły. Stosunki z Polakami, którzy mieszkali we wsi i stale do niej przybywali, były bardzo złe. W większości pochodzili oni z centralnej Polski i nienawidzili Niemców. Kilometr dalej, w majątku Smolajny, mieszkali bez wyjątku Polacy z Kresów – byliśmy z nimi naprawdę zaprzyjaźnieni. Pomagali nam, jak była jakaś checa z polską młodzieżą ze wsi.

Pierwsi polscy osadnicy przybyli pod koniec 1945 roku. Nieruchomości, które zamierzali zająć, specjalnie oznaczali. My akurat byliśmy poza domem, gdy to się stało. Po powrocie zobaczyliśmy biało-czerwoną chorągiewkę przymocowaną do drzwi. Z początku w ogóle nie wiedzieliśmy, co to znaczy. Kilka tygodni póżniej nasz dom zajął wspomniany już Polak. W rozmowie było wszystko ładnie i pięknie. Rozmówiliśmy się, on umiał co nieco po niemiecku, i powiedział łamaną niemczyzną, że wprowadza się na to gospodarstwo, że będziemy razem pracować i wszystkim będzie dobrze. I wcale tego nie odczuliśmy jako czegoś złego. Parę dni póżniej sprowadził się do nas z rodziną. Mieli piecioro lub sześcioro dzieci, przy czym najmłodsze były w naszym wieku, tj. około dwunastu lat. On mieszkał na dole, a my przenieśliśmy się na górę. Do pierwszej konfliktowej sytuacji doszło już po kilku dniach. Moja matka i pani Wiezorreck przyjęły do naszej wspólnoty Lothara Porschatka z bratem Gerdem, po tym, jak Rosjanie zabrali ich matkę. Lothar głaskał na podwórzu psa polskiego gospodarza, co nie spodobało się synowi Polaka. Próbował on poszczuć psa na Lothara. Ale zwierzę się go nie słuchało, wolało być dalej głaskane. To rozzłościło tego polskiego chłopca tak bardzo, że ruszył na Lothara z pięściami. Bogu dzięki w pobliżu była pani Wiezorreck i załagodziła spór.

Co i rusz dochodziło do napięć i koniec końców Polak wyrzucił nas po niedługim czasie, na wiosnę 1946 roku, z naszego własnego domu. Musieliśmy przeprowadzić się gdzie indziej. Główną przyczyną była przypuszczalnie chęć przywłaszczenia sobie naszego dobytku. Ale mama pokrzyżowała mu plany. Do szkoły już żeśmy w tym czasie nie chodzili, do szkoły mogły chodzić tylko te dzieci, których rodzice podpisali oświadczenie, że przyjmują obywatelstwo polskie. Pracowaliśmy we wspomnianym już majątku z dwoma Polakami z Kresów, nazywali się Józef i Ignac. Mama poprosiła ich, żeby przyjechali wozem i pomogli nam przy przeprowadzce. Obiecała im, że mogą zabrać wszystko, czego my nie potrzebujemy lub nie będziemy w stanie zabrać. Józef i Ignac tak się sprawili, że dla „naszego” gospodarza nie pozostało nic, ale to zupełnie nic. Był on z tego powodu dosyć wściekły, ale nas to nie obchodziło. Po raz ostatni wprowadziliśmy się do innego domu w rodzinnych stronach. Dom ten był bardzo zniszczony, miał słomiany dach, ale był to jedyny budynek, którym był jeszcze wolny. Tragicznie było w dni deszczowe. Dach był tak dziurawy, że we wszystkich pomieszczeniach rozstawialiśmy miski i wiadra, nawet na łóżkach. Nie przejmowaliśmy się tym jednak, ważne, że mieliśmy w ogóle jakiś dach nad głową.

Gospodarstwo to leżało nad Łyną. Wystarczyło zbiec w dół po niewielkiej skarpie i już było się na brzegu tej rybnej rzeki. Franz umiał się bardzo dobrze obchodzić specjalną siatką w formie sita i nieraz udało mu się złowić szczupaki i inne smaczne ryby. Moją specjalnością były raki rzeczne. Często trzeba było wsadzić pół ręki w taką przybrzeżną dziurę, żeby je wyciągnąć. Zwierzęta się oczywiścię dzielnie broniły i potrafiły mocno uszczypnąć. Ale nie było dla nich pardonu. Polska młodzież często nas przy tym obserwowała. Gdy ich własne próby się nie powiodły, chcieli nam zabrać nasz połów. Szybko wysłaliśmy maluchy z rybami i rakami do domu, a sami pozostaliśmy na polu walki. Doszło do przepychanek, których wynikiem dla obu stron były siniaki i zadrapania. Wkrótce przed naszym domem pojawili się wszyscy polscy ojcowie ze wsi. Mama im się przeciwstawiła i nie pozwoliła im wejść do środka. Pomocny okazał się przy tym pewien Polak, który dobrze mówił po niemiecku.

