„Co takiego żeśmy zrobiły?”
Rozmowy z Hildegardą F. i jej siostrami
W pierwszej rozmowie Hilda i jej siostry Lisbeth i Róża opisują życie w Tolkmicku – niewielkim miasteczku nad Zalewem Wiślanym. Ludzie od pokoleń żyją tam z wody – łowią ryby, przewożą towary i wyciągają z dna morza głazy potrzebne do budowy dróg. Życie nie stoi jednak w miejscu, również do Tolkmicka dociera duch nowych czasów – duch nazizmu. Kiedy padają pierwsze strzały na Westerplatte, wyraźnie słyszalne w Tolkmicku, nieliczni żydowscy sąsiedzi już dawno opuścili miasto. Pustoszeją sklepowe półki, pojawiają się za to plotki o więźniach z obozu koncentracyjnego Stutthof pracujących w pobliskim Elblągu. Hilda o mały włos traci możliwość nauki w elbląskiej „handlówce“, jej matka nie zamierza bowiem wstąpić do Narodowosocjalistycznej Ligi Kobiet. W lutym 1945 roku rozpoczyna się ucieczka przed nadciągającym frontem. Po krótkim postoju w Gdańsku siostry docierają z matką i babcią do Danii – pobyt w tamtejszych obozach dla uchodźców jest tematem drugiej rozmowy. Do Niemiec wracają dopiero w roku 1947 – lecz jest to już zupełnie inny kraj.

Logo fabryki marmolad otwartej w 1938 roku.
Hilda: Fabrykę marmolady, w której pracowałam, otwarto w 1938 roku. W latach 1940-1942 uczyłam się w Szkole Handlowej w Elblągu, a od roku 1942 aż do naszej ucieczki 4 lutego 1945 roku pracowałam w fabryce, głównie w księgowości. Zatrudnialiśmy około stu dwudziestu robotników. Centrala i główny zakład były w Hamburgu: „Dolnosaksońska Fabryka Marcepanu, Marmolad i Konserw, Bracia Engelken i Spółka”. Zakład w Tolkmicku nosił tę samą nazwę, ale z dodatkiem „Filia Prusy Wschodnie”. Mój szef jeździł stale miedzy obydwoma zakładami – czternaście dni był w Hamburgu, czternaście w Tolkmicku. Zewsząd dostarczano nam beczki z przecierem i koncentratem, nawet z Węgier. W zakładzie były wielkie kotły, w których gotowano marmoladę, i raz także my, pracownicy umysłowi, musieliśmy pomagać przy napełnianiu słoików.
Pytanie: A ile osób pracowało w biurze?
Hilda: Było nas chyba siedem. Pamiętam jeszcze, jak tuż przed ewakuacją w 1945 roku razem z koleżanką niszczyłyśmy papiery. Do samego końca nie wiedziałyśmy nic konkretnego, nawet nam się nie śniło, że wojska rosyjskie zajdą tak daleko w głąb Niemiec. W Hamburgu produkowano także marcepan i nugat, i w czasie wojny wszystkie maszyny do tego potrzebne przeniesiono do Tolkmicka ze względu na ciężkie naloty bombowe na Hamburg. Z pewnością maszyny te pozostałyby w posiadaniu firmy, gdyby pozostawiono je w Hamburgu, a tak wszystko poszło na straty. Razem z kierownikiem spisywałam przed ucieczką cały inwentarz pozostający na miejscu, miałam w ręku blok stenograficzny, dobrze to pamiętam…
Lisbeth: Wszystko to wpadło potem w ręce Rosjan.
Pytanie: A ile pani w tej fabryce zarabiała?
Hilda: 67 marek i 50 fenigów miesięcznie. Później dostawałam premię i zarabiałam 75 marek.
Lisbeth: A ile zarabiał taki robotnik?
Hilda: Tego nie pamiętam, rozliczaniem płac zajmowałam się tylko przejściowo, moim głównym zadaniem było księgowanie faktur.
Lisbeth: Ale zarabiali mniej niż ty, prawda?
Hilda: Tak, robotnicy dostawali mniejsze pobory. Wiem jedynie, że nasza główna księgowa, kierowniczka księgowości, zarabiała na koniec 300 marek miesięcznie.
Lisbeth: Nad Zalewem Wiślanym w prawie każdej miejscowości była cegielnia. Zatrudnieni tam mężczyźni musieli naprawdę bardzo ciężko pracować i dostawali za to niewielkie pieniądze. W cegielniach były piece kręgowe, do których trzeba było wwozić i wywozić taczkami wypalane cegły. Dostawali za to 25 marek tygodniowo, ale był to naprawdę kawał ciężkiej roboty, pamiętam dokładnie.
Hilda: W Tolkmicku było niewiele miejsc pracy, szczególnie dla młodych dziewcząt. Mężczyźni chodzili pracować głównie w cegielniach. Czasami nawet dziewczęta to robiły. Poza tym była jeszcze garncarnia i właśnie fabryka marmolady. Okolica była typowo rolnicza, także nasi dziadkowie mieli pole i jedną krowę. Dwie ciocie otworzyły warsztat krawiecki – miały nawet ucznia. Oprócz tego były jeszcze lokale gastronomiczne, skład materiałów budowlanych, bednarze, sklep z rowerami itd. Fabryka marmolady miała własnego bednarza, który czyścił beczki z koncentratem i przecierem do produkcji marmolady. Kotły do gotowania marmolady były z miedzi.
Lisbeth: No i oczywiście rybacy, było ich bardzo dużo!
Pytanie: Ale Tolkmicko to dosyć małe miasteczko, po te ryby przyjeżdżali pewnie ludzie z całej okolicy?
Hilda: Nie, wszystko kupowali mieszkańcy Tolkmicka. Tolkmicko miało 4.000 mieszkańców.
Lisbeth: Głównie przyjeżdżali do nas rybacy z Mierzei, leżącej po drugiej stronie Zalewu Wiślanego. Albo ich żony. Miały flądry, chodziły najczęściej we dwójkę ze specjalną belką do noszenia wiader. Na tej belce zawieszone były dwa kosze. „Flądry, flądry!” krzyczały na cały głos.
Hilda: Ale był też mały sklep rybny, właściciel nazywał się Lobach, tam też można było kupić ryby.

Statek ojca z nurkiem.
Hilda: Oprócz tego mieliśmy w Tolkmicku barki i kutry, to bardzo ważne. Była nawet mała stocznia, właściciel nazywał się Modersitzky – budowano tam barki z drewna. Jeden z moich wujków pracował tam jako cieśla. Były dwa rodzaje takich statków, szkunery i łomki. Łomki miały tylko jeden maszt, szkunery miały dwa maszty i były większe, nazywano je też barkami ciężarowymi. Te statki pływały do różnych cegielni, a tam ładowano cegły, które później płynęły do Piławy lub Królewca. Przy ich rozładunku pomagały także kobiety. W lecie, gdy miałyśmy ferie, tata zabierał nas ze sobą na takie rejsy. Czasami woziło się też żwir, drewno i tłuczeń do budowy dróg. Szkunery mogły wypływać na pełne morze, statek naszego taty też. Ojciec pracował najpierw z dziadkiem, a później miał wspólnika. Mieli jednego marynarza lub co najwyżej dwóch, była to mała barka. Barki, które mogły wypływać na pełne morze, wypływały z Zalewu na Bałtyk i wybierały tam kamienie z dna. Robiono to tak: zabierało się nurka, naszego wójka, który schodził w skafandrze na dno. Spuszczało mu się olbrzymie kleszcze, do których on przymocowywał jakiś wielki kamień. Potem te kamienie wyciągano i pakowano do ładowni – i wszystko to bez silnika, windą linową. Te kamienie, to były potężne głazy. Potrzebowano ich do budowy dróg – rozsadzano je za pomocą dynamitu, a potem trafiały one tam, gdzie było zapotrzebowanie, także do Królewca i Piławy.
Lisbeth: Molo w Piławie wychodziło głęboko w morze. To właśnie statki z Tolkmicka dostarczały kamieni na jego budowę. Cesarz Wilhelm, który miał pałac w pobliskich Kadynach, był tam kiedyś i powiedział tak: „Boże, ile mnie te molo kosztowało! Wydaje mi się, jakby tu w morzu leżały góry zatopionych dukatów”. A dla nas to był zarobek.
Hilda: Życie żeglarza było niebezpieczne…
Róża: Ludzie mówili, że nasi z Tolkmicka należeli do odważnych…
Hilda: Ale żadne ubezpieczenie nie chciało ich przyjąć, bo było to bardzo ryzykowne, gdy był szturm i ktoś utonął.
Pytanie: Czy często się to zdarzało?