Zarzucono nam bowiem, że to my sprowokowaliśmy bójkę i że to my brutalnie biliśmy Polaków. Dzięki jego tłumaczeniom udało się wyjaśnić nieporozumienie. Następujące słowa mojej matki pamiętam do dziś: „Czego tu chcecie? To nasz kraj, jesteście na niemieckiej ziemi. Wracajcie, skąd przyszliście!”. W konńcu Polacy się rozeszli. Pani Wiezoreck pozostała przez cały czas wewnątrz i modliła się. Gdy było już po wszystkim opowiedziała o tym i zapytała: „Czy pani się nie bała?”. Mama odpowiedziała zdecydowanym „Nie!”. Byliśmy z niej strasznie dumni. Dziś mam inne zdanie na ten temat! Ale w tamtych ciężkich czasach jej dzielna akcja dodała nam niesamowicie otuchy. Dla wielu Polaków byliśmy bowiem wyjęci spod prawa, byliśmy celem nieprzerwanych ataków. Nie raz obrzacili nas kamieniami rozbijając szyby w oknach lub inne przedmioty. Zniszczyli też nasz wychodek.

do góry...
wspomnienia...

Nie potępiam Polaków

W tamtym czasie dwóch zaprzyjaźnionych Polaków z wspomnianego majątku zaprosiło nas na obiad. Krótka droga przez wieś była dla nas jednak „zamknięta”. Biada nam, gdyby zobaczyli nas mieszkający tam Polacy! Dlatego wybraliśmy znacznie dłuższą drogę przez pola i las, by skorzystać z zaproszenia. Nasz wysiłek nagrodziła wspaniała uczta. Nasze gospodynie były bardzo miłe i suto zastawiły stół. Tak, były i takie przeżycia z Polakami! W drodze powrotnej towarzyszył nam Kaziuk, odprowadził nas przez wieś do domu chroniąc nas przed atakami polskiej młodzieży.

Innym razem musiałem przejechać furmanką przez wieś, zupełnie sam. Gdy wracałem, zaczaili się na mnie na końcu wąskiej drogi. Byli uzbrojeni w metalowe pręty, kije i kamienie. Było za póżno, żeby zawrócić. Dałem koniom mocna z bata i schowałem się pod deskę, na której powinienem siedzieć, w nadziei, że uda mi się w ten sposób uratować skórę. Posypały się na mnie kamienie i ciosy, konie wpadły w panikę. W szybkim galopie oddaliliśmy się z miejsca tego zdarzenia i tylko z trudem udało mi się uspokoić zwierzęta. Furmanka wreszcie się zatrzymała, a ja w strachu obejrzałem się za sobą. Na szczęście żadnemu z Polaków nic się nie stało. Nie do pomyślenia, co by wtedy ze mną zrobili.

Podobnie zachowywali się być może także Niemcy w Polsce. I po naszej stronie byli źli i dobrzy, oczywiście! Dlatego też nie potępiam Polaków, choć miałbym powód, żeby temu czy innemu postawić zarzut. Takie to już były te powojenne lata, nienawiść i tak dalej. Dziś, Bogu dzięki, jest inaczej, byłem już od tamtego czasu dwa razy w Prusach Wschodnich i miałem okazję się o tym przekonać.

do góry...
wspomnienia...

Zgniłe ziemniaki

Głodować w tym czasie w zasadzie nie musieliśmy. W żniwa 1945 roku zbieraliśmy w trybie przymusowym zboże dla Rosjan. Wszystko wymłócono i wysłano do Rosji. My oczywiście wykradliśmy parę worków, mimo iż Rosjanie bardzo nas pilnowali. Ale wiedzieliśmy dokładnie – bez chleba w zimie jesteśmy straceni. Gdy przyszły wykopki, Rosjan już nie było, ziemniaków nie zabrali.

Część zebranych ziemniaków trzymaliśmy w domu, a resztę zakopaliśmy w ziemiankach. Później, jakoś na wiosnę 1946 roku, pracowaliśmy, jak już wspomniałem, w majątku Smolajny. Wydaje mi się, że zarządzał nim polski kościół. W gotówce płacono nam bardzo mało, może złotówkę na dzień – można było za to kupić mniej więcej kilogram chleba – ale my dostawaliśmy jedzenie w pracy. Te niewielkie pieniądze, które dostawaliśmy oprócz jedzenia, szły na rodzeństwo, które było jeszcze za małe, żeby pracować. W każdym razie nie musieliśmy głodować.

Tylko z ziemniakami mieliśmy pecha, gdy się skończyły. Była jeszcze zima i musieliśmy odkopać pierwszą ziemiankę. Odkopaliśmy – nocą, cichaczem, tak cicho, jak tylko się dało. Polski gospodarz w nocy niczego nie usłyszał, ale na drugi dzień, zobaczył, w którym miejscu było kopane.Widząc że znów mamy ziemniaki, przypuszczał, że zakopaliśmy swego czasu jeszcze więcej. Szukał wszędzie. Kawałek po kawałku przeszukiwał ziemię wbijając metalowy pręt. Znalazł w ten sposób naszą ostatnią ziemiankę, ale po odkopaniu przyszło mu stwierdzić, że wszystkie ziemniaki zgniły i nie nadawały się do jedzenia – nigdy się to nam wcześniej nie zdarzyło! Dlatego moja matka powiedziała – nigdy tego nie zapomnę – „Widzisz, to kara boża! Chciałeś nam zabrać to, cośmy wyhodowali. My i tak nic już byśmy z tego nie mieli, ale ty też nic nie będziesz miał!”

Ziemniaków, które chciał nam ukraść, potrzebował pewnie na bimber. Pędził dużo alkoholu z ziemniaków i z żyta, mimo iż nie było za wiele do jedzenia. Urządzał libacje z mężczyznami ze wsi. Mama musiała piec im chleb. Znosili jej mąkę, a jak tylko chleb wychodził z pieca, cięli go na kawałki, jedli gorący, i pili do tego bimber. Potem po pijaku śpiewali i tańcowali. Chleb ten tak im smakował, że z czasem przychodziło coraz więcej chętnych do pieczenia. Był to chleb na zakwasie, nie na drożdżach.

do góry...
wspomnienia...

W areszcie milicyjnym

Na krótko przed wysiedleniem za Odrę latem 1947 roku mieliśmy pewne bardzo nieprzyjemne przejścia. Którejś nocy przyszła polska milicja i aresztowała kilku z nas - moich braci Franza i Huberta oraz mnie. Chcieli zabrać także Paula, ale nasi polscy znajomi z majątku, Kazik i Piotr, pomogli mu się ukryć. Ja sam miałem wtedy trzynaście lat, Hubert tylko jedenaście. Zabrano nas do Dobrego Miasta i przesłuchiwano. Zarzucano nam, że strzelaliśmy do jakiegoś Polaka, którego nigdy w życiu nie widzieliśmy. Najgorsze na tym przesłuchaniu było to, że ci tak zwani policjanci znęcali się nad nami. Bili nas kawałkiem kabla o grubości trzech centymetrów, i to nie tylko w pośladki, nie raz trafiali także w plecy. Tortura ta odbywała się na krześle, na które musieliśmy się położyć – jeden Polak zakleszczał nam głowę między udami, drugi trzymał nas mocno za nogi, a trzeci bił. Franza przywiązali do drabiny tak mocno, że nie mógł ruszyć ani ręką, ani nogą. Potem zaczęli go bić.

W przedpokoju siedział oficer z kobietą na kolanach. Pili wino, palili papierosy i śmiali się. A my wrzeszczeliśmy z bólu. Potem trafiliśmy do aresztu, każdy do oddzielnego pomieszczenia bez mebli, w środku nic oprócz gołej, zimnej podłogi. Tak spędziłem dwa dni, bez jedzenia i picia. Trzeciego dnia trafiliśmy wszyscy do jednej celi. Na szczęście padał deszcz, a my znaleźliśmy blaszaną puszkę, którą mogliśmy wyłapać choć trochę wody. W miedzyczasie byliśmy znowu przesłuchiwani i co rusz bici.