Hilda: Nie, rzadko. Ale nasz dziadek ze strony matki miał wypadek na statku. Siedział na luku i jadł akurat, gdy nagle przyszły duże fale – było to na Zalewie Wiślanym. Zdążył jeszcze powiedzieć do innych „uważajcie” i w tym momencie przeleciał maszt poprzeczny i zerwał go z luku. Prawie by go wyrzucił za burtę, ale po bokach były barierki. Uderzył skronią prosto w te żelazne cholerstwa i zginął na miejscu. Na szczęście dla rodziny był akurat ubezpieczony, dlatego że zanim założył własny zakład przewoźniczy pływał kiedyś jako marynarz na pełnym morzu, a tam obowiązywały inne przepisy. Z tego tytułu babcia dostawała po nim co miesiąc 40 marek renty – wówczas nie było to mało. Powtarzała zawsze „Ojciec zostawił mi dobrą rentę!”, a oprócz tego miała małą gospodarkę, krowę, świnię i gęsi.
Pytanie: A ile taki statek kosztował?
Lisbeth: Dziadek powiedział do mnie kiedyś: „Taki statek kosztuje tyle, że mogłabyś sobie za to cały dom kupić”. Myślę, że było to jakieś 15-20 tysięcy marek.
Hilda: To była duża suma, domek jednorodzinny można było kupić już za 10 tysięcy.
Lisbeth: Nasz ojciec umarł mając 35 lat. Na gruźlicę…
Hilda: Nieraz zabierał nas ze sobą, jak jechał do Królewca. Pamiętam dokładnie, że cumował zawsze na rzece Pregole. A rano wysyłał mnie po pieczywo do piekarza, przechodziłam wtedy za każdym razem koło „Świątyni na Wodzie” – była to taka pływająca restauracja. A raz, w zoo, małpa pociągnęła mnie za warkocz (śmiech).

Statek ojca podczas wybierania kamieni z dna Bałtyku.
Róża: W Królewcu chodziliśmy na zakupy, tata był w tym względzie dosyć wielkoduszny, za to mama trzymała rękę na sakiewce. „Tato, jakie ładne budy!” – „A potrzebne ci buty?” – „Tak, tatusiu, potrzebne ”. A matka potem mówiła: „Marcin, Róża przecież będzie miała buty po Lisbeth i po Hildegardzie!” Ale ja też chciałam mieć nowe! Był taki jeden dom towarowy, nazywał się Epa, można tam było kupić wszystko po przystępnych cenach. Tata dużo rzeczy potrzebnych w domu przywoził z Królewca, np. nowe lampy.
Pytanie: A jak długo się do Królewca takim statkiem płynęło?
Hilda: Te statki nie miały silnika, czyli zależnie od pogody…
Róża: Osiem godzin, a czasem, pod wiatr, musieli płynąć zygzakiem, wtedy było dłużej. W Królewcu trzeba było płacić za pobyt w porcie. Żeby trochę zaoszczędzić, tata rzucał kotwicę poza portem i płynął wieczorem na brzeg łódką.
Pytanie: Na jak długo Zalew zamarzał zimą?
Lisbeth: O, czasami już nawet pod koniec listopada! Sprawdzano wtedy, jak gruby jest ten lód, żeby się nikt nie utopił. Wydaje mi się, że lód miał co najmniej 40 centymetrów grubości, a Zalew był zamarznięty do marca, co roku.
Hilda: Niektóre statki zostawały na wodzie i po zamarznięciu wokół był lód, a dzieci bawiły się pomiędzy nimi w chowanego. Statki, które trzeba było naprawić, wyciągano przed nadejściem zimy na ląd. W zimie je remontowano, a gdy lód stopniał, ściągano je z powrotem na wodę, lubiłam przy tym być…
Lisbeth: Statki smarowano szarym mydłem, żeby można je było ciągnąć po szynach.
Hilda: Jak Zalew zamarzł, to rybacy wyjeżdżali na lód saniami z żaglem, wybijali przerębel i spuszczali sieci…
Lisbeth: Przewoźnicy, jak na przykład mój ojciec, też łowili zimą ryby.
Hilda: W zimie nie mogli pływać, dlatego musieli latem zarobić tyle, żeby starczyło do lata. Zimą często chodzili do knajpy na piwo. Było to jednocześnie coś w rodzaju giełdy, na której omawiano interesy na następny sezon. A kto miał specjalne zezwolenie, mógł też chodzić na ryby, było to dodatkowe zajęcie.
Lisbeth: Wabili te ryby specjalnymi odgłosami.
Pytanie: Łowili sieciami, czy wędkami?
Hilda i Lisbeth: Sieciami.
Lisbeth: Nieraz była metrowa warstwa śniegu na lodzie, nie była to przyjemna praca! Czasem było też 28-30 stopni mrozu, teraz już takich mrozów tam chyba nie ma.
Hilda: Od minus 18 stopni mama mówiła: „Teraz to już jest znośnie” – czyli nie ma dużego mrozu.
Lisbeth: Całe szyby zamarzały, bo nie miałyśmy w domu podwójnych okien i całe okno pokryte było ślicznymi kwiatami szronu. Mama chuchała na szybę i patrzyła przez tę dziurkę, ile jest stopni na termometrze. Z rana było nieraz 20-25 stopni…
Hilda: Jak uciekałyśmy przed frontem, było minus 25 stopni.
Lisbeth: I mimo mrozu jeździłyśmy zimą na sankach, bo to był suchy mróz, nie tak jak tu nad Jeziorem Bodeńskim, gdzie obecnie mieszkamy – tu powietrze jest bardzo wilgotne.
Hilda: Były też i łyżwy.
Lisbeth: A oprócz tego wspomniane już sanie z żaglami…
Hilda: Tolkmicko było największym portem dla takich sań w całych Niemczech – tak ludzie mówili.
Pytanie: Czy te sanie były duże?
Lisbeth: Nie, nieduże, to były takie małe „łodzie” na płozach, pomyślane na okres zimy…
Hilda: Taki sport.
Pytanie: Dla dzieci, czy dla dorosłych?
Hilda: Głównie dla dorosłych, ale dzieci też często zabierano.
Pytanie: A czy sanie te służyły też do celów transportowych?
Lisbeth: Nasz ojciec miał takie sanie i woził nimi zamożnych wycieczkowiczów z Elbląga na Mierzeję, do Krynicy Morskiej. Można na tym było zarobić ładny pieniądz. Kładło się na sanie siano i bardzo grube koce wełniane, tak że można się było na to położyć – nas też czasami zabierał. Za jeden taki przejazd kasował osiem marek.

Nad morzem w Krynicy Morskiej.
Pytanie: A co robiły panie w wolnym czasie?
Hilda: Często chodziłyśmy na spacer, wieczorem, do portu i olszowego lasku położonego nad wodą…
Lisbeth: Latem chodziłyśmy codziennie nad Zalew popływać, woda miała przyjemną temperaturę i można było wejść daleko w głąb, bo było płytko. Często też jeździłyśmy statkiem wycieczkowym do Krynicy Morskiej na Mierzeję Wiślaną i kąpałyśmy się w Bałtyku. Codziennie byłyśmy nad wodą.
Hilda: Do Krynicy płynęło się statkiem „Tolkmicko”, trwało to pół godziny. Jak byłyśmy jeszcze małe, dostawałyśmy podczas takiej wycieczki truskawki z bitą śmietaną, było to dla nas za każdym razem duże święto.
Róża: Mieszkańcy Tolkmicka płacili za przejazd na Mierzeję mniej niż ludzie, którzy przyjechali z dalszej okolicy, np. z Elbląga. Z Elbląga dużo ludzi przyjeżdżało do Tolkmicka kolejką podmiejską i przesiadało się tam na statek.
Pytanie: A ile taki rejs kosztował?
Róża: Tego nie pamiętam.
Hilda: Przejazd kolejką podmiejską z Tolkmicka do Elbląga kosztował 1 markę i 50 fenigów. Jeździłam nią do szkoły w Elblągu, było to codziennie 25 kilometrów.
Lisbeth: Zalew Wiślany miał między Tolkmickiem a Krynicą Morską cztery kilometry szerokości, widać było drugi brzeg – tak samo jak tu nad Jeziorem Bodeńskim. Właśnie dlatego moja matka chciała koniecznie tu zamieszkać. Mówiła, że tu jest jak w domu.
Hilda: W każdym razi często chodziłyśmy się kąpać, bo wtedy nie było jeszcze telewizji, a radia nie miałyśmy…
Pytanie: A kino?
Lisbeth: Tak, kino było w czasie wojny w każdą sobotę. Było to kino obwoźne, w domu kultury mieliśmy salę kinową. Ja odkąd pamiętam chodziłam co sobotę do kina, miałam abonament – to była jedyna nasza rozrywka.