Tego dnia do naszej celi trafiła Polka, do której po krótkim czasie przyszła matka na widzenie. Strażnik podał jej przez drzwi miskę pełną pachnącej zupy, po czym znów zamknął celę. Ona zaś przekazała to jedzenie nam mówiąc łamaną niemczyzną „Dzieci jeść” i zaczęła przez zamknięte drzwi głośną rozmowę ze swoją matką. Łykaliśmy to jedzenie, byliśmy jej za nie bardzo wdzięczni. Wieczorem zebrano nas w jednym pomieszczeniu i oznajmiono nam „wyrok”. Mniej więcej takimi słowami: „Franz Block – kulka w łeb, Helmut Joswig – kulka w łeb, Lothar Porschatek – 20 lat więzienia, Josef Block – 15 lat, Hubert Block – 10 lat!”

Nazajutrz rano milicjanci wezwali mnie do siebie. Bałem się, że znów mnie będą bili, ale tym razem było inaczej. Oficr powiedział do mnie: „Pójdziesz do domu po matkę, niech zabiera twojego chorego brata!”. Nie mogłem w to uwierzyć, ale rzeczywiście zaprowadzili mnie do drzwi i wypuścili na zewnątrz. Zacząłem biec ile tchu, aż zabrakło mi sił, byle dalej od nich. Do domu miałem bądź co bądź pięć kilometrów. Chyba połowę tej drogi biegłem. Mama poszła z wózkiem ręcznym i młodszym rodzeństwem na milicję, żeby odebrać Franza. Starszych dzieci ze sobą nie zabrała, bojąc się, że Polacy je aresztują.

Huberta i inne dzieci zwolnili następnego dnia. Po tym wszystkim przez trzy tygodnie nie mogłem ani normalnie siedzieć, ani leżeć na plecach. Mojemu najstarszemu bratu tak stłukli pośladki, że rany zaczęły gnić na żywym ciele. Mama i pani Wiezorreck leczyły je ziołami – rumiankiem i tym podobnymi. Trwało to kilka tygodni.

do góry...
wspomnienia...

Wypędzenie

W połowie czerwca 1947 roku zarządzono wysiedlenie Niemców. Wójt powiedział, że trafimy do transportu do Lidzbarka Warmińskiego. W tym czasie we wsi pozostawało jeszcze tylko szesnastu Niemców – nasza rodzina, rodzina Wiezorrków i jeszcze jedna kobieta z córką, do tego kilka rodzin z majątku. Rodziny Wiezorreck i Olszewski musiały zostać na miejscu – powodem były ich polsko brzmiące nazwiska.

Z polecenia wójta podstawiono dwie furmanki, którymi do punktu zbiorczego jechać miał bagaż i dzieci. Dorośli mieli iść pieszo, było to mniej więcej 18 kilometrów drogi. Cała polska ludność zabrała się wokół. Załadowaliśmy na wozy nasze bagaże, na których usadowiły sie mniejsze dzieci, większe stały obok wozów. Gdy tylko wozy ruszyły – nie wiem jak to inaczej nazwać, powiem po prostu tak, jak to wtedy odczułem – Polacy rzucili się jak sępy na te nasze tobołki – a nie pozostało tego od końca wojny wiele. Odebrali nam prawie wszystko, tak że zabrać w drogę mogliśmy niewiele więcej, niż to, co mieliśmy na sobie. Wyrywali nam te rzeczy z rąk. My, dzieci, nie byliśmy w stanie się bronić, to byli sami dorośli mężczyźni, którzy zrbowane przedmioty od razu podawali rodzinie stojącej z tyłu, natychmiast siętgając po nowe! To było ostatnie wspomnienie ze Smolajn.

W Lidzbarku wszystkich wysiedlonych Niemców załadowano w wagony bydlęce, w których było dosyć ciasno, i niedługo po tym, jak zamknięto drzwi, pociąg ruszył. Transport posuwał się bardzo powoli naprzód, etapami. Nieraz staliśmy godzinami na jakimś dworcu, czekając na wolny tor. Prowiant dostaliśmy tylko jeden jedyny raz, a i to bardzo niewystarczający. Nie było wystarczającej ilości naczyń do jedzenia przydzielonej zupy. Kobieta rozdzielająca jedzenie była bardzo miła. Wymogła ona, mimo sprzuciwu eskorty, że niemieckie kobiety dostały kilka wiader wody do mycia. Nie mieliśmy zupełnie nic, byliśmy całkowicie zdani na ich łaskę i niełaskę. W pociągu nie było też urządzeń sanitarnych. W takich warunkach dotarliśmy do granicy, skąd pociąg nasz skierowano w kierunku Drezna. Po dwóch dniach i trzech nocach dotarliśmy w koń c u do Pirny w Saksonii.

do góry...
wspomnienia...

Zaczynamy od nowa

W Pirnie trafiliśmy najpierw do byłych koszar wojskowych. Na początku musieliśmy poddać się różnym szczepieniom, a potem zostaliśmy odwszeni – to nic, że nie mieliśmy wszy, nie było żadnej dyskusji! Przyjechaliśmy w końcu zza Odry, a tam, jak wiadomo, wszyscy byli zawszeni – nasi gospodarze z Saksonii tak przynajmniej myśleli i odpowiednio nas traktowali. Naszą odzież zabrano do dezynfekcji w specjalnych komorach z wysoką tempraturą. Na koniec rozdzielono trochę nowych ubrań, bo wielu ludzi, a i nasza rodzina po części też, nie miało nawet bielizny na zmianę. Po tej wstępnej procedurze i sprawdzeniu personaliów zaczęto rozdzielać przesiedleńców na całą radziecką strefę okupacyjną. Rodzina Block trafiła w okolice Chemnitz, do miejscowości Limbach-Oberfrohna w Saksonii. Dostaliśmy tam mieszkanie i trochę sprzętów.

Tak zaczęło się dla nas powoli normalne życie. Mój najstarszy brat Franz, mój brat bliźniak Paul i ja, wszyscy mieliśmy skończone czternaście lat, dlatego wysłano nas od razu do urzędu pracy, a stamtąd do zakładów. Nikt nie pytał, czy mieliśmy ukończoną szkołę, czy nie. Mieliśmy tyle i tyle lat, więc przydzielono nas do odpowiednich prac. Młodsze rodzeństwo chodziło do szkoły, ale od razu do tej klasy, do której przynależało z racji wieku. Po dwóch latach bez nauki mieli początkowo duże problemy.

Ja trafiłem do maleńkiej firmy. Byłem tam jedynym pracownikiem. Razem z szefem sortowaliśmy odpady tamtejszej fabryki tekstylnej i przygotowywaliśmy ich wysyłkę do dalszej obróbki. Firmy spedycyjne odbierały od nas bele materiałów. Wytrzymałem tam dwa lata. Szef początkowo nie płacił mi za pracę w święta, a ja sam nie miałem o tych rzeczach zielonego pojęcia. Zarabiałem 45 fenigów na godzinę. Od znajomych dowiedziałem się, że za pracę w święta należy mi się dodatek. Poszedłem do związków zawodowych i dowiedziałem się, co i jak. Summa summarum – mój szef musiał zapłacić wstecz za wszystkie święta. Wówczas po raz pierwszy w życiu trzymałem w rękach większą sumę pieniędzy.

do góry...
wspomnienia...

Młodzieżówka socjalistyczna

Mimo że mój stary szef koniecznie chciał, żybym u niego został i dał mi nawet podwyżkę (55 fenigów na godzinę), zmieniłem miejsce pracy. Był to znacjonalizowany państwowy zakład, farbiarnia. Nie miałem jeszcze ukończonych 18 lat, dlatego wysłano mnie, tak jak się należało, do szkoły zawodowej. Trafiłem tam jednak z racji wieku do ostatniej klasy. Mając za sobą jedynie pięć i pół roku nauki w szkole podstawowej i pięć lat zupełnie bez szkoły, miałem poważne problemy z nauką, było bardzo ciężko. Do dziś pamiętam pierwszą lekcję matematyki. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu liczb na raz i nie wiedziałem w ogóle, co z nimi zrobić. Na pytanie nauczyciela, czy mi się nie chce, odpowiedziałem zgodnie z prawdą i przy całej klasie wyjaśniłem moją sytuację. Koledzy z klasy wybuchli gromkim śmiechem, a mi oczywiście było bardzo wstyd. Podczas gdy pozostali uczniowie pisali klasówę, ja siedziałem razem z nauczycielem, który dokładnie wypytywał mnie na temat mojej dotychczasowej kariery szkolnej. Później dawał mi dobrowolnie korepetycje. Dzięki intensywnej nauce udało mi się za jakiś czas dogonić resztę klasy.

Emblemat wschodnioniemieckiej młodzieżówki socjalistycznej
Emblemat wschodnioniemieckiej młodzieżówki socjalistycznej.