Pytanie: A ile to kosztowało?
Lisbeth: Osiemdziesiąt fenigów. Tak nawiasem mówiąc, w tamtych czasach kontrolowano w kinie, czy widz ma skończone 18 lat, jeśli był to film dla dorosłych, młodzież nie miała wtedy wstępu.
Hilda: Ja rzadko chodziłam do kina.
Lisbeth: Ja byłam na każdym filmie, chodziłam z koleżanką. Któregoś razu mama powiedziała: „Dzisiaj siedzisz w domu, co to za chodzenie na okrągło do kina”. A ja siadłam obok naszego pieca kaflowego i się popłakałam. Wtedy podeszła do mnie babcia i zapytała: „Co się stało?” – „Mama nie pozwala mi iść do kina”. A babcia na to: „Puść ją, niech idzie, kto wie, co jeszcze będzie.” Jak tylko to usłyszałam, skoczyłam z miejsca i poleciałam do kina jak straż pożarna na sygnale. Zdążyłam jeszcze na kronikę filmową.
Hilda: Oprócz tego były różne stowarzyszenia: dla marynarzy, dla kawalerów i towarzystwo kurkowe.
Lisbeth: Do kurkowego należeli przeważnie rolnicy, do marynarskiego żeglarze i rybacy, a towarzystwo kawalerów to była młodzież stanu wolnego. Te stowarzyszenia co i rusz wystawiały jakąś sztukę teatralną, a dzieci chodziły na próbę generalną. U marynarzy to była zawsze jakaś smutna historia, w której tonął statek, a ma wtedy płakałyśmy.
Pytanie: A czy były kluby sportowe?
Lisbeth: O tak, za Hitlera sport pisano dużymi literami, był to najważniejszy przedmiot w szkole (śmiech)!
Pytanie: A czy były jeszcze jakieś inne rozrywki – kawiarnia albo potańcówki?

Wycieczka zakładowa do Krynicy Morskiej.
Lisbeth: Mieliśmy w Tolkmicku dom kultury. Mama z tatą chodzili tam na tańce, jak byliśmy małe – najpierw było przedstawienie teatralne, a potem tańczono. Ale jak przyszła wojna, to się wszystko skończyło, nie miałyśmy zbyt ładnej młodości.
Pytanie: Czy tańce były w czasie wojny zakazane?
Lisbeth: Któregoś razu było u nas zakwaterowane wojsko, wtedy wolno było tańczyć. To było na krótko przed wybuchem wojny ze Związkiem Radzieckim, mieliśmy wtedy jednostki artylerii w Tolkmicku. Początkowo nikt nie wiedział, że będzie wojna, ale ludzie mówili po cichu, że to wojsko nie jest tu na darmo. Ci żołnierze byli w Tolkmicku pół roku, a jak rozpoczęła się wojna, przyjechał pociąg polowy i ich zabrał.
Hilda: Pamiętam, co kiedyś powiedział do mnie znajomy: „Führerowi na pewno nie przyjdzie do głowy, wdać się w wojnę z Rosją”.
Lisbeth: A ja pamiętam, jak we wrześniu 1939 roku strzelano w Gdańsku – było to u nas słychać przez trzy dni.
Pytanie: Czy w Tolkmicku działał Związek Dziewcząt Niemieckich?
Lisbeth: Oczywiście, my też w nim byłyśmy.
Pytanie: A co panie tam robiły? Czy to było tak samo jak w Hitlerjugend? Czy też były obozy namiotowe, albo tak zwane gry w terenie?
Lisbeth: Tak, dziewczęta też jeździły na obozy, ale ja nie byłam na żadnym z nich.
Hilda: Ja też nie.
Lisbeth: Za to na Zielone Świątki rozbijał się u nas w Tolkmicku ogromny obóz, na który przyjeżdżali chłopcy z innych miast. Mieli różne chorągiewki. Chodziłyśmy za każdym razem popatrzeć.
Róża: W sobotę były zawsze zawody młodzieżowe.
Hilda: A w każdy poniedziałek była parada chorągwi, raz musiałam z tej okazji nawet recytować wiersz.
Lisbeth: W ruinach zamku w Tolkmicku grało się też w różne gry.
Hilda: A tak poza tym miałyśmy dużo do roboty w domu, mama nie dawała rady zrobić wszystkiego sama. Miałyśmy świnię i duży ogród, a oprócz tego była jeszcze przecież nauka.
Lisbeth: Młodzi ludzie nie mieli czasu na głupoty. Raz na tydzień było spotkanie Związku Dziewcząt Niemieckich, na którym śpiewałyśmy razem różne pieśni.
Pytanie: No właśnie. O chłopcach mówiło się, że mają „służbę” w Hitlerjugend…
Lisbeth: Róża, pamiętasz, jak kazali ci kiedyś zapłacić karę, bo nie poszłaś na to zebranie?
Róża: Pamiętam. Musiałam zostać w pracy, w sklepie spożywczym. Do ósmej było czynne, a potem musiałyśmy jeszcze ponosić do piwnicy ser i masło, posprzątać itd. Ale przecież nie wyrzucę klienta ze sklepu punkt ósma, musiałam więc któregoś razu zostać dłużej. No i na zebranie nie poszłam i przyszedł mandat. Do matki powiedziałam tak: „Mamo, nie zapłacimy, bo to niesprawiedliwe. Przecież nie mogę być jednocześnie i w pracy, i na zebraniu.” A oni za to podwyższyli ten mandat. Za trzecim razem powiedzieli, że jak nie zapłacę, to mnie trzy niedziele pod rząd wezmą na cały dzień do aresztu. Dopiero wtedy zapłaciłam.

Hilda z »albertkami« w ogrodzie domu rodzinnego.
Hilda: Do matki przyszli któregoś razu, już po śmierci ojca, i powiedzieli, że ma wstąpić do Narodowosocjalistycznej Ligi Kobiet. A mama na to: „Czy to jest obowiązkowe?” Oni na to: „To nie obowiązek – ale poświęcenie”. Mama tak im odpowiedziała: „Jestem wdową i mam trójkę dzieci na głowie, to też jest poświęcenie!” Nie wstąpiła do tej organizacji, ale nie pozostało to bez konsekwencji. Ja chodziłam wtedy właśnie do Szkoły Handlowej i jako półsierota miałam umorzone czesne, a Lisbeth, moja starsza siostra, dawała mi pieniądze na bilety do szkoły (później je zresztą zwróciłam). No i tuż przed feriami letnimi powiedziano, że muszę opuścić szkołę. Odebrali mi stypendium za to, że moja matka nie wstąpiła do Narodowosocjalistycznej Ligi Kobiet. Proszę sobie wyobrazić, co to były za wakacje! Ale po wakacjach zaczęłam znowu chodzić na zajęcia, jak gdyby nigdy nic. Wychowawczyni i dyrektor starali się dla mnie o stypendium miasta Elbląga. Ponieważ ojciec zmarł, nie stać mnie było na czesne. W końcu udało się, a ja mogłam się uczyć dalej. Była to szkoła dwuletnia, egzamin końcowy zdałam na „bardzo dobry”. Uczyłyśmy się tam angielskiego, stenografii, pisania na maszynie, zarządzania i rachunkowości… Mam do dziś zdjęcie, na którym widać mnie w naszym ogrodzie z „albertkami” przypiętymi do płaszcza. Było to po egzaminie końcowym. Był taki zwyczaj, że na koniec nauki dostawało się od krewnych tzw. „albertki”, takie specjalne broszki. Ja miałam srebrne, a po maturze dostawało się złote. Po zakończeniu szkoły zwolniono mnie z tzw. „roku służby”, bo miałam bardzo dobre świadectwo, no i ojciec nie żył. Mogłam więc od razu iść do pracy i zarabiać na życie.
Pytanie: A za pracę w „roku służby” pieniędzy nie było?
Lisbeth: Były, ale tylko 15 marek na miesiąc – ja musiałam taki rok przepracować.
Pytanie: Jak wyglądał ten „rok służby”?
Lisbeth: To było tak: szło się najczęściej do jakiejś rodziny z dziećmi, na wieś – od czworga dzieci liczyło się to już jako rodzina wielodzietna, a takie właśnie rodziny dostawały dziewczęta z przydziału. Ja ten rok służby zrobiłam u ciotki, która miała sklep spożywczy i skład opałowy. Najpierw powiedzieli, że nie mogę do niej iść, bo to rodzina, ale potem nasz burmistrz jakoś to załatwił. Róża też musiała odbyć rok służby.