Farbiarnia, w której podjąłem pracę, nazywała się Państwowy Zakład Uszlachetniania Tkanin, a później Państwowy Zakład „Czerwony Farbiarz”. Zetknąłem się tam po raz pierwszy z polityką proletariatu. Przystąpiłem do organizacji młodzieżowej FDJ (Wolna Młodzież Niemiecka). Jednym z jej haseł było na przykład: „My Niemcy, nigdy więcej nie będziemy strzelać!”. Dużo takich haseł było. Mogłem się pod nimi jak najbardziej podpisać, bo wiele widzieliśmy z wojny i wiele odczuliśmy na własnej skórze. Awansowałem nawet do funkcji kierownika organizacji zakładowej i jeździłem na różne konferencje i seminaria. Raz na przykład byłem w Dreźnie na spotkaniu wszystkich kierowników zakładowych z terenu Saksonii. Naczelnym przywódcą FDJ był wtedy Erich Honecker, późniejszy przywódca NRD, który prowadził tą konferencję. Ale po kilku spotkaniach tego typu zorientowałem się, jak bardzo nas okłamywano. My zaś mieliśmy te kłamstwa przekazywać dalej w naszych grupach osiedlowych i zakładowych. Ja nie mogłem, bo hasła te po prostu nie pokrywały się z prawdą. Na jednym z seminariów jeden towarzysz powiedział: „Ale to przecież nieprawda!”. Nikt mu bynajmniej nie zaprzeczył, odpowiedziano mu natomiast, że należy wybrać takie sformułowanie, które zostanie przyjęte przez słuchających jako prawdziwe i odpowiadające faktom.

Moje własne zebrania zakładowe ustawiałem zawsze tak, że to nie ja, lecz sekretarz zakładowy partii przedstawiał te tematy kolegom. Nie sposób było jednak robić tak na dłuższą metę. Chętnie pozbyłbym się mojej funkcji, ale nie chciano się na to zgodzić. Kto raz jest „w branży”, ten tak łatwo już jej nie opuści. W końcu nie miałem innego wyjścia, niż zwolnić się z pracy pod byle jakim pretekstem, mimo iż pracowałem tam chętnie. Atmosfera i koledzy byli super. Zwolniłem się jednak, aby uwolnić się od tej całej presji politycznej.

Bezpośrednią przyczyną tego kroku był Światowy Festiwal Młodzieży wBerlinie w 1951 roku. Jako kierownik organizacji zakładowej FDJ musiałem oczywiście tam pojechać. Przez trzy tygodnie razem z innymi funkcjonariuszami opiekowałem się młodzieżą biorącą udział w festiwalu. Zakwaterowani byliśmy w obozie namiotowym nad jeziorem Müggel, każdy z nas miał przydzielonych kilka grup, które co tydzień się zmieniały. Podczas tego festiwalu pozwolono nam nawet pojechać do Berlina Zachodniego. Dziwne było także to, że za nic nie musielśmy płacić – także w zachodniej części miasta. Tramwaj, autobus, szybka kolej miejska – wszystko za darmo! Nawet prowiant dostawaliśmy bezpłatnie. Wielokrotnie byliśmy w Berlinie Zachodnim, granica była wtedy jeszcze otwarta, i rozmawialiśmy tam z ludźmi. Ja po prostu nie mogłem uwierzyć, że to, co mówiono nam w FDJ, to prawda. Że Niemcy Zachodnie to nasz wróg numer jeden.

Któregoś razu otrzymaliśmy rozkaz udania się na wiec ówczesnego prezydenta zachodniej części miasta. Pod ubraniami schować mieliśmy flagi i transparenty, żeby nikt do samego końca nie zorientował się, jaki jest cel naszej wizyty. Naszym zadaniem było bowiem zakłócenie tego wiecu. Władze w Berlinie Zachodnim były jednak poinformowane. Jeszcze w drodze podeszli do nas policjanci i zaczęli nas przekonywać: „Chłopcy, po co to komu, nie zakłócajcie porządku. Wracajcie do domu.” Ja i paru kolegów rzeczywiście wsiedliśmy do kolejki i pojechaliśmy z powrotem do wschodniej części miasta. Jednak pozostali towarzysze „nie popuścili”! Doszło do poważnego zakłócenia wiecu, a nawet do bójek. Prasa NRD-owska przedstawiała to potem oczywiście całkiem inaczej. Na Światowy Festiwal Młodzieży zjechali przedstawiciele z różnych krajów, także z Zachodu. Ale to, co głoszono tam oficjalnie na tematy polityczne, nie pokrywało się z prawdą!

Po zwolnieniu z farbiarni pojechałem razem z moim bratem bliźniakiem szukać pracy w Chemnitz. Szybko znaleźliśmy zatrudnienie w budownictwie, bo zniszczenia wojenne były wszędzie duże. Była to ciężka, trudna praca, ale nam to nie przeszkadzało. Cieszyłem się, że nie mam już nic do czynienia z całą tą ich polityką. Wręcz odwrotnie, po tym, co zobaczyłem w Berlinie, zupełnie się z tego wycofałem. Także dla budowlańców były organizowane wieczory FDJ i czasem na nie chodziłem. Najczęściej jednak miałem odpowiednie usprawiedliwienie mojej nieobecności. Często się bowiem zdarzało, że pracowaliśmy do późna i moglibyśmy nie zdążyć na pociąg do Limbach, gdzie mieszkaliśmy.

do góry...
wspomnienia...

Ucieczka z NRD

Nasz mistrz z budowy nazywał się Müller, był to wspaniały człowiek, zawsze trzymał z nami. Nie raz mówił: „Chłopcy, co tu po was? Nie macie tu żadnej przyszłości. Uciekajcie na Zachód!” Długo się z bratem nad tym zastanawialiśmy i często na ten temat rozmawialiśmy. Pewnego wieczoru jesienią 1952 roku, kiedy akurat nie było nas w domu, przyszło dwóch mężczyzn ze służby bezpieczeństwa czy z partii, pytali o Josefa i Paula Blocka. Matka nie wiedziała dokładnie, jak tą sytuacje opisać, ale miała złe przeczucia. Przestraszyliśmy się trochę i zdecydowaliśmy: „Wiejemy stąd!”. Powiedzieliśmy mamie, żeby spakowała nam torbę z najpotrzebniejszymi rzeczami, woleliśmy nie nocować w domu. W środku nocy zadzwoniliśmy w umówiony sposób do drzwi, zabraliśmy torbę, pożegnaliśmy się szybko z mamą i wyruszyliśmy na dworzec do Chemnitz. Całą drogę przeszliśmy pieszo, po jakichś trzech godzinach byliśmy na miejscu i zdążyliśmy na poranny pociąg do Berlina.

W pociągu co chwila były kontrole, w Berlinie nie było wtedy jeszcze muru, dlatego kontrolowano w pociągach. Bardzo pomocne okazały się przy tym moje odznaczenia, które dostałem jako aktywista i członek FDJ w farbiarni. Poprzypinałem je do ubrania i kontrolujący nas policjanci byli automatycznie mniej podejżliwi. Często pytali nas, po co jedziemy do Berlina. Jako cel podróży podawaliśmy odwiedziny u wujka w Berlinie Wschodnim. I rzeczywiście, skierowaliśmy tam nasze pierwsze kroki. Następnego dnia pojechaliśmy stamtąd kolejką do Berlina Zachodniego. Ponieważ oprócz naszej małej torby nie mieliśmy przy sobie żadnych bagaży, policja nas już więcej nie kontrolowała. Myśleli pewnie, że jesteśmy berlińczykami ze wschodniej części miasta jadącymi do pracy na zachód. W ten sopsób dotarliśmy do Berlina Zachodniego i zgłosiliśmy się w punkcie dla uchodźców. Otrzymaliśmy tam pierwsze informacje, a na drugi dzień mieliśmy udać się do obozu przejściowego. Tam nakarmiono nas i przydzielono nam miejsce do spania. Byliśmy tam około 14 dni. W tym czasie musieliśmy stawić się w komendanturach wszystkich trzech zachodnich mocarstw okupacyjnych [Berlin podzielony był na cztery sektory: amerykański, brytyjski, francuski i radziecki, red.]. Przeszliśmy przez gęste sito biurokracji u Amerykanów, Francuzów i Anglików, i za każdym razem musieliśmy odpowiadać na te same pytania: „czemu, po co i jak opuściliście radziecką strefę okupacyjną?”. Za każdym razem odpowiadaliśmy tak samo: „Z przyczyn politycznych!”. Moje odznaczenia z FDJ w międzyczasie oczywiście wyrzuciłem.

Bracia Block po ucieczce na Zachód
Na zachodzie Niemiec bracia Block znaleźli nową ojczyznę oraz pracę w górnictwie.