Róża: Zgadza się, wysłali mnie na wieś, siedem kilometrów od Tolkmicka, do ludzi, którzy byli bardzo bogaci, ale też bardzo skąpi. Mąż nie, ale żona. Dostawałam 15 marek, przepisowo.
Lisbeth: A za 8 marek można było kupić parę butów. Czyli starczało raptem na dwie pary.
Róża: Gospodarzyli na czterystu hektarach bardzo dobrej ziemi, oprócz tego mieli jakieś 500-600 świń i mleczarnię. Ja pracowałam w mleczarni, gdzie wykonywałam wszystkie możliwe prace w zależności od potrzeb, głównie w biurze. Codziennie przychodziło od dziewięciu do dziesięciu tysięcy litrów mleka – ja codziennie wpisywałam dostawy poszczególnych rolników w specjalnej książce. Poza tym musiałam pomagać przy rozliczaniu pieniędzy za mleko, od pierwszego do dziesiątego każdego miesiąca. W południe zmywałam garnki u szefa w domu, a po południu byłam w mleczarni. Robiłam też śniadania i kolacje dla pracowników. Wszystko za 15 marek miesięcznie! Cały czas tęskniłam za domem.
Hilda: W pierwszy wieczór, jak tylko tam zaczęła pracę, przyszłą do domu w takich niewygodnych chodakach, a na drugi dzień musiała tam wracać. Ta mleczarnia dostarczała mleko do Tolkmicka, więc zabrała się w z nimi drodze powrotnej.
Róża: Chciałam po prostu pobyć trochę w domu, bo tam nie mogłam wytrzymać.
Hilda: Byłaś dopiero co po szkole…
Róża: W mleczarni pracowali także Polacy. Pamiętam jedną pięćdziesięcioletnią kobietę z osiemnastoletnią córką. Cały czas płakała! Była wdową i miała sześcioro dzieci, razem z dziećmi prowadziła gospodarstwo rolne, zanim wysłali ich na roboty. Bardzo mi jej było szkoda. Właścicielka mleczarni bardzo źle ją karmiła. Dlatego ucieszyłam się, jak usłyszałam, że naszego dojarza wcielili do wojska i że zamiast niego krowy będą doić Polacy. Pomyślałam sobie „Bogu dzięki, teraz będą przynajmniej mieli mleka do syta.” A do siostry powiedziałam, że nikomu nie życzę nic złego, tylko tej skąpej kobiecie życzę, żeby raz w życiu poznała, co to głód – żeby wiedziała, co takiego zrobiła.
Lisbeth: To prawda.
Róża: Któregoś razu ta polska dziewczynka przyszła do kuchni i zapytała, czy zostały jakieś resztki z obiadu. Ale nic nie zostało. Wtedy kucharka wzięła chleb, posmarowała smalcem i dała go tej dziewczynce…
Lisbeth: Ten rok służby obowiązywał wszystkich, także dzieci z bogatych rodzin, to wcale nie było takie złe, przynajmniej mogli zobaczyć, co to jest praca…
Róża: Nasza matka miała całkiem inny charakter, chętnie się dzieliła. Czasami wysyłała mnie, żebym zaniosła starej sąsiadce coś do jedzenia, to były typowo wschodniopruskie dania, np. groch ze swojską kiełbasą, którą sami robiliśmy. A jak ktoś prosił o kwiaty z naszego ogrodu, też dawała, na przykład bratki na groby wiosną. To byli często biedni ludzie, którzy pytali, ile są winni za te kwiaty – ale mama pieniędzy od nich nie brała, a oni mówili „Niech Bóg Pani wynagrodzi”. Nasza matka nie była skąpa i, mimo iż w domu się wcale nie przelewało, potrafiła się dzielić. Zupełnie inaczej niż właścicielka mleczarni, w której pracowałam. Jej sknerstwo było chorobliwe. Któregoś razu potajemnie robiłam naleśniki, gdy ktoś akurat powiedział, że właśnie dzwoniła pani S. i że zaraz będzie w mleczarni – jej rodzina mieszkała gdzie indziej. Szybko schowałam ciasto i patelnię u siebie w pokoju pod łóżkiem, zrobiłam przeciąg, żeby się wywietrzyło i żeby niczego nie było czuć, bo ona zawsze najpierw szła do kuchni, tak już miała we krwi… (śmiech)
Hilda: To było na prawdę chore, wierzę ci…
Róża: Jeszcze innym razem kazała mi zrobić kolację dla trzech robotników. Zapytałam, co mam im zrobić, a ona wcisnęła mi do rąk garść ziemniaków. „Zrób smażone ziemniaki i trzy jajka.” Po jednym jajku na głowę, a mieli jakieś 50 kur! Po chwili dała mi jeszcze dwa jajka i powiedziała: „Wbij te jajka na ziemniaki, jak się usmażą”. Ale ja poszłam do sklepu należącego do mleczarni, wzięłam mleka i usmażyłam im placki. (śmiech)
Hilda: Róża zawsze miała swoje sposoby.
Róża: Powiedziałam sobie tak: „To nie grzech, pracownik musi się najeść.” Masło podjadali wszyscy. Ja też czasami byłam przy pakowaniu masła – była tego cała wielka góra, jeden pracownik formował kostki, a ja pakowałam. Nie powiem, czasami naprawdę sobie pofolgowałam! Oprócz tego na kolację i śniadanie jedliśmy zawsze chleb grubo posmarowany masłem. Do sera nie mieliśmy dostępu, ale do masła owszem!

Statek »Tolkmicko«.
Pytanie: A co się u pań w domu zazwyczaj jadało?
Hilda: W Tolkmicku bardzo chętnie jedzono ryby. Kupowało się je jeszcze żywe. Żony rybaków chodziły po ulicach z wannami pełnymi ryb i krzyczały gwarą: „Flądry, flądry, jazgarze” – zależy, co akurat miały. Ludzie otwierali okna, wychodzili z miskami na ulicę i robili zakupy. Czasami chodziłyśmy też do portu i kupowałyśmy ryby prosto z kutrów. Najlepszy był u nas węgorz, i był on tani: jeden funt [pół kilograma, red.] kosztował 60-80 fenigów, zależnie od wagi i grubości ryby – a tutaj za kawałeczek wędzonego węgorza płaci się 3 marki (śmiech). Oprócz tego były sandacze, stynki, śledzie i flądry – ale flądry były łowione na otwartym morzu, nie na Zalewie; rybacy z Mierzei Wiślanej przypływali czasem na naszą stronę i sprzedawali ryby z Bałtyku. A przyrządzało się te rybki bardzo różnorodnie: smażone, gotowane i w galarecie.
Róża: Ludzie znali się na rybach i wiedzieli, co dobrego z nich można zrobić. Każda pora roku miała swoją rybę. Latem jadało się głównie węgorze, a zimą sandacze i stynki. Stynki się smażyło i kładło w zalewę octową. Alozy były wiosną, a jazgarze przez cały rok. To były raczej małe ryby, pamiętam, że mama czasami smażyła ich po dwanaście na głowę.
Pytanie: A czy robiło się też zupy rybne?
Hilda: Robiło się… No właśnie, zapomniałam wymienić leszcze. To były duże ryby, gotowało się je z cebulą i ziarnkami pieprzu i robiło z wywaru zupę. Do tego były ziemniaki.
Róża: W Krynicy Morskiej, która leżała na Mierzei Wiślanej dokładnie na przeciwko Tolkmicka, był jeszcze większy wybór ryb: wędzone flądry i wędzony dorsz w kawałkach, śledzie, ale głównie flądry. W czasie wojny pojechałam raz do Krynicy i kupiłam walizkę śledzi. Mama wzięła garnki z kamionki i zalała te śledzie solanką. Przed spożyciem doprawiało się je jeszcze octem, cebulką i pieprzem.
Pytanie: A czy na ryby też trzeba było mieć kartki?
Róża: Nie, ryby sprzedawano bez ograniczeń.
Pytanie: A jak często się je jadało?
Hilda: Myślę, że co najmniej trzy razy na tydzień, ale czasami robiło się też mięso. Pamiętam, jak mama nas wysyłała do rzeźnika po mięso mielone – dwie trzecie wołowego i jedną trzecią wieprzowiny – i po tzw. karbonadę, tak się nas nazywało kotlety. Było też w zwyczaju, że większość rodzin chowała własną świnię, my też zawsze mieliśmy prosiaka. Karmiło się go resztkami, zieleniną i mąką kupowaną specjalnie do tego celu. Jesienią było świniobicie.
Pytanie: A kto to robił?
Hilda: Przychodził rzeźnik. Byli tacy rzeźnicy, co chodzili od domu do domu, trzeba było się tylko umówić. Ale kiełbasę to już się robiło samemu – do tej lepszej dokupowało sie jeszcze trochę wołowiny. Wędziliśmy ją u babci, bo sami nie mieliśmy wędzarni. Oprócz tego mama robiła wątrobiankę i krwawą kiszkę.
Róża: Mama dobrze się na tym znała, robiła te kiełbasy razem z babcią… Do niektórych kiełbas dodawało się boczek. Była też kiełbasa z płucek.
Pytanie: A jak konserwowano mięso?
Hilda: Peklowało się je w garnkach z kamionki i się nie psuło. Później coś się z niego robiło, na przykład golonkę z kiszoną kapustą. Gotowało się też szary groch, tutaj zupełnie nieznany, na słodko-kwaśno ze smażonym boczkiem, i żółty groch z surowym boczkiem… to na prawdę było bardzo smaczne! Tak, mięsa też się dużo jadło – mięso i ryby. Mieliśmy przecież własną barkę, na którą mężczyźni zabierali boczek jako prowiant, więc trzeba było ten boczek wędzić. Mama piekła też sama chleb, ale na śniadanie jedliśmy bułki, po które chodziłam do piekarza.
Pytanie: A ile one kosztowały?
Hilda: Róża, po ile były bułki?
Róża: Trzy fenigi za sztukę.
Hilda: Wtedy jeszcze liczył się każdy fenig!
Róża: A na kolację była często zupa mleczna, tu na południu Niemiec jest to danie nieznane.
Hilda: Zacierki! I wschodniopruskie kluczyki. To były takie kluski z mąki.
Pytanie: A co paniom najbardziej smakowało?
Hilda: Chyba pieczeń wieprzowa…
Róża: A mi kiełbasa z płucek z grochem na słodko-kwaśno. Tego grochu tutaj nie ma. Trzeba było to dobrze przyprawić, brało się do tego dużo majoranku – i smakowało wszystkim.
Hilda: Mieliśmy też oczywiście własny ogród, duży ogród z ziemniakami i warzywami, marchewką i sałatą, ale była to sałata liściasta, bo sałata w główkach nie chciała u nas rosnąć.
Pytanie: A jak droga była żywność?
Hilda i Lisbeth (jednocześnie): Funt cukru kosztował 39 fenigów.
Lisbeth: Ale Róża wie najlepiej, przecież pracowała w sklepie spożywczym.
Róża: Funt mąki kosztował 21 fenigów, funt makaronu 50 fenigów, funt marmolady 90 fenigów, a najlepsze konfitury 1 markę i 20 fenigów.
Lisbeth: Jajka były po sześć fenigów za sztukę.
Róża: Ser, który tu jest tak drogi, kosztował u nas 1 markę i 7 fenigów za funt, a funt masła markę osiemdziesiąt. Płatki owsiane były po 27 fenigów, a proszek do prania – w czasie wojny był to proszek zastępczy – 85 fenigów za dużą paczkę.
Hilda: Liczył sie każdy fenig.
Róża: Pracowałam w sklepie u naszej cioci – Koskowski się nazywała. Na początku wojny pojechała do Bydgoszczy i zdobyła tam dużą ilość cukierków i syropu, bez kartek – a w Tolkmicku wszystko już było na kartki. U Koskowskich były więc przez jakiś czas słodycze bez kartek, ludzie walili drzwiami i oknami i kupowali nie tylko te łakocie, ale i wszytko inne.
Hilda: Róża, ale czy ona nie była w tej Bydgoszczy po cichu?
Róża: Tego nie wiem, nie mówiła mi nic takiego. Z Bydgoszczy przywiozła dla nas dobre tkaniny. Powiedziała do mnie: „Wybierz sobie, który materiał ci się podoba!”. Sukienkę z tego materiału miałam na sobie później podczas ucieczki przed frontem, a jak już się znosiła, to starsza siostra mamy, krawcowa z zawodu, przerobiła mi ją na spódnicę, a z pozostałej przędzy zrobiłam sobie sweter, tak że miałam komplet.

Dom rodzinny w Tolkmicku (stan z 1995 roku).
Pytanie: A dom, w którym panie mieszkały, czy był to dom czynszowy, czy jednorodzinny?
Hilda: To był dom wolno stojący, wybudowany po roku 1900. Nasi rodzice kupili go w roku 1926, miałam wtedy dopiero roczek. Na górze mieszkaliśmy my, a dół wynajmowaliśmy. Dom stał obok kościoła ewangelickiego, czy raczej kaplicy, bo w całym mieście było tylko siedem rodzin ewangelickich, większość stanowili katolicy.
Pytanie: A ile rodzice brali za to mieszkanie na parterze?
Hilda: Najpierw 12 marek miesięcznie, a później 15.
Pytanie: A jak duże ono było?
Hilda: Na dole był tylko jeden większy pokój, a drugie pomieszczenie służyło jako kuchnia, sypialnia i składzik w jednym. Było to małe mieszkanie. My sami mieliśmy na górze dwa większe pokoje, kuchnię, a na strychu suszyło się pranie i stało tam jeszcze dodatkowe łóżko. Jak uczyłam się w handlówce, chodziłam zawsze na strych uczyć się angielskiego – tylko tam byłam naprawdę sama. Dom był nienowoczesny, źle rozplanowany, rodzice kupili go za 10.000 marek. Przedtem właścicielem był jakiś rzeźnik, dlatego mieliśmy specjale pomieszczenie do uboju zwierząt, które wykorzystywaliśmy jako pralnię i letnią kuchnię. Wtedy nie było jeszcze pralek, bieliznę gotowało się w kotłach. Następnie szło się z wiadrami pełnymi bielizny do portu i się ją płukało. Wodę do gotowania bielizny trzeba było nosić z pompy, bieżącą wodę podłączyli w Tolkmicku dopiero na sam koniec. Jak padał deszcz, to mama zbierała wodę z rynny. Deszczówka była dobra do prania wełny, bo była to miękka woda. Brało się ja też do podlewania w ogrodzie.
Pytanie: A woda do picia?
Hilda: Także wodę do picia trzeba było nosić wiadrami z pompy, nasza studnia w ogrodzie nam wyschła. W Tolkmicku stały dwie publiczne pompy – koło szkoły i koło apteki. My zazwyczaj chodziłyśmy do pompy koło szkoły, ale jak zależało nam na bardzo dobrej wodzie, to szło się do pompy przy aptece. Brało sie po dwa wiadra dziesięciolitrowe i specjalną belkę do noszenia wiader – środek tej belki kładło się na kark, a wiadra wisiały po bokach. Trzeba było nosić tak długo, aż cała beczka była pełna, w kuchni miałyśmy cynkową beczkę na wodę.
Pytanie: A czy ta pompa była daleko?
Hilda: Nie, z pustymi wiadrami można było dojść w pięć minut. Oprócz tego był w pobliżu strumyk uchodzący do zalewu. Latem mama dawała nam ręcznik i mydło, i chodziłyśmy tam myć nogi. Było to bliżej niż do pompy.
Pytanie: A czy w domu było centralne ogrzewanie?
Hilda: Nie, były śliczne piece kaflowe w każdej izbie.
Pytanie: A kto w nich palił?
Hilda: Mama. Jeden piec miał nawet miejsce, gdzie można było wstawić garnek z wodą, mama w ten sposób gotowała wodę na kawę. W kuchni był piecyk z fajerkami, ogrzewany węglem i drewnem. Drewno się kupowało i samemu rąbało, koło pralni była drewutnia. Był też murowany chlewik dla świń, a zaraz obok leżały brykiety węgla. A koło kuchni było pomieszczenie, w którym poprzedni właściciel domu trzymał krowę – my mieliśmy tam króliki.
Pytanie: I ich mięso też się jadło?
Hilda: Oczywiście.
Pytanie: Czy w Tolkmicku była także ludność pochodzenia żydowskiego?
Lisbeth: Było tylko paru Żydów. Pamiętam pana Putzratha, w środku wojny nagle się wyprowadził.
Hilda: Miał sklep włókienniczy.
Lisbeth: Żydzi w większości zajmowali się handlem.
Hilda: No i pan Lorenz, on też chyba był Żydem?
Róża: Tak myślę, bo ludzie opowiadali, jak jego żona prosiła na klęczkach burmistrza, żeby to zatuszował. Burmistrz coś pozmieniał w papierach i pan Lorenz na papierze nie był Żydem. Tolkmiczanie go nie zdradzili.
Hilda: A ja pamiętam jeszcze, że w piekarni wisiał plakat „Żydów nie obsługujemy”. Ale czy rzeczywiście tak było, tego nie wiem.