W końcu dostaliśmy darmowe bilety lotnicze na przelot z Berlina do Hamburga. Ale i tam trafiliśmy najpierw do obozu dla uchodźców. Pytano nas, jakiego zawodu się nauczyliśmy lub gdzie ewentualnie chcielibyśmy pracować. Dwie branże pilnie szukały pracowników: rolnictwo i górnictwo! Zgłosiliśmy sie do górnictwa, rolnictwo znaliśmy w końcu doskonale z domu. Chcieliśmy poznać coś nowego i dobrze zarobić. Do następnego transportu w kierunku zagłębia węglowego w Nadrenii i Westfalii minęły kolejne dwa tygodnie. W tym czasie poddano nas badaniom stwierdzającym przydatność do pracy w górnictwie. Przez resztę czasu wykonywaliśmy różne prace dorywcze.

Dobrze pamiętam zebranie polityczne zorganizowane przez partię chrześcijańsko-demokratyczną CDU, było ono w gospodzie niedaleko obozu. Po ujawnieniu, skąd jesteśmy, pozwolono nam zostać na sali w roli słuchaczy. Zafundowano nam nawet po piwie. Teraz mogliśmy na własne oczy zobaczyć różnicę miedzy polityką na Wschodzie i na Zachodzie.

Po kilku dniach przyszło nam się pożegnać z Hamburgiem, koleją pojechaliśmy do Zagłebia Ruhry, do miasta Essen, tam zaś przydzielono nas do kopalni Niederberg w miejscowości Neukirchen-Vluyn. Dostaliśmy miejsca w hotelu robotniczym dla górników-kawalerów. Przez siedem i pół roku pracowałem pod ziemią, do czasu, gdy z przyczyn zdrowotnych musiałem zmienić zawód. W międzyczasie ożeniłem się (w roku 1954) z Renatą. Znaliśmy się jeszcze z Saksonii i już tam byliśmy w bardzo bliskich kontaktach. Mniej więcej pół roku po mojej nagłej ucieczce z Limbach-Oberfrohna Renata dołączyła do mnie tą samą drogą, przez Berlin. A ponieważ wówczas mieszkania przydzielano tylko małżeństwom, pobraliśmy się bardzo młodo. Ja ukończyłem akurat 21 lat, a moja żona miała 19 lat. Mój brat Paul umarł niestety w 1959 roku na cukrzycę, której lekarze nie rozpoznali w porę. Była to dla mnie duża strata.

Po opuszczeniu kopalni bardzo szybko dostałem pracę posadzkarza w budownictwie. Przepracowałem w tym zawodzie prawie trzydzieści lat i zdobyłem w nim oficjalne uprawnienia zawodowe. W październiku 1989 roku musiałem rozstać się i z tą pracą z powodu poważnej dolegliwości kolan. Przeszedłem na rentę chorobową. W Neukirchen-Vluyn zadomowiłem się i założyłem rodzinę. Mamy z żoną dwoje dzieci i mieszkamy w ładnym domu jednorodzinnym.

Chciałbym wspomnieć jeszcze krótko nasze kontakty z NRD po ucieczce. Wydawaliśmy duże pieniądze, żeby wspierać naszych krewnych w Niemczech Wschodnich. Były nawet okresy, kiedy wysyłaliśmy tam 40-50 paczek rocznie. Z czasem możliwe stały się też odwiedziny w NRD, jeździliśmy tam wtedy przynajmniej raz do roku, czasami nawet częściej. A wiązało się to z wysokimi kosztami. Musieliśmy zapłacić nie tylko za drogą wizę, lecz wymienić ponadto 25 marek zachodnich na marki wschodnie według kursu 1:1 – na osobę i dzień pobytu! Za te pieniądze nie można było kupić rzeczy, które przydałyby się nam na Zachodzie. To, co wolno nam było zabrać za granicę, to były mało atrakcyjne towary. Podczas kontroli granicznej byliśmy często traktowani uprzejmie i poprawnie, ale nieraz zdarzały się szykany. Kilkakrotnie poddano nas nawet rewizji osobistej i celowo nas poniżano. Każdy obywatel RFN przyjeżdżający do NRD musiał się ponadto zameldować i wymeldować w miejscu, dokąd podróżował. Również i przy tej okazji musieliśmy znosić nieraz grymasy nieuprzejmych urzędników. Chwała Bogu, wszystko to skończyło się w 1989 roku.

do góry...
wspomnienia...
Copyright © by Cezary Bazydło, 2006
Wszelkie prawa zastrzeżone