Lisbeth: Nasza ciotka miała sklep spożywczy i któregoś razu wszedł tam Żyd, żeby coś kupić. Żydzi musieli czekać, aż w sklepie nie będzie żadnego innego klienta, dopiero wtedy byli obsługiwani, taki był przepis. A to była akurat sobota, duży ruch w sklepie i ludzie się pytali: „Co to za jeden? Stoi jak kołek i nie mówi co mu podać.” On na to, że musi czekać, aż w sklepie nie będzie nikogo. – „Nie ma mowy”, odpowiedzieli mu i ten pan został obsłużony.
Pytanie: A co się później stało z Żydami?
Lisbeth: Na samym początku wojny zniknęli. W Elblągu było więcej Żydów niż w Tolkmicku, był na przykład doktor Romeike, lekarz dziecięcy. Ludzie bardzo go lubili i przyszli na dworzec, jak odjeżdżał. Wyjechał jeszcze przed wojną, mówił, że jego dzieciom w szkole tak dokuczają, że aż chętnie wyjeżdża, tak to wtedy było. Do dziś pamiętam przypadek, o którym mi koleżanka ze szkoły opowiadała. Jej ojciec byl nurkiem w Stoczni Schichaua w Elblągu. Pracowali tam też więźniowie z obozu koncentracyjnego w Sztutowie, obóz był niedaleko od nas, w kierunku na Gdańsk. No i raz ta koleżanka do mnie powiedziała, że tam są ci więźniowie i że muszą pracować w stoczni. Jednemu z nich coś wypadło z ręki i wpadło do doku. Tak go za to bili, że aż ojciec mojej koleżanki powiedział: „Dajcie spokój, zanurkuję i poszukam tego na dole”. Takie tam panowały stosunki, opowiadała mi koleżanka, i bardzo jej było żal. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam, jak to z tym obozem było, ale że były jeszcze inne obozy koncentracyjne, tego nie wiedziałyśmy, słyszałyśmy tylko o Sztutowie.
Hilda: Nie zapominajmy też o panu Blumenthalu. Nie był z Tolkmicka, ale oszukał kiedyś naszych tolkmickich przewoźników. To było w czasie kryzysu i wielkiego bezrobocia przed 1933 rokiem. Żaden z przewoźników nie miał zajęcia. Wtedy pojawił się pan Blumenthal i naobiecywał im, że załatwi przewozy, ale najpierw muszą wpłacić pieniądze. Nikt tych pieniędzy więcej na oczy nie widział – obiecanych ładunków też nie. Wtedy ludzie rzeczywiście trochę nienawidzili Żydów, z powodu jednego Blumenthala. Ale gdyby nie był Żydem i oszukałby ludzi, też byliby na niego źli…
Niedziela, 4 lutego 1945: Wypędzenie tudzież ucieczka, i jednocześnie wyzwolenie od Rosjan. Powrót do Fromborka, stolicy diecezji warmińskiej. Przejście po lodzie na drugą stronę Zalewu Wiślanego.
Piątek, 9 lutego 1945: Dotarliśmy do Gdańska, wieczór. Przedtem postój w Krynicy Morskiej i Nowym Dworze Gdańskim. W Świbnie czekaliśmy na pociąg z odkrytymi wagonami, jakiś żołnierz podzielił się z nami, czterema osobami, swoim kawałkiem chleba. My mieliśmy tylko masło. W Nowym Dworze w jakimś mieszkaniu leżał ubity prosiak, dobrze wyczyszczony na stole kuchennym. Zrobiliśmy obiad. Nasi dwaj mężczyźni wyrąbali dziurę w lodzie na Wiśle i przynieśli wody.
W Gdańsku mieszkałyśmy u Leona Beutha, kuzyna mamy: babcia, mama i nas troje, wszystkie w jednym dużym pokoju. Miałyśmy jeszcze kartki żywnościowe cioci Marysi. Dostałyśmy na nie chleb i kiełbasę. W Gdańsku mogłyśmy po raz pierwszy znów zdjąć ubrania i wykąpać się. Co za luksus! Leon miał dwudziestu pracowników-codzoziemców w swojej kuźni, dla nich jedzenie przynoszono z zewnątrz. W pobliżu zobaczyłam budynek: Hermes! To przecież przedstawiciel naszej tolkmickiej fabryki! Poszłam tam i opowiedziałam wszystko, co przeżyłyśmy. A oni ciągle siedzieli przy biurkach, jak gdyby nigdy nic, jakby zupełnie nie zbliżał sie front. Chyba powiadomili mojego szefa w Hamburgu, bo przyszedł od niego list: Niech Pani natychmiast ucieka z Gdańska! Zawsze mnie lubił. Odjazd do Gdańska-Nowego Portu. Przedtem naloty bombowe w Gdańsku.
Niedziela, 18 marca 1945: Msza niedzielna. Zatrąbił jakiś statek! Róża poszła do pani Dobczinski do portu. Udało im się przejść przez kordon. Miały „szczęście”, bo akurat był nalot myśliwców. „Jak panie tu weszły?” itd. W końcu dostały 21 kart uprawniających do zaokrętowania.
Nasz statek nosił nazwę „Prusy Zachodnie”. Najpierw kobiety z dziecmi! Każda z nas wzięła za rękę dziecko. Po długiej drabinie weszłyśmy na statek. Róża była pierwsza na górze. Nas ani widu, ani słychu. Zastanawiała się już, jak zejść z powrotem na dół. Ale w końcu i my się pojawiłyśmy z naszymi białymi plecakami uszytymi przez mamę.
Jeszcze tego samego dnia statek wypłynął z portu. Nie wiedziałyśmy, dokąd płyniemy. Potem przez 48 godzin staliśmy w miejscu. Byliśmy w konwoju. Podobno wokół nas krążyły łodzie podwodne wroga. Słyszałyśmy też, jak marynarze na górze strzelają z dział pokładowych. Leżałyśmy na dole w ładowni, na sianie. Wysoka drabina. Jedzenie dla dzieci trzeba było przynosić z góry.
Czwartek, 22 marca 1945: Przyjazd do Kopenhagi, w samo południe! Wyły syreny, a po niebie krążyły samoloty. A przecież Dania była krajem neutralnym! Sprawa szybko się wyjaśniła. Samoloty na naszą cześć zrobiły rundę honorową, a syreny wyły w Kopenchadze codziennie w południe. Pociągiem dojechałyśmy do miasta Fredericia. Odbiór przez naszych niemieckich żołnierzy. Cieszyli się widząc nas i zaprosili na obiad i do kawiarni. Najadłyśmy sie tortu po uszy.
1 kwietnia 1945, niedziela wielkanocna: Mama już się dowiedziała, gdzie jest najbliższy kościół katolicki. Msza z żołnierzami. Bardzo podnosząca atmosfera. Kościół obok głównego lazaretu. Potem przeniesiono nas do szkoły łacińskiej. W środku piętrowe łóżka. Marne jedzenie. W kartoflance trzeba było szukac kartofli. Ja pracowałam przejściowo w prowizorycznym szpitalu dziecięcym. Opiekowałam się pięciorgiem dzieci. Troje z nich miało zapalenie płuc, a jedno nawet gruźlicę. Zygfryd Alisat miał świerzb, musiałam go smarować na całym ciele. Dwunastoletnia dziewczynka dostawała kąpiele nasiadowe na pęcherz. Troje najmłodszych zmarło. Reinhardowi mama zamknęła oczka. Była bardzo opanowana. Inna pani w pokoju obok dzień i noc siedziała przy swoich chorych dzieciach. Ale i one zmarły.
8 maja 1945: Kapitulacja! Mamy nie wychodzić na ulicę, Duńczycy świętują zwycięstwo. Chcieli nas zamknąć w obozie dla uchodźców. Lisbeth nie chciała. Pozwolili nam z babcią zostać w lazarecie, pracowała z mamą w kuchni przy obieraniu ziemniaków. Ja pracowałam na oddziale w lazarecie głównym. Lisbeth i Róża były w kuchni w lazarecie szczękowym. W sumie siedem lazaretów.
W szczękowym Róży wspaniale wyleczyli zęby. Miała jeszcze mleczne. Ja sama dostałam koronę na ząb, który ułamał się od twardego chleba, usunięto mi też cztery zęby trzonowe u góry.
Mama w głównym lazarecie zorganizowała swetry i koce. Porozcinane swetry rannych na włóczkę. Umiałyśmy robić na drutach. Róża zrobiła w Danii 40 swetrów. Druty i inne drobiazgi potrzebne do wykończenia kupowała w sklepie, którego właściciele byli przyjaźnie nastawieni wobec Niemców.
Do pracy chodziłyśmy z przepustką. Pilnowali nas duńscy żołnierze. Róża się nie bała, chodziła na zakupy: truskawki i jajka, także dla żołnierzy i lekarzy. Miała jasne włosy i duńskie buty, więc nie wyróżniała się na ulicy. Kupowała też łój wołowy. A mama bardzo się cieszyła, jak go przynosiła.
Powoli lazarety likwidowano. Po dziewięciu miesiącach w lazarecie trafiłyśmy do obozu Snoghřj. Byłyśmy tam dziewięć miesięcy. 300 osób. Lisbeth i ja grałyśmy w teatrzyku obozowym. Była funkcjonariuszka Związku Dziewcząt Niemieckich inscenizowała z nami baśnie: „Stańcowane pantofelki” i „Królewnę Śnieżkę”. W tej pierwszej Lisbeth grała kucharkę z pięcioma kuchcikami, a jednym z nich byłam ja. W „Królewnie Śnieżce” grałam krasnoludka. W sumie wystawiałyśmy te baśnie siedem razy, jeździłyśmy nawet z przedstawieniami do innych obozów w północnej Danii.
1 kwietnia 1946: Nareszcie przyszła poczta. Dostałam kartkę od mojej przyjaciółki Ani Laws z Berlina (właściwie spod Berlina). Duński funkcjonariusz podniósł ją wysoko do góry, mam to wciąż przed oczami. W tym samym dniu rozwiązano obóz Snoghřj. Trafiłyśmy do Hemstok. Sam koniec świata, w szczerym polu! 600 osób. Pani Jabs, kierowniczka teatrzyku usiadła na swoich tobołkach i nie chciała ruszyć się z miejsca. Póżniej się jakoś pozbierała. W nowym obozie dalej organizowałyśmy wieczornice, czytanie poezji itd. Jedzenie się poprawiło – były ziemniaki. Mogłyśmy robić pyzy ziemniaczane.
W Hemstok uczyłam dzieci religii, na tyle, na ile byłam w stanie. Dostałam prowizoryczny katechizm, z którego się przygotowywałam. Robiłam to siedząc u góry na pryczy. W baraku było strasznie ciasno – 17 osób w jednym pomieszczeniu, w tym jedno niemowlę. Ale nie traciłyśmy ducha.
Potem przenieśli nas na północ Danii, do Knivholt koło Frederikshavn. Tam było 6.000 uchodźców. Perfekcyjna organizacja. Później była nawet kaplica obozowa. Nasz teatrzyk wznowił działalność. Lisbeth pracowała w szwalni, w Snoghřj zresztą też. Ja pracowałam w zarządzie obozu – prowadziłam kartotekę i przygotowywałam gazetkę obozową. Róża w kuchni. Zawsze dostawała dokładkę, z czego szczególnie cieszyła się babcia. Mi wszystko smakowało. Raz była kiełbasa z koniny. Babcia zaczęła coś podejrzewać, ale mama ją uspokoiła. Poza tym każdy dostawał to, co mu się należało, ważyli nawet kotlety mielone. Róża miała w tym wprawę, bo jeszcze w domu pracowała w sklepie u cioci. To było w czasie wojny, bo tak w ogóle to również miała dyplom szkoły handlowej i pracowała przedtem w biurze. Lecz kiedy wójka Bernarda zabrali do wojska, ciocia Marysia poprosiła ją o pomoc w sklepie.
29 lipca 1947: Jedziemy do Niemiec. Strefa francuska zadeklarowała chęć przyjęcia 15.000 uchodźców wyznania katolickiego, nie posiadających mieszkania ani krewnych. Po krótkim pobycie w obozach przejściowych Kolding i Offenburg dotarłyśmy 9 sierpnia 1947 do Überlingen.
Spisano w lutym 1998 r.
Hilda: 9 lutego 1945 r. dotarłyśmy do Gdańska. Miasto znajdowało się pod ostrzałem Rosjan. Mieszkałyśmy tam pięć tygodni u krewnych na Wyspie Spichrzów w pobliżu Żurawia. Na krótko przed zamknięciem dzielnicy portowej pojechałyśmy do Gdańska-Nowego Portu. Był to ostatni tramwaj w tym kierunku. Tam, będąc w kościele na mszy niedzielnej, usłyszałyśmy syrenę statku. Moja siostra Róża poszła z drugą kobietą do portu. Miały „szczęście”, trafły akurat na nalot myśliwców i dzięki chaosowi, jaki tam w tym momencie panował, udało im się przejść przez kordon. Po drugiej stronie opowiedziały, co przeżyłyśmy ze strony Rosjan i dostały 21 kart okrętowych. Ruszyłyśmy w drogę, ale w porcie musiałyśmy jeszcze trochę poczekać. Przypłynął duży statek szpitalny i zabierał młode dziewczęta do opieki nad rannymi. Ale ponieważ byłyśmy razem z mamą i babcią, nie mogłyśmy skorzystać z tej okazji. Potem przypłynął mały frachtowiec o nazwie „Prusy Zachodnie” z miejscem dla 770 osób. Najpierw wpuszczali kobiety z dziećmi. Pewna pani z Tolkmicka miała całą gromadkę, tak że każda z nas wzięła jedno za ręke i w ten sposób dostałyśmy się na statek. Cała ładownia wyłożona była sianem. 18 marca statek opuścił port, przepłynął wzdłuż Półwyspu Helskiego i zatrzymał się nagle na pełnym morzu, a cały konwój popłynął dalej. Później ludzie mówili, że byliśmy otoczeni przez dwanaście nieprzyjacielskich łodzi podwodnych – rzeczywiście, słyszałyśmy w łądowni wstrząśnienia i strzały. Inni mówili, że marynarze byli pijani i z tego powodu statek stał w miejscu przez 48 godzin. Pozostałe statki z naszego konwoju popłynęły rzekomo do Szlezwigu-Holsztyna, a my dotarliśmy do Kopenhagi. Był czwartek, 22 marca.
Hilda: Na ponad dwa lata trafiłyśmy do Danii. Niektórzy mieli przy sobie jeszcze dużo bagaży – garnki i różne inne rzeczy. A my dłuższy czas stałyśmy jeszcze na górze, na pokładzie, a gdy zeszłyśmy na ląd, ludzie pytali nas, gdzie się podział nasz bagaż. Przesiadłyśmy się na pociąg. Dostałyśmy tam wspaniałe kanapki z pysznym masłem! Jechałyśmy przez Kopenhagę, do Fredericii, ładnego miasta nad Małym Bełtem. We Fredericii powitali nas niemieccy żołnierze, było to jeszcze przed kapitulacją i mogłyśmy swobodnie się poruszać. Następnie zakwaterowano nas w długim baraku wysłanym sianem, bez żadnych mebli w środku. Byłyśmy tam czternaście dni i bardzo dobrze nas tam karmili. A potem trafiłyśmy do tak zwanej łacińckiej szkółki. Tam było bardzo ciasno, dwupiętrowe łóżka, po kilkanaście osób w jednym pomieszczeniu. Były też oczywiście wszy! Zaraziłyśmy się przez pożyczony grzebień. Na szczęście szybko udało nam się ich pozbyć. Jedzenie po przeprowadzce było marne. W kartoflance ziemniaki można było policzyć na palcach. 8 maja 1945 r. Niemcy skapitulowały. Powiedzieli nam, żeby broń Boże nie wychodzić na ulicę, bo Duńczycy szaleją z radości i jeszcze mogliby nam coś zrobić. Po kapitulacji wszyscy Niemcy mieli być internowani w specjalnych obozach. Oczywiście nikt się z tego nie cieszył.
Hilda: We Fredericii było jeszcze siedem lazaretów z rannymi żołnierzami niemieckimi. Powiedziano nam, że możemy uniknąć obozu, jeśli podejmiemy pracę w jednym z nich. Tylko co z babcią? „Babcia jest jeszcze w pełni sił, może obierać w kuchni ziemniaki”, powiedziałyśmy. Chwała Bogu zgodzili się i babcia została z nami. Lisbeth i Róża pracowały w lazarecie ortopedii szczękowej, a babcia, mama i ja w lazarecie głównym. Mieszkałyśmy w domu Bakely, gdzie pilnowali nas duńscy żołnierze. Do pracy chodziłyśmy z przepustką. Róża, co wy tam robiłyście? Byłyście w ortopedyczno-szczękowym w kuchni, prawda?
Róża: Zgadza się, w kuchni.
Hilda: Ona pomagała w kuchni, a ja pracowałam na oddziale. Sprzątałam sale, myłam okna i tym podobne. Któregoś razu oddziałowa mnie zawołała i zapytała, czy nie chcę zostać pielęgniarką, ale ja odmówiłam, bo nie czułam się na siłach po tym wszystkim. W każdym razie powiedzieli mi, że jeszcze nigdy nie było tak czysto. Raz nie dotarłyśmy do pracy, bo była „łapanka”. Musiałyśmy ustawić się wzdłuż muru, i jak podeszli żołnierze i machnęli karabinami, to powiedziałam do mamy: „Teraz nas zabiją”.
Pytanie: A czy dostawały panie jakieś wynagrodzenie za pracę?
Hilda: Nie, pieniędzy żadnych, tylko wikt i opierunek. Kto chciał tam zostać, ten musiał pracować. Mama i babcia bez przerwy obierały ziemniaki.
Pytanie: A czy pracowali tam także inni Niemcy?
Hilda: Do lazaretu należała kaplica, tam były niemieckie zakonnice, katarzynki. Któregoś dnia zgubiłam różaniec i pożaliłam się siostrom, a one podarowały mi bardzo ładną książeczkę do nabożeństwa. Do tej kaplicy chodziłyśmy na nabożeństwa niedzielne, byłyśmy wychowane w bardzo religijnej rodzinie. Po jakimś czasie nie chcieli nas jednak zwalniać z pracy, puścili nas dopiero, jak mama poszła do kierownika po pozwolenie.
Róża: Proszę sobie wyobrazić: byłam raz w kościele, kiedy weszła duńska dziewczynka. Gdy tylko zauważyła, że jestem Niemką, odeszła dalej i usiadła gdzie indziej, mimo iż z byłam ubrana przyzwoicie i schludnie. Co takiego żeśmy zrobiły?
Hilda: Tak na marginesie: mama organizowała stare, podarte swetry. Niektórym rannym rozcianano swetry podczas pierwszego opatrunku. My te strzępy prułyśmy na wełnę i robiłyśmy na drutach nowe swetry. Ale pomału lazarety likwidowano, żołnierzy wysłano z powrotem do Niemiec, a my trafiłyśmy do obozu dla uchodźców, pierwszy z nich nazywał się Snoghřj.

Członkowie teatrzyku obozowego w Snoghřj.
Hilda: W Snoghřj byłyśmy dziewięć miesięcy. To była gospoda, której przeznaczenie zmieniono na obóz, oraz pięć baraków. Było tam 300 osób. W Snoghřj Lisbeth i ja wstąpiłyśmy do teatrzyku. Organizowałyśmy stale wieczory towarzyskie i przede wszystkim przedstawienia dwóch baśni – „Królewna Śnieżka” und „Stańcowane buciki”. Dużo też tańczyłyśmy, ale tylko same dziewczęta.
Pytanie: Miały panie instrumenty muzyczne?
Hilda: Tak, dwie dziewczyny miały harmonie i przygrywały do tańca, spędzałyśmy w ten sposb nasz wolny czas. Oprócz tego robiłyśmy na drutach (Róża stale miała coś w robocie), a Lisbeth poszła na kurs szycia i pracowała potem w szwalni. Ja sama zajmowałam się trochę dziećmi, organizowałam dla nich zajęcia, a potem miałam je przygotowywać do pierwszej komunii świętej, ale niezbyt byłam na siłach, a poza tym obóz został zlikwidowany 1 kwietnia 1946 roku. Niektórzy początkowo nie dowierzali, dopiero na drugi dzień zaczęli się pakować.
Pytanie: Czy w tym obozie trzeba było pracować?
Hilda: Nie.
Pytanie: A czy można było go opuszczać?
Hilda: Tylko z przepustką, na przykład kiedy szło się do lekarza.
Pytanie: A tak dla własnej przyjemności, na spacer do miasta?
Hilda: Nie, tylko z przepustką.
Róża: Po kapitulacji nasi żołnierze też nie mogli opuszczać lazaretów, pilnowali ich. Ja miałam operację ortodonyczną, przy której całę leczenie trwa około roku. Dostałam dlatego przepustkę stałą. Na mieście chcieli mi sprzedać mięso bez kartek. Ale nasze pieniądze w Danii były bezwartościowe.
Pytanie: A jakie tam było jedzenie?
Hilda: W pierwszym obozie było złe, zdarzało się nawet, że musiałyśmy głodować. Niemcy, którzy pracowali w kuchni, dużo kradli i nie wydawali nam tego, co nam się należało.
Pytanie: A gdzie panie trafiły potem?
Hilda: Do większego obozu dla sześciuset osób – Hemstok. Tam miałyśmy pod dostatkiem ziemniaków i robiłyśmy sobie pyzy.
Róża: Dostawałyśmy też odtłuszczone mleko.

Lista obecności z zajęć religii prowadzonych przez Hildę w Hemstok.
Hilda: Zgadza się, było też mleko, ale w pomieszczeniach mieszkalnych było strasznie ciasno, w naszej izbie było nawet niemowlę, a przejścia między łóżkami były tak wąskie, że dwie osoby nie mogły przejść obok siebie, jedna musiała usiąść na łóżku i przepuścić drugą. Tam znowu organizowałam zajęcia dla dzieci i dawałam im lekcje religii z takiego prowizorycznego katechizmu. I znowu wystawiałyśmy nasze baśnie. Póżniej mogłyśmy nawet jeżdzić z przedstawieniami do innych obozów, w sumie siedem razy. W końcu i ten obóz zlikwidowano, a my trafiłyśmy do Knivholt koło Frederikshavn, na samym północnym krańcu Danii. Byłyśmy tam ponad rok. Był to duży obóz dla sześciu tysięcy osób z dużo lepszą organizacją. Była kaplica oraz duży hangar, w którym spędzałyśmy wieczory – taka świetlica. Zanim wybudowano kaplicę, odbywały się tam także nabożeństwa. Była też policja obozowa, no i oczywiście duński i niemiecki kierownik obozu. Pracowałam w biurze, niemiecki kierownik wypatrzył mnie w kościele i powiedział: „Jeśli ma pani ochotę, to zapraszam do pracy w biurze!” Moim głównym zajęciem było pisanie na maszynie – w tym pisanie gazetki obozowej – i prowadzenie kartoteki. Od czasu do czasu były transporty do Niemiec i wtedy pisało się listy osób, które wchodziły w grę. Każdy chciał wydostać się na wolność, ale nie było to takie proste. Ludzie podzieleni byli na grupy. Grupa A, to byli ci nieliczni, którzy posiadali dach nad głową w Niemczech. Pamiętam na przykład pewną kobietę, która pochodziła z zachodu Niemiec i tylko przez przypadek była akurat w Prusach Wschodnich. Ci ludzie najszybciej wrócili do domu. Do grupy B należeli ci, którzy mieli małżonka w Niemczech, do grupy C ci, którzy mieli pozwolenie władz okupacyjnych na osiedlenie się w ramach łączenia rodzin, a do grupy D należeli wszyscy, którzy nie mieli w Niemczech żadnego lokum – tak jak my. Ci mieli oczywiście marne widoki na powrót!
Hilda: Któregoś razu ogłosili, że francuska strefa okupacyjna przyjmie 15.000 uchodźców wyznania katolickiego, nie mających w Niemczech rodziny ani dachu nad głową. Zgłosiłyśmy się i 29 lipca 1947 roku wyruszyłyśmy do Niemiec. Najpierw trafiłyśmy do Kolding, był to pierwszy obóz przejściowy, jeszcze na terytorium Danii. Zostałyśmy odwszone. Na granicy we Flensburgu powiedzieli nam, że dają coś do picia, więc ustawiłyśmy się w kolejce, tak samo jak w Danii – oczywiście bez pieniędzy. No i usłyszałyśmy, że mamy zapłacić. Miałyśmy nawet jeszcze niemieckie pieniądze, ale że miały one jakąś wartość i że trzeba było płacić za prowiant – to było dla nas nowe. O północy pociąg stał na stacji w Hamburgu-Altonie, a ja miałam dwudzieste drugie urodziny i przyjmowałam gratulacje – był 4 sierpnia. Potem trafiłyśmy na trzy dni do miasta Offenburg w Szwarcwaldzie. Do tej pory babcia była z nami, ale później pojechała do córki w Szlezwiku-Holsztynie – całkiem sama, a miała już ponad 70 lat. My natomiast powiedziałyśmy: „Dorastałyśmy nad wodą, i chcemy znów mieszkać nad wodą”. 9 sierpnia dotarłyśmy do Überlingen nad Jeziorem Bodeńskim. Pierwszych dziewięć dni spędziłyśmy w obozie przejściowym Goldbach, nim po raz pierwszy mogłyśmy wyjść na miasto. Spotkałam tam pana z Urzędu Żywieniowego, który powiedział, że szukają dwóch pań do biura. Przyjęli mnie od ręki, a mój szef, pan Koberstein, pochodził z Prus Wschodnich.